"Życie to nie teatr…"

Rozważania o konkursach

Felieton z 2007 roku.

Sposób zatrudniania i funkcjonowania dyrektorów szkół w Polsce jest archaiczny. Nie gwarantuje rzetelności i uczciwości, nie jest pozbawiony nacisków politycznych, kumoterstwa i nepotyzmu – jak w całej sferze budżetowej. Prawdopodobnie nie ma systemu naboru, który byłby idealny, lecz uczciwe i poprawne byłoby takie rozwiązanie, w którym można by obserwować drogę kariery kandydatów. Najpierw przyszły dyrektor powinien by się sprawdzić w roli nauczyciela, potem wicedyrektora, później dyrektora, wizytatora, kuratora i pracownika MEN. Tego typu ścieżka planowanej kariery zniwelowałaby pokłady frustracji i niezadowolenia w wielu pokojach nauczycielskich. Pracują w nich mądrzy ludzie, elita społeczeństwa, dla której zamknięte są możliwości faktycznego awansu, a nie awansu papierowego z użyciem „segregatorów prawdy” (setki dokumentów poświadczających rozwój – udział w wielu fikcyjnych szkoleniach). Najlepszym rozwiązaniem byłoby powołanie korporacji dyrektorów, którzy byliby niezależni od lokalnych władz czy narażani na procesy patologiczne, a zajmowaliby się jedynie realizacją celów konkretnych placówek szkolnych. Z nich byliby rozliczani.

Aktualnie nie wiadomo, jakimi miarami mierzyć pracę dyrektorów. Jedni szczycą się uniwersyteckim poziomem nauczania w podległej im placówce, mają olimpijczyków i genialne dzieci, inni pracują w placówkach, w których sukcesem jest uzyskanie świadectw z czerwonym paskiem u 10% podopiecznych. Jedni jako gospodarze potrafią zapewnić szkole dostatek sprzętowy i kadrowy, inni nie potrafią zdobyć dla swojej szkoły ani jednej ponadprogramowej złotówki. W epoce PRL partia poprzez komitety wskazywała kandydatów i brała za nich odpowiedzialność. Jakiś procent odpowiedzialności ponosiło fikcyjne ciało powołane do kontrolowania dyrektorów, jakim było i jest kuratorium oświaty – strażnik ideologiczny, cenzor życia szkolnego i ostatnia rubież obrony systemu totalitarnego w terenie. Jakkolwiek przedstawiciele kuratoriów nie mogli nie podpisać nominacji uwierzytelnionemu przez partię „jedynie słusznemu” kandydatowi.

Współczesne konkursy przypominają te socjalistyczne. Większe szanse na zwycięstwa mają politycznie i towarzysko umocowane lokalnie jednostki. O ironio, system upodabnia się do średniego poziomu klientów szkoły, czyli uczniów.

Komisja konkursowa złożona z obszernego grona przedstawicieli: rodziców, grona, kuratora, związków, władz samorządowych – sprawdzają najpierw stronę formalną dokumentów, następnie czytają koncepcje rozwoju szkoły przygotowane przez kandydatów. Porównując je, można odnieść często wrażenie, iż dotyczą innych a nie tej samej placówki, tak różnią się merytorycznie. Jeden kandydat podaje sprawy do zrobienia, a drugi te same zaznacza jako wykonane lub je pomija.

Członkowie komisji mają jasność wyboru jeszcze przed wejściem na salę. Obecni na sali reprezentanci władz samorządowych także mają rozeznanie, kto przed nimi stoi, „swój” czy „obcy”.

Nauczyciele na co dzień krytycznie oceniają pracę swoich dyrektorów, kryteria ocen mają bowiem we krwi. Proces ten osiąga apogeum podczas konkursów na dyrektora, kiedy czują, iż mają realny wpływ na wybór przyszłego szefa. Wnikliwej analizie poddawane są możliwości wszystkich kandydatów na „nadzorców” (od nadzoru pedagogicznego) na kolejne pięć lat. Ci obcy, spoza pokoju nauczycielskiego z reguły nie mają żadnych szans. Pozostali w 100% są przewidywalni. Budzą uznanie lub strach, w najgorszym razie obojętność.

I KONCEPCJE TYPÓW KANDYDATÓW

Bodaj najważniejszym dokumentem konkursu jest pisana przez kandydatów koncepcja rozwoju placówki. Jej treść określa sposób działania, priorytety szkoły na kolejną kadencję. Komisja złożona z kilku czy kilkunastu osób czyta i przegląda, zastanawia się i radzi, oczywiście przesłuchuje, aż podejmie decyzję wiążącą. To ten, a nie tamten kandydat ma przez pięć lat zarządzać placówką. Po ogłoszeniu wyników „klamka zapadnie”. Mimo iż konkursy na dyrektorów szkół to w większości sprawdzian dla lokalnych układów, gra do jednej bramki, odgrywanie z góry przygotowanych ról, to pozory demokracji należy zachowywać. Z tego powodu każdy z kandydatów może roztaczać przed komisją swoje własne koncepcje, składać elaboraty i tomy świadczące o tym, jak bardzo przejmuje się pracą i wizjami rozwoju wskazanej placówki. „Papier wszystko przyjmie” – mówi powiedzenie, a świadomi problemu świadkowie konkursu wiedzą, iż szkoła ma przede wszystkim trzy zadania: opiekować się, kształcić i wychowywać młode pokolenia.

Wielu kandydatów na dyrektorów szkół może planować ogrom działań na różnych płaszczyznach, roztaczać pomysły i określać ich realizacje w przyszłości, wprowadzać innowacje i programy autorskie, reformy i rewolucyjne rozwiązania, staczać papierowe boje z analfabetyzmem wtórnym uczniów i wychowywać rodziców uczniów, walczyć o dofinansowanie i przekształcanie, ale prawda jest jedna. Jeśli ów kandydat sam nie potrafi niczego zrobić, żył sukcesami innych, nie ma pojęcia o kreatywności, współdziałaniu, przepadnie. To znaczy, może wygrać konkurs na życzenie partii rządzącej czy lokalnych układów, ale realnie przegra. Trzeba bowiem wiedzieć przed konkursem, iż najwięcej rzeczy w szkole przyszły dyrektor musi zrobić sam i za wszystko poniesie odpowiedzialność samodzielnie. Dotyczy to na przykład umiejętności rozliczania faktur, które będzie musiał podpisywać, jakości świadectw szkolnych lub też sposobu reagowania na szkolne konflikty.

