Tylko praca…

rozdział 3 – tubka i bakterie

Brzęczenie dzwonka tuż przy uchu stawia mnie na równe nogi. Z trudem dowlekam się do łazienki. Justyna już w szkole, jej łóżko pustynią świeci…
Co to za język?
– Filmowy, przecież wczoraj coś oglądałem- a teraz rozmawiam głośno sam ze sobą. Takie są skutki…
Szczotkuję zęby.
– Nie rozumiem jak to się dzieje z Justyną, że wystarczy jej chwila snu. Ja też coraz mniej śpię. Kiedy są wakacje, śpię do dwunastej.

Myję się dokładnie. Dawniej tego nie zauważałem, bo nie robiłem tego na czas, ale teraz zaraz trzeba wyjść. Najdłużej zajmuję mi mycie zębów. To chyba z powodu taty, który kazał mi myć jak najczęściej i jak najdłużej, o ile to możliwe.
– Bakterie. Ludzie, wystrzelajmy bakterie!!!
Krzyczę do lustra jak głupek.
O, o! Kiedy krzyknąłem czasownik „wystrzelajmy”, co brzmi podobnie do „szczelania”, oplułem pastą całe lustro. Muszę je teraz przemyć.

Wchodzę do tubki z pastą. Lubię wchodzić wszędzie. Po lewej stronie od nakrętki spotykam dwóch strażników. Pytają mnie, po co przyszedłem. Tłumaczę, że po wyciąg dający spokój zębom. Jeżeli uda mi się to załatwić, wszyscy ludzie nie będą mieli problemów z myciem zębów. Nie mówię, że czynność ta jest bardzo nieprzyjemna, ale przecież gdyby tak podliczyć minuty spędzone przy myciu zębów, to uzbierałyby się lata. Już lepiej spożytkować je na coś innego, pożyteczniejszego dla świata.
Powiedzmy, że statystycznie człowiek traci na mycie zębów dwa lata swojego cennego życia. No, a gdy jeszcze trzeba udać się do dentysty, czas się wydłuży dość znacznie. Gdyby te lata przeznaczyć na przykład na sprzątanie świata lub na pisanie książek, to o ile więcej byłoby z tego pożytku. Można by też, nie, niestety nie można zrobić tak, ażeby uzbierać od ludzi te godziny i lata, a potem zamienić je na nowe życia lub gdyby można było oddać komuś umierającemu swoje lata bezsensownego stania w łazience.
Mówię o tym wszystkim strażnikom z tubki, ale oni nie rozumieją. Każą mi czekać na generała zajętego przyjmowaniem musztrowaniem fluorków. Oni sobie tutaj chyba w ogóle nie zdają sprawy z tego, co się dzieje na świecie.
Wreszcie zażądałem, aby zaprowadzono mnie przed oblicze generała, czyli króla tego państwa. Wyjaśniam mu wszystko, a on porozumiewawczo kiwa głową.
Niestety, naukowcy, wierni poddani tłumaczą mi, że jeszcze nie pora na wyjawienie światu sekretu, przepisu na walkę z bakteriami. Król zaproponował, abym przeprowadził się do jego państwa, skoro tam jest zagrożone moje życie. Odpowiedziałem, że przecież nie zostawię rodziny i całego świata na pastwę bakterii.

– Gdzie tym razem przebywał twój genialny umysł, młodzieńcze?
Boże, to starszy pan od fizyki. Spóźniłem się na fizykę, nawet nie wiem, kiedy doszedłem do szkoły. To nie jest pierwszy raz.
Patrzę po sobie szybko.
Na szczęście nie zapomniałem się ubrać, po drugie profesor od fizyki bardzo mnie lubi.
– Zastanawiałem się, panie doktorze, nad problemem bakterii, które mimo wszystko dokuczają ludziom.
– Dlaczego mimo wszystko, młody człowieku?
– Bo postęp technologiczny jest ogromny. To co wyrabia przemysł zbrojeniowy z bronią bakteriologiczną, to szczyty osiągnięć, a nie możemy sobie poradzić ze zwykłą próchnicą.
– O, ty nie pamiętasz tych czasów, ale kiedyś bywały państwa, które nie wpuszczały obcokrajowców bez zaświadczenia od lekarza stomatologa, że konkretny turysta nie jest nosicielem próchnicy.
– Pan chyba żartuje? Chociaż po głębszym zastanowieniu się, mógłbym przyjąć duży wskaźnik prawdopodobieństwa, że takie sytuacje mogą mieć i dzisiaj miejsce.
Siadam do ławki.
Zamieniam się w słuch, chociaż znam już materiał, który dla większości moich kolegów i koleżanek nie jest czymś nowym. Najważniejsze będą ćwiczenia praktyczne.
Uwielbiam lekcje profesora poety, ale też fizykę z wielkim P. Prawie wszyscy nasi nauczyciele są pracownikami uniwersytetu. Tylko pan od wychowania fizycznego nie. Wielki P jest chyba jedną z najciekawszych postaci ze wszystkich naukowców, którzy mają z nami zajęcia. To dzięki niemu znalazłem się w tej szkole.

