Tylko praca…

rozdział 10 – zawody

Takiego hałasu nie słyszałem w życiu.
Jesteśmy na sali gimnastycznej w jedynce. Narodu cały ogrom, a i tak wydaje się jakby nie wszyscy jeszcze dotarli. Nie widzę paru klas z mojej dawnej szkoły. No i nie mam pojęcia w czym mamy wziąć udział. To znaczy na pewno mają to być zawody sportowe, ale przecież niczego nie trenowaliśmy, wiadomo tylko, że będą to eliminacje do regionu.
– Proszę pana- Arek zaczepia naszego wuefistę- w co będziemy grać?!
Pan Czekański jest podenerwowany.
– W nic- rozgląda się przez cały czas po sali.
– Jak to w nic?- Chłopaki nie dają za wygrane.
– To będzie kilka konkurencji sprawnościowych, normalne zawody.
Taka odpowiedź nie satysfakcjonuje nikogo, ale z miny Czekańskiego widać, że i dla niego rodzaj konkurencji jest również tajemnicą, więc nie ma potrzeby przyciskać go. I tak niczego nie powie.
Na salę weszło trzech panów w dresach. W rękach trzymają jakieś kartki i długopisy. Każdy ma na szyi stoper zawieszony na kolorowej taśmie i gwizdki, oczywiście. Rozmawiają żywo ze sobą. Ciekawe o czym.
Jesteśmy przebrani w stroje sportowe i przygotowani na najgorsze. Widzę wokół siebie pełno drużyn klasowych. Widzę także Kazia, mojego przyjaciela z podwórka i innych kolegów. Cała paczka w komplecie, ale w innych drużynach klasowych.
Mamy wziąć udział w eliminacjach klas siódmych, wiekowo nam równych, ale gdy wchodziliśmy na salę wszystkie drużyny zamilkły. Najpierw zamilkły, potem żywo dyskutowali, aby w chwilę później wybuchnąć śmiechem i szyderczymi komentarzami w rodzaju „omnibusy-globusy” albo „mutanty”. Tak lub jeszcze gorzej nas określają. Nasza szkoła nie cieszy się powszechnym uznaniem wśród rówieśników. Studenci mówią na nas jeszcze inaczej, na przykład „potworki” lub „embriony”, a na mieście można słyszeć jeszcze gorsze epitety. Nasi profesorowie pocieszają nas mówiąc, że to wynik zawiści lub zazdrości i z dumą, możliwe że szczerą, określają naszą szkołę jako szkołę geniuszy lub szkołę XXI wieku.
Właściwie wszyscy jesteśmy stypendystami. Program naszej edukacji jest uniwersytecki, a zajęcia mamy z prawdziwymi profesorami. Ale czy to teraz ma jakiekolwiek znaczenie. Zaraz dołożą nam wszystkie siódme klasy biorące udział w zawodach. To będzie kompromitacja.

– Ustawiamy się na apel!- Zapowiedział jeden z trójki sędziów.
Wszystkie drużyny gromadzą się wokół niego na środku boiska koszykówki.
– Witam wszystkich uczestników zawodów, reprezentacje klas siódmych i ósmych wszystkich szkół, nauczycieli i rodziców. –Rozlegają się brawa, a ja zerkam, czy tata już jest, ma tu być z pielęgniarką i pogotowiem ratunkowym.- Zawody odbędą się w następującej kolejności: najpierw odbędą się konkurencje dla klas siódmych, a później dla klas ósmych. Wszystkie drużyny klas ósmych mogą pozostać na sali lub wyjść, powiedzmy na dziewięćdziesiąt minut. Klasy siódme ustawią się za chwilę drużynami prostopadle do okien.
Następnie głos zabrał drugi pan.
– Proszę państwa, to wielki zaszczyt dla naszej szkoły być gospodarzami tych zawodów. Tym bardziej cieszymy się, że nagrodą dla zwycięzców będzie udział w regionalnych zawodach młodzieży szkół podstawowych, a więc wyróżnienie wielkie i jest o co powalczyć. Życzę wszystkim uczestnikom owocnej rywalizacji.

Karolina nie załapała się do drużyny, ale miała przyjść kibicować. Nie widzę jej jednak nigdzie.
Drużyn siódmoklasistów jest sześć. Wylosowaliśmy drugą turę i teraz stoimy patrząc i kibicując pierwszej trójce klas. Jest wśród nich klasa Kazia i jemu będę kibicował.