W konkursie na dyrektora szkoły mogą wziąć udział różni ludzie. Można ich podzielić na następujące typy charakterologiczne i genealogiczne:
1. „Starzy” (dyrektorzy) walczący o drugą kadencję podzieleni na dwa typy:
a) sprawdzeni, z poparciem rad pedagogicznych i związków zawodowych lub bez ich poparcia;
b) karierowicze bez poparcia, ale za to „jedynie słuszni”.
2. „Namaszczeni” przez ustępującego/odchodzącego dyrektora:
a) zastępcy dyrektora;
b) pracowici fachowcy bez siły przebicia;
3. „Cienie” to pracoholicy drugiego planu:
a) idealiści, wielkie osobowości bez poparcia;
b) fantaści z wizją budowy szkolnego edenu.

1.1. STARZY i NAMASZCZENI

„Stary” lub „namaszczony” (popierany przez dyrektora, partię, lokalne władze itp.) kandydat podczas pisania koncepcji rozwoju szkoły, której ma dyrektorować, korzysta ze ściąg i matryc. Ilością stron i głębokością analizy życia szkoły „bije wszystkich na głowę”. Jego elaborat jest najgrubszy, bowiem wskazuje cele strategiczne i te mikro, zatem np. porusza problem wyszukania anglisty, zakupienia nowego mopa dla sprzątaczki czy koszulek dla reprezentacji piłkarzy klasy 5a. W informacji o koszulkach nie są ważne koszulki, lecz znajomość potrzeb klasy 5a. Kandydat ów jako jedyny wie, że pozostałe reprezentacje klas piątych takowe koszulki posiadają. W tym duchu jest utrzymana całość dokumentu. Ma to być wizytówka człowieka ze wszech miar oddanego „sprawie”, najbardziej odpowiedniego i godnego zaufania. Piszący korzysta z protokołów rad pedagogicznych, sprawozdań opartych na zgłaszanych wcześniej odpowiednim organom zapotrzebowań. Przykładem jest zgłoszenie potrzeby wymiany zniszczonej rynny. O fakcie tym nie wiedzą pozostali kandydaci. Ten właściwy wie najwięcej! Takie ma odnieść wrażenie komisja. Często bywa, iż jest to gra pozorów, bowiem rzeczony kandydat świetnie wie, iż gmina lub powiat nie da mu pieniędzy na remont. Jednak „gra rynną” to poważny argument za wyborem jego koncepcji szkoły.

W istocie „stary” lub „namaszczony” kandydat może „potknąć się” o pytanie brzmiące na przykład: „Dlaczego do tej pory Pan(i) nie wcielił(-a) w czyn swoich pomysłów? Rynna nie jest zepsuta od wczoraj, a dzieci z 5a nie od wczoraj pragną mieć nowe koszulki dla reprezentacji?”. „Stary” nie ma wyjścia, musi rozpocząć w tym momencie przygotowaną wcześniej samochwałkę w rodzaju: „Przez ostatnie pięć lat miałam(-em) pełne ręce roboty, bo wykonaliśmy….” I tutaj cała dziesięciominutowa lista chwalebnych czynów, rzutnik multimedialny, prezentacje w PPT itd. Gorzej, jeśli rozpoczął spotkanie z komisją od przedstawienia się i tegoż dorobku. Cóż, powtórzyć nie zaszkodzi.

Zastępca „starego” jest w lepszej sytuacji. Może bowiem wszelkie dotychczasowe niepowodzenia zepchnąć na karb braku komunikacji pomiędzy starą dyrekcją a nim i jeszcze napleść andronów co niemiara. Przytakiwać mu mogą, choć nie muszą, reprezentanci rady pedagogicznej znający poprzednią dyrekcję, od złej strony również. Z kolei „namaszczony” nie otrzyma od komisji tak banalnego pytania, ale można go zapytać o przedmiot, jakiego naucza i jakie innowacje wprowadził, jak mu się pracuje w szkole – prostszych pytań chyba nie ma? Jeśli zacznie się gubić, „stękać” lub utyskiwać na przestarzałą bazę dydaktyczną, jesteśmy w domu. Nie jest dobrym nauczycielem, więc jako dyrektor prawdopodobnie także się nie sprawdzi.

„Namaszczony” na kandydata na dyrektora przez „starego” to z reguły jego zastępca, choć może być spoza „grupy trzymającej władzę”, towarzystwa wzajemnej adoracji. To w większości umysły satelickie, często sympatyzujące towarzysko czy ideowo, najczęściej jednak finansowo z dyrektorem (nadgodziny, nagrody, dodatki motywacyjne, delegacje, dofinansowanie kształcenia itp.). Kandydat ów dogaduje się z poprzednikiem w cztery oczy. Ustępujący ma gwarantowane stanowisko zastępcy dla siebie lub wskazanej osoby, odchodzący zaś na przykład dostaje przyrzeczenie możliwości dorobienia w obrębie szkoły (ajencja sklepiku czy kortów tenisowych) albo, co częstsze, zachowania status quo dla określonego grona osób pozostających w szkole, np. żony, córki, zięcia itp. Z kolei „namaszczony” dostaje najlepsze laurki, oceny i korzysta z poparcia tudzież wydeptanych przez „starego” ścieżek urzędowych (politycznych), dostaje też głosy członków komisji konkursowej sympatyzujących ze „starym” – to jest w istocie sens „namaszczenia”. I tak to się kręci.

