Tylko praca…

bajka

Dawno, dawno temu jeszcze,
gdy w strumieniu były leszcze,
żył Robimir twój prapradziad,
a więc ojca twego pradziad.

Był to krasnal nad krasnale,
wszystkich w pracy rąk wyprzedzał,
tu nie skłamię chyba wcale,
bo w swym domku mało siedział.

Cały czas gdy go widziano
praca w dłoniach jemu wrzała,
czy wieczorem, czy też rano
zawsze moc ta w nim kipiała.

Był to krasnal wiekiem młody,
nie miał chyba żadnych przywar,
Herkulesa typ urody,
grzyba ręką z mchu wyrywał.

Wśród krasnali wszystkich lasów
miał ogromne poważanie
i dlatego z dawnych czasów
ocalało to podanie.

Dnia pewnego wiosennego
słońce padło na dach jego.
Wyszedł z domu, krok do przodu
wtem usłyszał głos z ogrodu.

Na studzience tam siedziała,
cała w ranach obolała,
więc Robimir poszedł śmiało,
chciał zapytać co się stało.

Mrówka rzekła tak do niego:
„Przyjacielu męża mego!
Rzecz się stała niesłychana,
nasza pani dziś porwana.

Wczesnym rankiem się to stało,
gdy mrowisko jeszcze spało,
złe szarańcze nas napadły,
ze spiżarni wszystko zjadły.

Jak mówiłam wszyscy spali.
Głos strażników dobiegł sali,
gdzie królowa nasza była,
taka piękna, dobrotliwa.

Gdy te głosy posłyszała,
wnet z posłania swego wstała,
wyszła ze swojej komnaty,
by ratować straż- jej braty.

Wódz szarańczy, zły Barwici
zaraz kazał ją pochwycić
i do swego zanieść zamku,
i to szybko, bez przystanku.

Powiem, gdzie Barwici zamek:
trzeba przejść ze sześć polanek,
potem przepłyń sześć sadzawek,
potem jeszcze mały stawek.

Tam już stojąc, spójrz przed siebie,
wielki mur- to nic dla ciebie.
Przeskocz go, a potem do góry,
stoi zamek tam ponury.

Proszę, ratuj nam królową,
Pomoc naszą masz gotową.
Byle szybko to się to stało,
teraz czasu mamy mało.

Bo jak głoszą stare mrówki,
stare grzyby i makówki,
wszystko będzie przesądzone
weźmie sobie ją za żonę.”

Krasnal się zadumał srodze,
jak by pomóc tu niebodze?
A że czasu nie miał dużo,
ruszył wciąż dążąc za burzą.

Bo się chmurki oburzyły
na ten widok tak niemiły,
że poważył się Barwici
porwać pannę Mrówkowici.

A choć dzień był bardzo ładny,
to za wojskiem tak szkaradnym
krople deszczu z nieba lały
i ich skrzydła zamaczały.

Ruszył krasnal, drogą polną,
za nim wojsko mrówcze wolno.
Szedł przez łąki i ogrody,
mijał domy i zagrody.

Chyba szedł już sporo czasu,
dotarł do gęstego lasu,
usiadł, nogi wyprostował,
okres jakiś tu pauzował.

Gdy tak siedział zamyślony,
coś usłyszał z lewej strony…
Słyszał płacz najwyraźniej,
szybko ruszył tam najraźniej.

Odchyliwszy liść paproci,
patrzy, w słońcu coś się złoci!
Chyba to szerszenia skrzydło?
Obok zaś- jakieś straszydło.

Drzewo słońce przysłoniło,
teraz poznał co to było.
Mały szerszeń był wplątany
w pajęczyny długie liany.

Ruszał się na wszystkie strony,
przy tym bardzo przestraszony.
Sił mu chyba brakowało,
na obronę nie starczało.

Dla pająka był to sygnał,
resztki strachu z siebie wygnał,
ze swej norki łeb wysunął,
na ofiarę szybko runął.

Zamarł młody w tym momencie.
Rzecz skończona, wierzył święcie.
Poczuł nagle, że się zerwał.
Ktoś pajęczą nić rozerwał?

Na bajecznym mchu zlądował,
ale kto to spowodował?
Któż okazał się tak śmiały,
nici rozciął bez obawy.

To prapradziad twój odważny
cios wymierzył taki ważny
i szerszenia uratował,
za co młody podziękował.

Kiedy całkiem oprzytomniał,
sobie wszystko już przypomniał,
do rodziców zaprowadził
i za stołem go posadził.

Wódz gromady szerszeń silny,
bardzo miły i gościnny,
wdzięczność swą wciąż okazywał
i o wszystko rozpytywał.

Prosił gościa, aby został,
Ale tamten ani postał.
Myślał ciągle o królewnie,
Chciał ratować ją już pewnie.

Więc ze smutkiem się rozstali
a na drogę coś mu dali.
Mały gwizdek cięty w drzewie,
pomoc wzywał on w potrzebie.