Rozpoczęło się.
Ogólny rwetes przerodził się nagle w jedną wielką ciszę. Drużyny stanęły w szeregach gotowe do startu, a zawodnicy w ciszy już całkiem na serio koncentrują się na grze. Nikt jeszcze nie wie, jaka to będzie konkurencja. Jak się okazuje, wszystkie konkurencje są objęte ścisłą tajemnicą i mają być dla uczestników zaskoczeniem. Nikt wcześniej nie wiedział, co to właściwie będzie za współzawodnictwo i teraz w powietrzu wisi napięcie. Wszyscy zastanawiają się, czy dadzą radę, czy nie zawiodą samych siebie, kolegów i koleżanki z klasy.

– Pierwsza konkurencja będzie polegała na tym, że każdy ostatni zawodnik w rzędzie biegnie do szarfy z piłką kozłując ją i po dotknięciu nogą szarfy wraca! Po powrocie każdy zawodnik siada przodem do swojego rzędu i podaje piłkę pierwszemu, ten podaje kolejnemu i ostatni z drużyny znów powtarza ćwiczenie. Wygrywa drużyna, która w całości pierwsza usiądzie tyłem do boiska. Ostatni zawodnik drużyny siadając podnosi rękę na znak, że drużyna skończyła zadanie! Pokażemy wam teraz.
Dwaj panowie w dresach asystujący głównemu arbitrowi demonstrują ćwiczenie.
– Kaszka z mlekiem!- Słyszę głosy z mojej drużyny.

– Uwaga!- Sędzia uspokaja wszystkie rozgadane drużyny po demonstracji konkurencji.- Wygrywa drużyna, która uzyska najlepszy czas! I chciałbym wszystkim to uświadomić, cała drużyna pracuje na zdobycie najlepszego czasu. W ogólnym podsumowaniu wszystkich drużyn suma czasu wykonanych konkurencji będzie decydująca! Oznacza to, moi kochani, że nawet druga lub trzecia drużyna tej tury może uplasować się wyżej w klasyfikacji niż drużyna na przykład pierwsza z tury drugiej. Jest zatem o co walczyć.

Gwizdek.
Ruszyli. Boże, jak pędzą. Na złamanie karku. Wszystkich widzów zamurowało, ale po chwili kibice zmagających się drużyn zaczynają dopingować swoich. Ni z tego ni z owego atmosfera udziela się i nam.
– Gazu, gazu, prędzej, prędzej!!!- Krzyczymy nie wiadomo do kogo, wszyscy krzyczą. To jest burza, sala gimnastyczna na co dzień nie zna chyba takiego hałasu.
Oglądam się na ściany i szyby za plecami startujących drużyn. Jesteśmy tutaj może pół godziny, a na ścianach i szybach widać parę, dolne szyby całe zamglone od gorących oddechów zawodników i widzów. Niesamowite.
Jakoś nie mogę się przekonać do krzyków i dopingu.
Drużyna Kazia prowadzi minimalnie, może o dwa kroki. Teraz będzie zmiana mojego przyjaciela. Tak, to on teraz dostaje piłkę i pojawia się kozłując na parkiecie.
– Dalej, Kazik, Kazik!!!- Nie mogę się opanować.- Gazu, zdążysz, pierwszy, pierwszy!!!
– Aa…

– Chłopaki, nie kibicujcie tak żywo, zostawcie trochę siły na parkiet!- Przekrzykuje hałas i uspokaja nas pan.
Próbujemy ochłonąć. Uspokajamy się. Argument i powaga naszego nauczyciela działają przekonywująco.

Nagle jedna z biegnących dziewczyn pada przy szarfie. Co za pech dal drużyny Kazia.
– Dawaj, dawaj- dopingują ją wszyscy z drużyny- szybciej, ruszaj się, dawaj!
Dziewczyna już poderwała się, chwyciła zgubioną piłkę i pędzi do szeregu. Ledwie usiadła, a już z piłką pojawił się jej kolega, ostatni z drużyny, najwyższy, najsilniejszy. Potężnymi susami, prawie błyskawicznie dogania pozostałych zawodników. Błyskawicznie robi obrót w tył i niemalże trzema krokami swoich długich nóg dopada do swojego rzędu unosząc rękę do góry.
– Jest, wygrali!- Znowu ja, nie mogłem się opanować. Drużyna Kazia wygrała o ułamki sekund z pozostałymi.
– Chłopaki, kto u nas na ostatniej zmianie?- W ferworze pada nieśmiałe pytanie Gośki.
Wszyscy rozglądamy się po sobie, chwila zastanowienia i niepewności, spojrzenia padają na Cześka, jest najwyższy, prawie półtorej głowy od Zbyszka, który jest najszybszy. Nie wiadomo kto, któryś z nich na pewno musi być na ostatniej zmianie.