1.2. KARIEROWICZE I ICH STARANIA

To typ ludzi pragnących awansować za wszelką cenę a nawet pewnych swego, ponieważ działają w tym celu całe lata: podkopując autorytet innych, niszcząc radę pedagogiczną, pisząc anonimy i szkalując, tworząc obozy polityczne, grupy wsparcia itd. Cechą konkursów, w których biorą udział tacy ludzie, jest fakt, iż są „jedynie słusznymi” dobrze widzianymi przez władzę – z wielu powodów. Przez lata wmawiają innym nauczycielom jakoby praca dyrektora jest nieopłacalna i za trudna dla innych i tylko oni mogą jej sprostać. „Wychowują” grono pedagogiczne w przeświadczeniu, iż żaden inny kandydat nie może się liczyć, ponieważ nie ma poparcia wśród grona, w gminie, powiecie itp. Tworzą atmosferę podejrzeń i matactwa wokół potencjalnych kandydatów, mają wiele czasu, by zepsuć, ośmieszyć każdego z nich. Wprowadzają atmosferę wśród grona pedagogicznego świadczącą o tym, że są najbardziej zapracowanymi pracownikami szkoły, im należą się oklaski, nagrody itd. Podczas gdy „płyną na fali” sukcesów swoich podwładnych i czynią to z rozmysłem. Przekonują wszem i wobec, iż warunkiem konkursowym jest znajomość prawa, a nikt inny z grona nie zna tak dobrze prawa jak oni. W rzeczywistości każdą swoją decyzję konsultują z radcami kuratoryjnymi lub samorządowymi. Poprzez działania przemyślane podczas swojej kadencji wytworzyli krąg sprzyjających im „poddanych”, dzieląc grono na dwa obozy. Celowo zaniechali nagradzania wyróżniających się nauczycieli, a „głaskali po głowach” im przychylnych. Ostrzegają wszystkich ewentualnych kontrkandydatów, że po wygranym konkursie „dobiorą się do nich”. Prawdziwy karierowicz ma tzw. haki na każdego, więc nikt nie jest w stanie mu zagrozić. Jest jeszcze wiele innych przykładów działania „jedynych słusznych” kandydatów, jedno wszak jest dla owych działań symptomatyczne, wszystkie są nieetyczne i przypominają zasady walki totalnej: zniszczyć kontrkandydatów, zanim się umocnią.

W szkole, z której na konkurs stawia się jeden kandydat, tam może istnieć podejrzenie, choć nie musi, iż rada pedagogiczna jest skłócona, celowo, bardziej lub mniej niszczona lub „usypiana” przez dyrektorów i ich zastępców lub też istnieje prawdopodobieństwo demoralizacji pracowników, którym nie chce się pracować, rozwijać, awansować itd. Wydaje się, iż w interesie każdego dyrektora powinno leżeć staranie, aby kandydatów na jego miejsce było wielu. Cóż to za zwycięstwo bez rywala? Nie ma takiej sytuacji, aby wszystkim podobało się wszystko, aby nie można było wymyślić lepszych rozwiązań lub reform przestrzeni życia szkolnego dotyczących nieco zaniedbanych. Jeśli zatem jest jeden kandydat, to oznacza, iż wszyscy są zadowoleni, nikt nie wychyla się, nikt też nie chce niczego zmieniać, nie ma w szkole żadnych alternatywnych wizji lub są tłamszone. Patologia.

Bywa czasami, iż tylko jeden nauczyciel z grona spełnia formalne wymagania konkursu. Są to jednak wyjątki, ponadto każdy dyrektor w ciągu swojej pięcioletniej kadencji ma moralny obowiązek kształcić przyszłe kadry kierownicze, więc ta sytuacja jest również niekorzystna dla oceny jego pracy.

1.3. FACHOWCY

W grupie drugiej widzimy grupę fachowców. To ludzie nie wdający się w żadne układy, ale spolegliwi i wykorzystywani przez „nadzorców”. Nie ma ich za wielu, ale są. Ich koncepcja pracy szkoły jest jasna i przejrzysta, ale nie „wyczerpująca”. W wielu miejscach może się okazać, iż są lepsi od poprzedników. Niektórzy, chociaż o tym nie mówią, są skromnymi autorami 90% sukcesów swoich dyrektorów i autorami koncepcji „starych”, to znaczy że tak naprawdę to im się należały splendory i apanaże, im nagrody kuratora, burmistrza, starosty i MEN, lecz niestety, zawsze byli w cieniu, a nagrody wędrowały w ręce dyrektorów. Być może nie mieli charakteru i przebojowości, może dali się towarzysko skorumpować? A może po prostu czekali na to, aż dyrektorzy dostrzegą ich pracę, lecz zawiedli się. Nie chcieli awansów i władzy, ale teraz pragną spróbować. Wydaje się, iż nie należy zamykać im drogi do sławy. W wielu przypadkach jednak ich entuzjazm i zapał do twórczej pracy jest na wygaśnięciu. Przegapili swoje szanse. Pragnęliby teraz spokojnie unosić się na „łodzi, którą potrafią sterować”. Papiery na sterników wyrabiali u „dobrego kapitana”.