Ruszył drogę krasnal miły,
kroki jego się zdwoiły.
W końcu doszedł aż pod mur
i wyciągnął z sakwy sznur.

Sprawą była załatwiona,
tak jak rzekła mrówki żona.
Przejście muru mała fraszka
teraz zacznie się igraszka.

Wtem zobaczył na swe oczy
jak się wojsko z kimś tam droczy.
Poznał tego związanego
aż do sińców pobitego.

Związany sznurem jak owca
szedł książę „Mrówkowca”,
mrowiska trochę oddalonego
od nocą napadniętego.
Teraz los miał właśnie sprawić,
że swą pannę mógł wybawić
z rąk strasznego czarownika,
lecz okazja się wymyka.

Kiedy księcia związywano
i do zamku wprowadzano
wyszedł na dwór sam właściciel,
krzywd i strachu roznosiciel.

Wyszedł z panną dziś porwaną
i do ślubu szykowaną:
„Niech zobaczy sobie branka,
co zostanie z jej kochanka.”

Wóz przed pałac wytaczano,
przyrząd tortur szykowano.
Już się cieszył król szarańczy:
„Każdy, jak chcę, mi zatańczy.”

A tu nagle pociemniało,
jakby słońce się schowało?!
To Robimir nagle powstał
i z swej sakwy sieć wydostał.

Wszyscy poszli do ataku,
a nasz krasnal stał bez znaku.
Gdy rzucili się na niego,
użył szybko skarbu swego.

Złapał wszystkich do swej sieci,
rzucił w dal: „Niech sobie leci!”
A gdzie panna Mrówkowici,
dokąd zabrał ją Barwici ?!

Spojrzał, a na ziemi książę,
pęta zaraz mu rozwiąże.
Książę widział, gdzie Barwici
uniósł pannę Mrówkowici.

Ale jak tu teraz bronić,
jak bez skrzydeł ich dogonić?
Rzekł Robimir bardzo miły:
„To jest ponad nasze siły.”

Już nie wierzył w swe zwycięstwo,
na nic zdało się tu męstwo.
Nie ma skrzydeł, nie poleci…
No to niech kto inny leci!

„Przecież szerszeń to potęga,
ale ze mnie głowa Tęga!”
Gwizdnął jak najgłośniej umiał,
książę tego nie zrozumiał.

Tak jak szerszeń mu przyrzekał,
przybył szybko, nic nie zwlekał
i o wszystkim usłyszawszy,
wysłał pościg nie czekawszy.

Trzy minuty wystarczyły,
aby wojska powróciły.
Barwiciego wiedli z sobą,
wraz z nim również i królową.

Gdy na ziemi ich stawiano,
jakieś głosy usłyszano.
Zza paproci się wyłania
mrówczy oddział rozpoznania.

Mrówki wroga nie zastały,
aż z radości osłupiały…
Zobaczyły na tarasie
swą królową w pełnej krasie.

Wszystko dobrze się skończyło,
wszystkim teraz było miło.
Dziękowano krasnalowi
i wodzowi szerszeniowi.

Sprawcę mrówczych zaś niedoli
wzięto zaraz do niewoli.
Odtąd dobrze miał pracować,
mrówkom straty powetować.

Mrówkowici, piękna, miła,
księcia czyny oceniła?
Po tej jakże ciężkiej próbie
była mowa wnet o ślubie.

Pradziad twój, mój drogi synu
nie rozgłaszał swego czynu,
lecz tajemnic nie ma w lesie,
zawsze prawdę echo niesie.

Przyszedłem dzisiaj do szkoły
jak zwykle bardzo wesoły
bo uczyć wolę się w szkole
niż bąki zbijać czy mole

Wchodzę do szkoły i czuję
że tutaj dzisiaj nikt nie pracuje
woń róż po korytarzu się wije
bo dzisiaj święto
zgadnijcie czyje?

Mały szarak Triku-Trak
robił zawsze wszystko wspak.
Chodził wciąż nieuczesany,
w lecie lepić chciał bałwany.

Urwis z niego byt nie lada,
zatkał komin u sąsiada,
to znów zbił naczynia mamie,
cały dzień rozrabiał w jamie.

W mroźny dzień przyszedł na pole.
Zmiatał śnieg z marchewek w mozole,
lecz nagle groźny wilk Auu-Auu
z iskrami w oczach nad nim stał.

-A, to ty nieznośny wilku,
straszysz wszystkich od lat kilku!
Rzekł zajączek i sierść zjeżył,
w swoją siłę mocno wierzył.

Ta mowa wilka zdziwiła,
wręcz dc ziemi go przybiła.
Sam teraz dobrze nie wiedział,
czy to zając przed nim siedział?!

Otrząsnął się, powiedział – Wiem.
Nie dyskutuj i tak cię zjem!
Triku-Trak na górkę wskoczył,
ślinkę z ust Auu-Auu już toczył.