Jurorzy podchodzą do stolika, zapisują wyniki. Chwilka czasu aby ochłonąć. Na sali ucisza się, na środku staje sędzia główny. Zaraz przedstawi następną konkurencję. Coś się jednak dzieje w drużynie Kazia, na parkiecie leży dziewczyna i trzyma się za kolano. To ta sama, która upadła.
– Lekarz, lekarz! – Wołają zawodnicy.
Rozglądam się za moim tatą. Już idzie ze swoją torbą w tamtym kierunku. Jak to dobrze, że jest tutaj. Kiedy mówiłem o zawodach, powiedział, że chciałby być ze mną i pewnie przyjedzie z pogotowiem.

– Druga konkurencja da wytchnienie waszym rękom, będą to skoki na żabkę do szarfy! Trzeba obiec szarfę dookoła i potem dobiec do drużyny. Drużyna kończy zadanie, gdy ostatni zawodnik wykona ćwiczenie! Proszę przygotować się do zadania.
– Uwaga- drugi sędzia podniósł ramię do góry- start!
– Zamęczą nas tymi żabkami- pada gdzieś zza pleców.
Tata pomógł koleżance Kazia i nie było to chyba nic poważnego, bo nie zrezygnowała ze startu. Jest na trzeciej zmianie.
Już wszystko wróciło do normy, to znaczy salę ogarnęła euforia dopingu. Ciekawe, czy nas też będą tak dopingować. Coraz więcej ludzi na sali, poza parkietem atmosfera zagęszcza się. Ósme klasy wyszły przedtem, ale teraz powoli schodzą się. Czy będą mieli te same konkurencje?

Drużyny zmagają się ze sobą. Wyłączam się, nie mogę tak bez końca gapić się na to. Muszę się uspokoić i odprężyć. To wielka odpowiedzialność, czy dam radę. Nie wiem.
Nie mogę być mięczakiem. Idę się gdzieś przejść.

– Robert- mama mnie woła, jest też tutaj z innymi rodzicami- jak się czujesz?
– Dobrze- podchodzę i siadam obok niej.
Wczoraj tata z mamą dyskutowali dość długo czy pozwolić mi na te zawody, czy też nie. W końcu zgodzili się, mimo że ponoć moje zdrowie nie jest w najlepszej kondycji.
– Ale przecież czuję się dobrze?- Nie rozumiałem o co chodzi.
– Kochanie, umówmy się, że dopóki nie zrobimy ostatnich badań, będziemy traktować cię jak chorego- stanowczy ton nie podlegał dyskusji.
– Nie jestem małym dzieckiem i potrafię o siebie zadbać- miałem wyraz twarzy człowieka, który powtarza setny raz tę samą oficjalną wiadomość. Czułem się głupio.
– Robert, właśnie o to chodzi- wtrącił tato z uśmiechem.- Dopóki sytuacja się nie wyjaśni, będziemy bardzo się martwić o ciebie i traktować jak małe dziecko.
Wiedziałem, że nie wygram. Mają rację, dobrze o tym wiem.
– Z dmuchaniem i chuchaniem?- Roześmiałem się również.
– Właśnie tak, ale jutro możesz wziąć udział w zawodach- dodała mama.
Wiedzieli, że jest to dla mnie ważna sprawa, jedyna w swoim rodzaju. Tata od czasu do czasu ganił mnie za nadmierne zaangażowanie się w naukę i opuszczenie obowiązków wobec ciała. Twierdził, że nie można przesiadywać całego życia nad książkami. Brzmiało to nieco dziwnie, bo sam ciągle coś czyta i dokształca się. No ale faktycznie poza lekcjami sportowymi w szkole i letnimi rozgrywkami na podwórku, nie mam zbyt dużego ruchu, a moje mięśnie aż skwierczą z radości, gdy od czasu do czasu biegam czy ćwiczę. Wyczuwam w nich ogromną energię, ale przy nienasyconym instynkcie poznawczym umysłu nie mają szans.
– Czy to oznacza również, że będziecie jutro na zawodach ze mną?
Spojrzeli po sobie.
– Oczywiście.
– Jesteście kochani i wspaniali- musiałem im to powiedzieć przed pójściem do siebie.

Nie chciałem pytać wczoraj, ile więcej wiedzą o mojej chorobie niż ja sam. Nie zrobiłem im tej przykrości. Wolałem nie pytać, bo gdy tylko wspominam o chorobie, zaraz mama płacze i serce mi pęka. Tata jako lekarz dobrze wie, co mi jest lub na ile podejrzenia jego kolegów w szpitalu są realne. Kiedy na niego patrzę, czasem widzę jak bardzo coś przeżywa. Oboje z mamą stali się dla mnie czulsi i traktują mnie często jak małą dziewczynkę, jak Justynę gdy była malutka.