1.4. CIENIE

W grupie trzeciej kandydatów znajdują się idealiści, wielkie osobowości bez poparcia, ale z pełną głową pomysłów i zapałem do pracy, pracoholicy. „To oni, to oni!!!” – chciałoby się krzyczeć: „Wybierzmy ich!!!”. Za takim wyborem jednak nikt nie przepada, bowiem to oznacza rewolucję, wstrząsy, a w szkole wstrząsy są niepożądane. Z reguły ludzie tego pokroju są bezkompromisowi, mają wyrobioną markę nauczycieli sprawdzonych, wymagających, pracowitych i zdyscyplinowanych. „Wybierzmy ich!!!” To najlepsi z najlepszych, a jednak jest „małe ale”. Rada pedagogiczna nie popiera tych kandydatur. Pokutuje bowiem przekonanie, słuszne zresztą, iż wybierając wymagającego nauczyciela, wybieramy w jego osobie wymagającego dyrektora. Należy więc to przemyśleć. Przykład. W jednym z konkursów na dyrektora szkoły podstawowej brało udział dwóch kandydatów. Pierwszy był znany z wysokich wymagań wobec siebie i uczniów, drugi był znany z tego, że chodził do pracy, po prostu był, uczniami raczej się nie przejmował. Obaj stanęli ze świetnymi koncepcjami do konkursu i… wygrał ten drugi. W koncepcji rozwoju szkoły pierwszego ideowca i pracoholika była mowa o postępach, jakie niesie ze sobą informatyzacja życia szkoły, problemach dzieci z zapamiętywaniem swoich obowiązków, podał nawet pomysł, aby wszystkim uczniom stworzyć konta e-mail, na które nauczyciele wysyłaliby przygotowane materiały i zadania do pracy domowej. Podobnie drogą internetową chciał kontaktować się z pracownikami, aby przyzwyczaić ich do korzystania z rozwoju informatycznego świata, nowinkami techniki, pomysłami edukacyjnymi, nawiązywania łączności z dziećmi szkół partnerskich by internet itp., itd.

Drugi mówił o murach, o potrzebie poprawy elewacji i kolorystyki budynku, wymianie piwnicznych okien, odnowie łazienki dla nauczycieli. W jego koncepcji istniała zasada, „jak cię widzą, tak cię piszą” i miała ona spec znaczenie. Kandydat proponował „otwarcie się szkoły na potrzeby regionu” w sensie wynajmowania pomieszczeń szkolnych na różnego rodzaju imprezy lokalne, festyny itp. Szkoła w jego opinii mogłaby w ten sposób zarabiać krocie i przy tym stać się ośrodkiem kultury regionu. Obie wizje miały pewne zalety i wady. Wygrał jednak kandydat drugi. Pierwszy troszczący się o dzieci przestraszył najwyraźniej grono pedagogiczne wymaganiami stawianymi dzieciom, a więc i im. Drugi urzekł wizją centrum regionalnej kultury w placówce i tymi wirtualnymi jeszcze krociami. Który z nich miał rację, kto powinien wygrać, okazało się na kolejnym konkursie, pięć lat później, gdy „stary” dyrektor tłumaczył komisji, że nie mógł spełnić tego i tamtego wcześniej postulowanego zadania, a uczynienie ze szkoły centrum kultury regionu nie powiodło się. Po prostu gmina nie miała na to pieniędzy, a przez pięć lat pojawiło się zaledwie troje inwestorów wynajmujących sale szkolne. Jednak koncepcją na kolejną kadencję było już coś zupełnie innego. Mianowicie powołanie na terenie szkoły centrum edukacji dla osób starszych i centrum dokształcania nauczycieli.

Kontrkandydatem znowu był ów wymagający nauczyciel, który z uporem maniaka zwracał  uwagę na problemy uczniów z nauką, na pojawiające się przejawy szkolnej agresji. Chciał przeciwstawiać się patologiom, ale znów przegrał konkurs. Za każdym razem w powyższych konkursach wygrywały też dzieci, miały bowiem wspaniałego nauczyciela. Być może jako dyrektor szkoły zrobiłby więcej dobra, kto wie? Dyrektor zwycięzca nie przeskoczył „samego siebie”, nie dokonał wielkich rzeczy, nie pozwalały mu na to szczupłe szkolne fundusze. Wygrana ideowca i pracoholika w konkursie na dyrektora dałaby mu jednak sprawiedliwe uznanie lokalne, na które bardziej zasługiwał niż ten drugi, średniak, o ile nie miernota. System preferuje średniaków – cwaniaków?

Dygresja. Wśród dzieci i młodzieży w wieku szkolnym poparcie zyskują często ci uczniowie, którzy patrzą na szkołę zupełnie inaczej. Otóż jest to dla nich teatr, w którym grają główną rolę i potrafią to wykorzystywać często w perfidny sposób. To nie uczniowie genialni i pracowici zyskują sobie poklask i uznanie środowisk klasowych, lecz bumelanci łatwo manipulujący masą i nauczycielami. Jedni swą bezczelnością i głośnym zachowaniem wymuszają posłuch grupy rówieśników, inni siłą fizyczną i bezkompromisowością. Gdy przychodzi do wyborów przewodniczących klasy, okazuje się, iż popularni są uczniowie kategorii chodzących do szkoły, a nie uczących się. Podobnie rzecz ma się podczas urządzanych konkursów w szkołach na „najlepszego nauczyciela” w opiniach dzieci i młodzieży. Bywa, iż wygrywają je nauczyciele stawiający piątki za darmo, spolegliwi i nierzadko będący dla uczniów pośmiewiskiem. Uczniowie z przekory chcą wyrazić niezadowolenie z nauczycieli wymagających i wskazują im wzorzec, do jakiego powinni równać: np. fikcyjni tutaj pani Wiśniewska (uległa, mało wymagająca, często nieobecna, stawiająca z reguły piątki za nic) i pan Kowalski (opowiada dużo kawałów, ma wspólny język w sprawach sportowych i niewiele wymaga).

Pani Wiśniewska i pan Kowalski (fikcyjni nauczyciele o cechach leniwców) mogą odgrywać podobną rolę wobec pozostałych nauczycieli grona. Mogą, chociaż nie muszą, mieć największe szanse w konkursie na dyrektora szkoły. Nie będą stanowić bowiem zagrożenia dla większości nauczycieli, ponieważ nie znają się na edukacji. Ich przewaga nad innymi kandydaturami polega na niewielkim stopniu szkodliwości, to znaczy mogą być oceniani przez pozostałych z grona za nieszkodliwych w myśl zasady: „Wybierzmy Kowalskiego, nie będzie za wiele od nas wymagał, gdyż nie bardzo wie, na czym polega ta praca”. Instynkt przetrwania i zachowania choćby resztek honoru często sprawia, iż Wiśniewska czy Kowalski przegrywają z kontrkandydatami, lecz chodzi o to, że nie wygrywają też ci najlepsi, a władzę przejmują średniacy.
Przykład realistyczny. W jednej ze szkół nowo wybrany dyrektor chciał zamanifestować miłość do demokracji i zaufanie do rady pedagogicznej (czy też ludzkiej przyzwoitości?), może czuł się taki mocny, że nie zależało mu na tym, kim będą vice (a może przewidział wyniki głosowania?), trudno powiedzieć. Zaproponował więc, aby to nauczyciele wybrali dwóch zastępców. Wygrali Wiśniewska i Kowalski zgłoszeni jedno przez drugie (Wiśniewska zaproponowała Kowalskiego, ten w rewanżu ją), chociaż rada miała i inne kandydatury. Przegrali fachowcy uznawani za pracoholików, dzięki którym placówka zyskała renomę w środowisku lokalnym i prestiż wśród uczniów. Byliby zbyt groźni jednak dla nauczycieli, mogliby postawić przed nimi zawyżone wymagania w pracy zawodowej i utrudniać codzienność, zamiast ją ułatwiać.