Zając z górki szybko biegiem,
widzi- potrzask jest pod śniegiem.
Minął potrzask, dalej biegnie,
stanął, patrzy się za siebie.

Wilk już z górki bez ogona
gdzie pułapka rozłożona.
Zaraz właśnie w potrzask wpadnie,
zginąć marnie mu wypadnie.

Wtem szarak krzyknął „-Stój! -Stój!
Uważaj, potrzask, wilku mój!”
Wilk stanął, nogi mu zadrżały,
był przez chwilę otępiały.

W końcu za zającem ruszył,
dopadł go i prawie zdusił.
Lecz nagle żal mu się szaraka zrobiło
a w sercu coś poruszyło.

– Idź szaraku w własną drogę,
pociesz matkę swą niebogę.
Gdyby nie ty ja bym zginął,
śmierci z objęć bym się nie wywinął.

Malutki zając Triku-Trak
robił zawsze wszystko wspak.
Nami rozum niech kieruje,
wilk tylko w bajce się lituje.

Ciepłe łóżeczko w zimowy wieczór
A za oknem zamrożone
Białe gwiazdki spadające z nieba
Brrrrr! Jak one marzną biedne
Takie śliczne
Na każdej jedno
Malutkie marzenie dzieci
Które czekają wciąż na spełnienie

Tatuś Agnieszce kazał spać
Ale ona łapie ciepłymi
Rączkami wyobraźni
Wieczorne marzenia

Na pierwszym paluszku motylek
Chciała się z nim pobawić
Lecz uciekł
Rozmawiała ze złotą rybką
Prosiła ją o codzienny uśmiech
Dla rodziców i dla siebie
Wysłuchała jej złota rybka i znikła

Potem zjawiła się piękna wróżka
Zabrała Agnieszkę ze sobą
Na senne polany

I tytko malutki braciszek słodko
Uśmiechał się przez sen
Był z Agnieszką w krainie marzeń

Szczęśliwy dzień miałem
Najpierw pochwala w szkole
Potem jej uśmiechnięta twarz
Moja mama jest najpiękniejsza
Nikt nie wie dlaczego słonce płonie
A ono pali się ze wstydu
Że mama jaśniej świeci

Na świecie tylko ona
Całuje mnie
Głaska po włosach
Tuli w ramionach

Chciałbym w nich pozostać
Ale chodzę już do pierwszej klasy!
Mama mówi, że niedługo będę duży
Tornister będzie lżejszy

Nie powiedziałem jej tego
Ale ja już jestem duży!
Nim jej to powiem posiedzę jeszcze trochę
na jej kolanach

-Przynieś mi cukierniczkę! – Do małej Ani mama powiedziała.
Ania postawiła ją na stole, ale o czymś zapomniała.
-Masz jabłuszko- rzekła mama- jedz, byś zawsze zdrowa była!
Ania wzięła je z rąk mamy i plecami do niej się odwróciła.
-Dlaczego pogniewałaś się na Jacka, ty zjadłaś jego pączka!
Ania dała dłoń Jackowi, lecz nie wystarczy podana rączka!
-Proszę, dziękuję przepraszam- to słowa od innych łatwiejsze.
Używajcie ich dzieci, a wasze życie stanie się piękniejsze.

-Czym jest poezja? Dzieci, paluszki do góry… Luiza?
-Ona jest wówczas, kiedy patrzę prosto w chmury.
Czuję się wtedy, jakbym na całym świecie stała,
a to niemożliwe, bo jestem taka mała.

-A ty Aniu, jak myślisz, co to jest poezja?
-Ona jest taka śliczna, jak rozkwitła frezja.
Pachnie wielkim uczuciem wszelkiego rodzaju.
Kwitnie, gdy ludzie kochają, najczęściej w maju.

-A jak uważa Romuś, nasz poeta szkolny?
-Gdy piszę wiersz, czuje się toki wolny.
Bardzo mocno o czymś myślę, zamykam oczy,
strofa za strofa sama się na kartkę tłoczy.

-Co odpowiecie, gdy ktoś was o ma zagadnie?
-To jest, proszę panią, coś w naszych sercach na dnie.

Mały ptaszek wypadł z gniazda i woła „Mamo!”
Jasio wsadził go z powrotem,
a czy wy uczynicie tak samo?

Pisklę kury wleciało do wody i kwili!
Jasio szybko je wyłowił,
a wy co zrobicie w takiej chwili?

Mały kotek wlazł na drzewo i miauczy.
Jasio pomógł zejść kotkowi,
a czy wam odwagi starczy?

Reksio zaczepił ogonkiem o różę i szczeka.
Jasio uwolnił go od kolca,
na was żaden piesek nie narzeka?

Chyba znacie tego, kto zwierzętom pomaga?
Nie patrz teraz na kolegę,
w tobie także jest miłość i odwaga.