Z zamyślenia wyrywa mnie głos kolegów. Pierwsza tura klas siódmych zakończyła zmagania, teraz my.
Idę, nie wiem za bardzo co się dzieje dokoła mnie, widzę tylko drużynę mojej klasy, jasne włosy Gośki i uśmiech Cześka. Nic poza tym do mnie nie dociera. Czuję przez skórę, że atmosfera na sali opada.
– Powodzenia, nie daj się zjeść!- To Kazik, rozpoznaję jego głos.

Jakie będzie ustawienie, Boże, daj mi siły, abym zrobił wszystko jak najlepiej.
Nikt do mnie nie mówi, w ogóle cała drużyna milczy. Wszyscy poddaliśmy się Zbyszkowi, on wie co robi. Bez słowa ustawia drużynę, za sobą zostawia Cześka, ciągnie mnie za ramię przed siebie, jesteśmy trójką zamykającą drużynę. Ustawiamy się bokiem do startu tak, żeby widzieć start i koniec, żeby podawać piłkę ostatniemu, który będzie biegł.
Gwizdek.
Nic nie widzę i niczego nie słyszę, ale zmysły mam wyostrzone jak nigdy dotąd. Czuję, że kolejka coraz to zmniejsza się, a na sali podnosi się ogólny rwetes. Jeszcze jedna osoba przede mną.
Czekam.
Przez zaparowane okno przebił się nagle słaby promyk słońca a po kolanach przebiegł mi chłodny wietrzyk. Bezwiednie sięgam do szyi i całuję poświęcony krzyżyk, Bóg jest ze mną.

Mam piłkę. Gnam do przodu.
Dzieje się coś dziwnego, poza mną zostawiam drużynę i nikogo więcej nie ma tutaj, gdzie ja jestem. Dotykam szarfy i wracam jak najszybciej potrafię.
Przekroczyłem linię, wpadam na kolegę. Już po wszystkim. Jestem. Rozglądam się na boki i jest już przy mnie Zbyszek. Następny moment wstrząsa całą niemal drużyną, bo wpada na nas Czesiu.
Wygraliśmy tę konkurencję.
– Nie jest źle, jak na mutantów- uśmiecha się Gośka, ale nikt nie kontynuuje rozmowy, wszyscy spięci i poważni czekają na kolejny gwizdek. Chciałbym, żeby był już piąty.

Trans, jedyne co mi przychodzi w tej chwili do głowy, trans. Jesteśmy zahipnotyzowani i nic nie jest w stanie nas obudzić.

Potknąłem się przy żabce, bo za szybko chciałem dotrzeć na miejsce, ale dla Cześka ten dystans to dosłownie cztery potężne susy. Nadrobił potknięcia wszystkich przed sobą. Widziałem.

Czwarta konkurencja, której nie znam, nie widziałem jak wykonuje je poprzednia tura, zresztą trzeciej też nie widziałem. Toczyliśmy po parkiecie dwie piłki lekarskie, przegraliśmy, większość z nas miała problemy z koordynacją ruchu obu ramion. Dlatego teraz jeszcze większe napięcie. Tę konkurencję chcemy wygrać.
Czuję, jak uchodzą z nas siły. Nie widać tego jeszcze, bo czekamy na kolejny gwizdek, ale porażka w poprzednim biegu odebrała nam siły. Tego nie można zobaczyć, a jednak coś w nas się załamuje.

– Co jest z wami do diaska, musicie to wygrać!- Nie wiem, jak pan Czekański to zrobił, ale nagle stanął przed nami i zrobiwszy groźną minę powiedział swoje.
Jak na komendę wszyscy spojrzeli na niego. Stał jak słup soli. Pomiędzy nami narastało napięcie, które mogło w każdej chwili eksplodować jakimś niecenzuralnym pojedynczym wulgaryzmem. I wtedy stało się…
– Jesteście najlepsi- uśmiechnął się, a w jego oczach rozbłysła prawda.
Myślałem, że eksplodujemy radością i rzucimy się na niego, jak dzieci na ojca, który przyniósł do domu choinkę. Wszyscy zdaliśmy sobie sprawę w tym momencie, że to przecież tylko zawody, a nie jakieś światowe odkrycie naukowe oddzielone od nas grubą warstwą niedokończonych badań.
Obudził nas.
Tak. Podziałało to na nas otrzeźwiająco. Już nie chcemy całemu światu udowadniać, że jesteśmy dobrzy, teraz po prostu, najzwyczajniej w świecie, kierowani zwykłymi ambicjami człowieka biorącego udział w zawodach chcemy wygrać.