Konkursy na dyrektorów szkół często wygrywają administratorzy murów szkolnych a nie pedagodzy, wybitni nauczyciele i mistrzowie. Jeśli mieliby wygrać ci ostatni, reszta może mieć kłopoty. Administrator będzie się zajmował murami, więc nikomu nie zaszkodzi.

Wielu dyrektorów szkół w Polsce kształci się i zwiedza świat za pieniądze uczniów. Dobrowolne wpłaty na samorządy szkolne, rady szkoły czy też podobne organa to dodatkowe pieniądze dla placówek. Bywa, iż dzieciom reprezentującym szkołę w zawodach sportowych nauczyciele opiekunowie kupują wodę mineralną lub bułki za własne pieniądze, bo szkołę nie stać… Wielu szkół nie stać na kupno w księgarni dyplomów sportowych w cenie 1.20 zł za sztukę i drukują byle jak na zwykłym papierze. Z drugiej strony dyrektorzy tych szkół z funduszy szkoły zwracają sobie studia podyplomowe i kursy.

Wielkim niebezpieczeństwem dla życia szkoły są dyrektorzy administratorzy, którzy w którymś momencie zapragną stać się dla swojej szkoły autorytetami, za odpowiednią zresztą gratyfikację pieniężną. Przejawia się to wprowadzaniem do życia placówki niedopasowanych profilowo regulaminów, przepisów czy nieprzemyślanych innowacji. Jedna ze szkół średnich wprowadziła na przykład kryteria ocen z zachowania skopiowane z internetu ze strony szkoły podstawowej (choroba XXI wieku). Rada pedagogiczna ufając w kompetencje dyrektora, przyjęła je we wrześniu. Dopiero w styczniu rozgorzała o to awantura, gdy okazało się, iż kryteria te nijak nie przystają do życia szkoły średniej. Oczywiście autorytet stracili wszyscy, dyrektor i rada pedagogiczna, po prostu ośmieszyli się wszyscy. Stawianie więc w konkursach na Wiśniewskich i Kowalskich to może być pyrrusowe zwycięstwo.

II WYKSZTAŁCENIE KANDYDATA

Poza reprezentantami rady pedagogicznej pozostali członkowie komisji mogą nie znać kandydatów na dyrektorów wywodzących się spośród grona danej szkoły. Wpływ na ich opinie może (powinna?) mieć dokumentacja określająca wykształcenie ocenianych osób. Można sądzić, iż im lepszy uniwersytet wystawił kandydatowi dyplom, tym lepiej i szanse na zwycięstwo w konkursie jest większe. Dodatkowe studia podyplomowe, stopnie specjalizacji i awansu zawodowego, ukończone kursy dokształcające to poważne dowartościowanie, ale czy wystarczające? Wykształcenie plus doświadczenie mogą przegrać w starciu ze zwykłymi ludzkimi odruchami, na przykład ze strachem.

Wykształcenie dyrektora ma wpływ na ciało pedagogiczne placówki i jego dobór. Każdy pracodawca chce mieć najlepszych pracowników. Najlepszych nauczycieli chce mieć każde dziecko, zatem i dyrektor szkoły. Podczas rekrutacji nowych pracowników dyrektorzy analizują podania i dyplomy uczelniane kandydatów do szkolnej pracy. Są szkoły w Polsce, które tradycyjnie zasilają swoje kadry absolwentami uniwersytetów z pierwszej trójki krajowej, tylko. Znane są też i takie rady pedagogiczne, w których 80% nauczycieli to absolwenci prywatnych szkół wyższych, gdzie dyplomy się kupuje lub absolwenci studiów zaocznych. Bywają w radach pedagogicznych wyraźne różnice w podziałach obowiązków i zaangażowaniu w pracy absolwentów różnych uczelni.

Kandydat na dyrektora szkoły, który studiował osiem lat lub dłużej na różnych uczelniach, będzie przyjmował do pracy takich „zdolnych” absolwentów jak on sam. Jeśli na dyplomie ma ocenę dostateczną, będzie pracował dostatecznie i odpowiednio wyżej. Oczywiście może być inaczej, ale nie musi. Gdy do konkursu staną na przykład dwaj absolwenci tego samego kierunku, z oceną dostateczną na dyplomie pierwszy i drugi z oceną bardzo dobrą, to ten drugi powinien mieć większe szanse zwycięstwa. Czy wygra, nie jest powiedziane, lecz w trakcie rzeczowej analizy dokumentów jest to rzecz istotna. Pierwszy kandydat może „przebić” drugiego dyplomem studiów podyplomowych, kursów, awansem zawodowym etc. Ważne jest, aby pamiętać, iż wykształcenie dyrektora będzie ważyło na późniejszym wykształceniu całej rady pedagogicznej, a zatem i uczniów.

III DYREKTOR – REALNY AWANS

Stopnie awansu zawodowego wniesione wraz z reformą to awans pożyteczny, ale nie jest realny, nie niesie bowiem ze sobą zwiększenia elementu władzy i odpowiedzialności. Można odnieść wrażenie, iż w rzeczy samej jest to rozwiązanie problemu typu: „Mamy trzysta tysięcy pracowników oświaty (powiedzmy), trzeba ich płace zróżnicować, lecz jak to zrobić, aby nikt nie poczuł się urażony i żeby na tym nie stracić?” I zróżnicowano. W pierwszym 2000/2001 roku szkolnym kandydaci do nowego typu awansu zawodowego byli niepewni, czy ów awans opłaci się finansowo. Lawina podań awansu i zbierania dokumentacji ruszyła, gdy okazało się, iż rzeczywiście są różnice w płacach, o które warto walczyć. Ale pieniądze to nie wszystko.

Wyobraźmy sobie awans w wojsku na stopień porucznika lub kapitana. Niesie on ze sobą możliwość dowodzenia plutonem i kompanią. Oficerowie ci poza odpowiednią ilością czy grupą szeregowych żołnierzy dowodzą podoficerami młodszymi i starszymi. To jest awans rzeczywisty i proporcjonalny. Wróćmy teraz na lekcję do szkoły podstawowej i zobaczmy nauczyciela, który mówi uczniom podczas zajęć: „Awansowałem na nauczyciela dyplomowanego”. Pytaniem zasadniczym w tej sytuacji jest: „Czy i co to zmienia w pracy tego nauczyciela i tej dziatwy? Czy to awans uznaniowy czy motywujący?” Jeśli w życiu zawodowym poza wzrostem wypłaty awans ten nic nie zmienił, to jest to dowód uznania państwa za wkład pracy, jaki wniósł do tej pory ów nauczyciel. Jeżeli natomiast zwiększa się odpowiedzialność za coś i kogoś, a nauczyciel dyplomowany ma w konkretnej szkole większe przewidziane prawnie zadania, to jest to awans rzeczywisty. Innymi słowy, jeśli państwo chce awansować urzędnika państwowego, to czyni to w określonym celu i jest nim z reguły nadanie mu większej odpowiedzialności za coś lub kogoś, za konkretne procesy, w tym przypadku edukacyjne. Podobnie jak mamy do czynienia w wojsku. W przeciwnym razie mamy do czynienia z działaniami pozorującymi skutki.

Zauważmy, iż w latach 2000-2007 państwo polskie przymusowo wysłało do szkół najlepiej  wykształconą i wręcz elitarną grupę zawodową Polaków – nauczycieli, stawiając to jako warunek dalszego awansu zawodowego, który jest fikcją. Chodziło w rzeczy samej o to samo, co ustawodawca wyraża poprzez dodatek za wysługę lat. Czy nie jest skandalem na miarę światową, aby kazać ludziom z dyplomami uczelni wyższych dokształcać się, brać udział w szkoleniach i studiach podyplomowych, ale zarobkiem równać ich z niewykwalifikowanymi robotnikami? Czyż nie jest  społeczną niesprawiedliwością, iż duży procent z tych zmuszonych do nauki nauczycieli nie potrafi związać finansowego końca z końcem? Ich zarobki są równe zarobkom pracowników fizycznych na różnych szczeblach w sferze przemysłu.

Formalnie nauczyciel dyplomowany stając przed uczniami nie różni się niczym od nauczyciela mianowanego, kontraktowego lub stażysty. Prawda. Porucznik stający przed plutonem nie różni się niczym od kaprala. Fałsz. Zarówno nauczyciel mianowany jak i stażysta mają dyplomy tych samych uczelni. Prawda. Kaprala w ogóle nie można porównać z porucznikiem. Prawda. Nauczyciela z nauczycielem można. Prawda. I dalej. Czy można porównać zarobki profesora uczelni państwowej z jego kolegą z uczelni prywatnej? Można. A czy ich zarobki można? Nie można. Czy porucznik w wojsku zarabia tyle samo niezależnie od regionu Polski? Tak. Czy nauczyciele zatrudnieni przez różne gminy i powiaty zarabiają tyle samo? Nie. Zatem ten sam nauczyciel o takich samych kwalifikacjach zarabia w wielkim mieście więcej niż gdyby pracował na prowincji? Tak. Czy to jest sprawiedliwe społecznie?

Przykład. Anglista w szkole podstawowej ma program nauczania. Fakt. Ma cztery podręczniki do nauki języka angielskiego w klasie czwartej, dla uczniów dwa, ćwiczenia i podręcznik i dla siebie dwa: zadania do sprawdzianów i podręcznik metodyczny. Fakt. Podczas 45-minutowych zajęć powinien na przykład zrealizować jednostkę lekcyjną – dwie strony tekstu z obrazkami (powiedzmy 8 zdań rozpisanych w komiksie sytuacyjnym), dwa nagrania z kasety lub CD, dziesięć ćwiczeń z podręczników, z czego połowę zada do domu. Fakt. Nie jest ważne dla ucznia, czy stoi przed nim nauczyciel mianowany czy też stażysta, bowiem zadanie nauczyciela jest to samo. Fakt. Ta sama lekcja jest prowadzona przez nauczyciela w wielu polskich szkołach w ten sam sposób. Nauczyciel dyplomowany nie zmieni ani jednego słowa z programu. Wszyscy językowcy realizują ten sam program. Pytanie: dlaczego jeden z racji stażu pracy i kilku kursów komputerowych ma zarabiać więcej, a drugi mniej? Czy to jest w ogóle uczciwe? Nie. Przecież już raz przy wypłacie zaznaczono jednemu z nich większy dodatek za wysługę lat. Angliście mianowanemu, aby mógł zarabiać więcej, nakazano ukończyć studia podyplomowe. Ukończył germanistykę. Dodatkowo przeszedł przez fikcyjne kursy organizowane dla nauczycieli i zgromadził dwadzieścia pięć zaświadczeń. Wreszcie awansował, stał się nauczycielem dyplomowanym. Kiedy jednak wszedł na lekcję do klasy czwartej, stanął przed tymi samymi uczniami i miał na ławce te same podręczniki, cztery, dwa dla uczniów i dwa dla siebie… Ani dyplom upoważniający go do nauczania języka niemieckiego, ani dwadzieścia pięć zaświadczeń z kursów do niczego nie są mu tutaj potrzebne. I to ma być dla niego awans realny? Czy może państwo z niego zakpiło? Wydaje się, że jednak zakpiło i z niego, i z jego młodszego kolegi, któremu wmawia poprzez stopień awansu, że jest gorszym nauczycielem. Kropka.