Ostatni gwizdek usłyszałem razem ze startem pierwszego z naszej grupy. Był nim tym razem Zbyszek. Przed startem szeptał coś do Cześka i Gośki, która miała startować jako pierwsza. W ostatniej chwili dokonali tej ryzykownej zmiany. Widocznie przewidział, że w pozostałych dwóch drużynach pierwsze zmiany są bardzo słabe i może na tym zyskać nasza drużyna.
Pędził jak wicher. Szarfy zostały przesunięte prawie o jedną długość dotychczasowego dystansu. Należy przebiec całość, z tym że do połowy dystansu trzeba trzymać prawą ręką prawą kostkę u nogi. W porównaniu z poprzednią konkurencją polegającą na biegu po wąskiej ławce i powrotem tyłem do kierunku biegu, ta konkurencja wydawała się pestką.

– Pies, pies!- Krzyknął mi do ucha Zbyszek, kiedy wystartowałem.

Wpadając na całą skandującą już drużynę podniosłem ramię na znak, że drużyna skończyła. Pierwsze miejsce w czterech na pięć konkurencji oznacza zwycięstwo drugiej tury.
Sapię i dyszę bardziej z wrażenia niż ze zmęczenia. Wszyscy klepią mnie po plecach, a przecież to razem doprowadziliśmy do sukcesu.
– Zbyszek, skąd wiedziałeś- pytam- że taka kolejność w tej ostatniej konkurencji będzie najlepsza.
– Psychologia- uśmiecha się do mnie i tłumaczy gdy całą drużyną schodzimy z boiska- Po pierwsze taka zmiana uśpiła w nich czujność. Trzeci od końca zakładali, że nadrobią straty, w ostateczności przedostatni, jedni z najlepszych musieli to nadrobić. Gdy jednak jako czwarty pobiegł Czesiek i nie udało im się nadrobić dystansu, pozmieniali kolejność i najlepszego sprintera z końca przesunęli na Gośkę. Spanikowali, Gośka jest dobrym sprinterem i nie dała odebrać sobie większości utraconego przez siebie dystansu.
Stoimy i odpoczywamy.
– A po drugie- cierpliwie słuchałem wywodów psychologicznych Zbyszka.
– Po drugie? A, no tak, po drugie na koniec wystawiliśmy najlepszego sprintera, pewniaka.
Zatkało mnie.
– Niby mnie?
– A jak myślałeś.
– Że ty jesteś najlepszy.
– Ja jestem najlepszy na długie dystanse, ty jesteś szybki jak wiatr albo jeszcze szybszy- uśmiechnął się- pod warunkiem oczywiście, że goni cię pies.
Spojrzałem na niego i momentalnie wybuchamy śmiechem.
– To dlatego krzyknąłeś mi do ucha „Pies”?!
Zbyszek wytarł dłonią pot z czoła.
– Widziałem cię kiedyś, jak uciekałeś przed psem…

– Ogłaszam wszystkim wyniki dzisiejszych zawodów. Najlepszy czas łączny we wszystkich konkurencjach zdobyli uczniowie klasy siódmej sportowej nr 8!
Posypały się rzęsiste brawa.
– Normalka- Czesiek zawyrokował- siedem lat gonią ich po boiskach i bieżniach…
– Proszę państwa, drużyna ta zakwalifikowała się do turnieju regionalnego, który odbędzie się za miesiąc i będzie relacjonowany w telewizji regionalnej. Od organizatorów wiem, że za udział w tej imprezie uczestniczące szkoły otrzymają kolorowe telewizory a drużyny pięciodniową wycieczkę do Zakopanego.
Znowu brawa.

– Gratulujemy wszystkim uczestnikom.
Rozglądam się dokoła, widzę Karolinę i rodziców. Jest i Justyna razem z drużyną. Na sali zaroiło się od nowych twarzy. Klasy ósme też chcą posłuchać werdyktu.
– Drugie miejsce zajęła drużyna- oddech zaparło mi w piersi- szkoły o poszerzonym programie nauczania numer 10!
To my.

Skaczemy z radości, podajemy sobie ręce, ściskamy się i padamy w objęcia.
– Nagrodą za drugie miejsce jest pięciodniowa wycieczka do Krakowa dla całej klasy, której sponsorem jest kuratorium oświaty!

Mama i tato podeszli do nas, gratulowali nam wszystkim.
Karolina też tu jest.
– Gratuluję, byłeś wspaniały- poczułem jej oddech i miękkie usta na policzku.

Dodaj komentarz