Nie papierowy awans na kolejne stopnie mianowania jest najważniejszy, ale stworzenie możliwości awansu faktycznego. Na przykład awansu na dyrektora, zastępcę byłby odpowiedni dla ludzi zdolnych i pracowitych.

Realny socjalizm

Konkurs na dyrektora szkoły? Wielka rzecz? Teoretycznie niby chodzi o niewielki kawałek władzy, bo czy dyrektorowanie szkole może być czymś wielkim? Globalnie nie, lecz lokalnie, regionalnie może stanowić trampolinę do większej kariery. Życie pokazuje, iż na przykład z sołtysa można „ulepić” w Polsce posła, a z nauczyciela fizyki premiera. Kto zatem bagatelizuje pewne procesy demokratyczne i marginalizuje tego typu niewielkie kroczki po szczeblach awansu społecznego, ten wykazuje się krótkowzrocznością lub też jest hipokrytą. Nie można nauczycieli pozbawiać naturalnego prawa do awansu zawodowego. Otóż postulowałbym natychmiastowe skrócenie pięcioletnich kadencji dyrektorów – to nie prezydenci- do lat trzech, a stanowisko zastępcy dyrektora szkoły powinno być rotacyjne, obligatoryjnie i bez możliwości reelekcji, bezterminowej ciągłości kadencji. Zastępca dyrektora i dyrektor szkoły to stanowiska, które powinny pracować dla szkoły, a nie odwrotnie. Aktualnie bowiem to szkoły pracują na dyrektorów i zastępców. I jeszcze jeden ważny argument za skróceniem kadencji dyrektorów i ich zastępców. Otóż, jeśli nauczyciel ma do przepracowania, powiedzmy, 30 lat i po jedenastu latach pracy nabiera uprawnień do awansu na stopień nauczyciela dyplomowanego, to przez pozostałe 19 lat nie ma żadnej motywacji do pracy. Staje się rzemieślnikiem i wyrobnikiem. Trzykrotnie mógłby starać się awansować na stanowisko dyrektora, przy konkursach co pięć lat, a przy kadencjach co trzy lata odpowiednio sześć razy. Jednak jeśli mógłby starać się awansować na  stanowisko wicedyrektora szkoły co dwa lata, miałby motywację do pracy i szanse na realny awans. Aktualnie zastępcy „przyklejają się” do dyrektorów i dyrektorują całymi wiekami, zamykając karierę najlepszym.

Powinno być tak: świetny i pracowity, dokształcony fachowiec awansuje na zastępcę dyrektora, sprawdza się – zostaje dyrektorem, to otwiera mu szansę na udziały w konkursach na stanowiska np. kuratoryjne i lokalne, sprawdza się – kuratorem, potem zasila szeregi urzędników wyższego szczebla MEN. Odchodząc na emeryturę ma po pierwsze poczucie spełnienia, po drugie godną swojej życiowej pracy emeryturę. Czy pieniądze są bez znaczenia w tej kwestii? Ależ mają. O ile większy pożytek miałoby państwo z urzędników mogących awansować realnie, a nie fikcyjnie? Szkolne patologie biorą się też stąd, że środowiska są podzielone na aktywnych i mało aktywnych. W tej drugiej grupie jest większość dyrektorów. Z pewnością nie są animatorami zmian i ewolucji, postępu, a raczej stróżami…

IV ZASTĘPCY NA ZAKRĘCIE

Spojrzenie na długość pracy dyrektorów i zastępców jest skażone doświadczeniem historycznym. Można w tej kwestii stracić obiektywny sposób patrzenia. Znane są bowiem dwudziestopięcioletnie kadencje dyrektorów szkół a ich praca podlega ocenom negatywnym jako w ľ bezwartościową, wręcz szkodliwa dla ich współpracowników, uczniów i placówek skazanych na zapomnienie lub złą sławę. Są to ludzie piastujący kierownicze i vice dyrektorskie funkcje zanim stawali się dyrektorami naczelnymi, często dawniej z namaszczenia partyjnego lecz nie tylko. Po kilku latach pracy z fantazją popadali w rutynę i zamieniali się w stróżów własnych „karier”.

Wyobraźmy sobie trzy koleżanki zostające dyrektorkami wzajemnie wspierającymi się. Dyrektorka A działa dwie kadencje, łącznie 10 lat, potem ustępuje dyrektorce B w zamian za stanowisko vice. Po dziesięciu latach dyrektorka B ustępuje koleżance C w zamian za bycie vice. Zadanie dla ucznia z klasy pierwszej szkoły podstawowej: „Ile lat rządzili dyrektorzy A, B i C?” Odpowiedź: 30 lat. Patologia. Przez 30 lat skrzętnie zbierali dokumentację świadczącą o ich pracowitości, przy czym zaniżali osiągnięcia całego grona, aby „nie wychować” sobie mocnego kontrkandydata.

Niemoralne jest zderzenie dwóch rzeczywistości. Oto pierwsza rzeczywistość: pracoholiczny nauczyciel mający nienaganny stosunek do pracy, organizujący dzieciom życie szkolne i pozaszkolne, będący wzorem pracowitości i wychowujący uczniów wg najlepszych wzorców, działający społecznie jako związkowiec przez 30 lat, systemowo pozbawiony możliwości awansu. I druga rzeczywistość: dyrektor szkoły, który przypadkowo, z namaszczenia, został zastępcą dyrektora, potem naczelnym, cieszył się niezasłużonym prestiżem i przez 20 lat dyrektorowania, był zwykłą miernotą intelektualną, kawalarzem i klaunem. Jako emeryci spotykają się z trzecią rzeczywistością: oto pierwszy straciwszy zdrowie na zajęciach szkolnych nie ma na lekarstwa, drugi żyje w nimbie dyrektorowania. Mało. Tego drugiego pasożyta można spotkać jeszcze na konkursach dyrektorskich, w których zasiada z ramienia związków – ma energię, by w nich działać, wcześniej je zwalczał.

V ZAROBKI DYREKTORÓW

Zarobki nauczycieli reguluje Karta Nauczyciela. W ustawie budżetowej co roku określa się kwotę bazową dla poszczególnych stopni awansu zawodowego. W 2006 roku kwota bazowa wynosiła 1795,80 zł.- brutto. Nauczyciel stażysta zarabia 82% tej kwoty, kontraktowy 125%, mianowany 175% i dyplomowany 225%. Państwo zapewnia te pieniądze, ale jednostki samorządowe mogą je podnieść dowolnie z własnej kasy. W Rozporządzeniu Ministra Edukacji Narodowej i Sportu z dnia 2 lutego 2005 r. w sprawie dodatków do wynagrodzenia zasadniczego oraz wynagrodzenia za godziny ponadwymiarowe i godziny doraźnych zastępstw dla nauczycieli zatrudnionych w szkołach prowadzonych przez organy administracji rządowej (Dz. U. z dnia 9 lutego 2005 r.) w paragrafie 4 p. 1. czytamy, iż nauczycielowi, któremu powierzono stanowisko dyrektora lub wicedyrektora szkoły albo inne stanowisko kierownicze przewidziane w statucie szkoły, przysługuje dodatek funkcyjny w wysokości nie niższej niż 5 % i nie wyższej niż 70 % otrzymywanego przez nauczyciela wynagrodzenia zasadniczego. W punkcie 7. Wysokość dodatku funkcyjnego dla dyrektora szkoły ustala organ prowadzący szkołę, a dla nauczyciela, w tym dla wicedyrektora lub nauczyciela zajmującego inne stanowisko kierownicze – dyrektor szkoły. 8. W stosunku do nauczyciela, o którym mowa w ust. 1, przyznając dodatek funkcyjny należy uwzględnić wielkość szkoły, jej strukturę organizacyjną, złożoność zadań wynikających z zajmowanego stanowiska, liczbę stanowisk kierowniczych w szkole, wyniki pracy szkoły oraz warunki geograficzne, w jakich szkoła funkcjonuje. Zatem im większa szkoła, tym walka o fotel dyrektora bardziej opłacalna. Dla przykładu w jednej z gmin w Polsce w powiecie żyrardowskim średniorczne wynagrodzenie (liczone za 2005 rok) dyrektorów szkół podstawowych i gimnazjów wynosi  4584,00 zł., a dyrektorów przedszkoli 3570,00 zł. W średniej uwzględniono składniki wynagrodzenia, o których mowa w art. 30 Karty Nauczyciela. Początkujący nauczyciel stażysta z przygotowaniem pedagogicznym i tytułem magistra otrzyma 1143,00 zł. Nauczyciel z tytułem zawodowym licencjata (inżyniera) z przygotowaniem pedagogicznym-983,00 zł. Nauczyciel dyplomowany – 2059,00 zł. (kwoty wynikają z Rozporządzenia MENiS). Średnia płaca dyrektora szkoły (lub placówki oświatowej), dla której organem prowadzącym jest powiat żyrardowski wynosi 3662,00 zł (brutto). Najniższa średnioroczna płaca (za 2005 rok) wynosi 2629,00 zł./2.906,00 zł., a najwyższa w grupie dyrektorów (za 2005 rok) – 5040,00 zł. Wynagrodzenie dyrektora szkoły naliczane jest według tych samych zasad, co wynagrodzenie nauczyciela. Jedyną różnicą jest dodatek funkcyjny, przysługujący mu z racji sprawowanej funkcji. I tak, nauczycielowi, któremu powierzono stanowisko dyrektora lub wicedyrektora albo inne stanowisko kierownicze przewidziane w statucie szkoły, przysługuje dodatek funkcyjny w wysokości określonej w tabeli płac. Pensja zależy od ilości oddziałów w placówce oświatowej, np. 17 oddziałów i więcej dyrektor szkoły otrzyma o 30-40% więcej do wynagrodzenia zasadniczego.

Na dzień dzisiejszy, to jest 14.03.2007 roku, z punktu widzenia zarobków dyrektora awans nie będzie wielki. Kwota dodatku funkcyjnego nie „powala na kolana” i nie zmienia zaszeregowania w progach podatkowych. Niemniej stanowisko daje inne, odczuwalne zyski, o które walczą zainteresowani konkursowicze. Pozwala mianowicie realizować własne wizje i poczuć to, co czują dowódcy w wojsku: władzę i odpowiedzialność. Dla niektórych kandydatów te wartości są najważniejsze, dla innych prestiż i możliwość spełnienia się. W interesie państwa leży, aby takich ludzi rozpoznawać, zachęcać do współpracy i wysysać z nich to, co najlepsze dla systemu oświaty. I na zakończenie jedna uwaga. Jeżeli w konkursie na dyrektora szkoły wygra jednostka wartościowa, pół biedy. Po trzech latach „zarządzania zasobami ludzkimi” zdemoralizuje się do tego stopnia, iż „ocuci” ją walka o reelekcję. Jeśli zaś wygra średniak czy miernota, owe lata jego kadencji zamienią się w męczarnie dla wszystkich, a reelekcja w „krwawą rewolucję”. Niewtajemniczonym i przeciwnikom rotacji, zmniejszenia trwania kadencji dyrektorów szkolnych uświadamiam, iż jest to praca lekka, łatwa i przyjemna, bowiem podwładni to elita świetnie znająca swoje obowiązki i najlepiej z możliwych przygotowana do pracy. Dlaczego więc nie można by wyróżniać spośród nich tych zasługujących na to, awansując ich na dyrektorów i zastępców częściej niż do tej pory?

Felieton z 2007 roku.

Dodaj komentarz