Trzy lata temu mój wychowawca zaprosił na lekcje nieznanego pana, wysokiego jak koszykarz, zarośniętego i przyznam, trochę niechlujnie ubranego naukowca. Ten przeprowadził ze mną rozmowę. Byłem wtedy w czwartej klasie. Kilka dni później wraz z dyrektorem dziesiątki byli u nas w domu. Zachęcili moją mamę i tatę do przeniesienia mnie do tej społecznej szkoły, gdzie stworzyli klasy o poszerzonym zakresie nauczania.
Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. Pamiętam jakieś testy przed komisją z ministerstwa i kolejny dzień, kiedy musiałem pożegnać mury jednej szkoły, aby zamienić je na inne. Po miesiącu tata dostał pismo, że przyznano mi stypendium. Odtąd moje życie zmieniło się całkowicie.
Przede wszystkim z powodu Karoliny, którą tutaj poznałem.
Siedzi dwie ławki dalej. Wszyscy chłopcy robią do niej piękne oczy, bo przecież ona jest najpiękniejsza ze wszystkich stworzonych przez Boga dziewczyn.

Nie mam do niej szans.
Wiem, ale mam nadzieję…
Matka głupich.
A może nie mam racji?
Jestem mięczak.
Nie taki znowu jak się zdaje.
Nie zaimponuję jej ocenami.
Wiem, tutaj wszyscy mają takie same, ale przecież…
Nie oszukujmy się.
Bestia!

Dziesiątka mieści się w bardzo starym budynku. Na zewnątrz otoczona jest wysokim murem z czerwonej cegły, cała jest z niej wybudowana. Przypomina raczej koszary wojskowe lub zabudowania klasztorne ze średniowiecza niż normalną podstawówkę. Zresztą o nas nikt wcale nie mówi, że jesteśmy normalni, wprost przeciwnie. Uczniowie innych szkół i na mieście mówią o nas nie uczniowie ale studenci, natomiast złośliwi mówią na nas omnibusy-globusy albo mutanty.

Nasz wychowawca twierdzi, iż przed laty w budynku szkoły znajdował się szpital. Jeszcze lepiej. Wyobrażam sobie żołnierzy rannych podczas pierwszej wojny światowej leżących w sali biologicznej, gdzie sekcje zwłok różnych zwierząt są teraz na porządku dziennym. Na naszym cmentarzu jest kilka grobów. Z tablic nagrobkowych wiele można się dowiedzieć. Na przykład jeden z poległych był Serbem, drugi Słowakiem, a inny Austriakiem.
Być może front przechodził nie opodal, ale bardziej prawdopodobne jest, że byli to jacyś jeńcy tutaj leczeni. Niestety, nie przeżyli i nie mogli powrócić do swoich domów.

To była makabryczna wojna, zginęło w niej mnóstwo narodu, szczególnie Niemców i Francuzów.
Dla nas Polaków nie tak makabryczna jak druga wojna.
Nie ma na naszym cmentarzu ani nawet w dzielnicy żadnego grobu walczących na drugiej wojnie. Jest na małym rynku jakiś pomnik, ale wcześniej był pod nim inny podpis. Tata mówił, że pomnik ten był poświęcony żołnierzom radzieckim oswobadzającym te ziemie. Teraz napis na nim głosi, iż jest hołdem wszystkim żołnierzom poległym na frontach drugiej wojny.

Pamięć i chowanie zmarłych jest rzeczą bardzo ważną i zarazem tajemniczą. Różne narody robią to inaczej, ba, inne cywilizacje robią to inaczej. Słowianie, nasi pradziadowie najprawdopodobniej w większości palili swoich zmarłych na stosach. Wyprawiali im przy tym uczty po śmierci, zapalali im też ogniska i pochodnie, aby dusze mogły się ogrzać.

Śmierć, czym jest w porównaniu z moimi problemami.
Wydaje mi się, że Karolina jest wyższa ode mnie. To odbiera mi cienie nadziei na przyszłość. Moi rodzice są o wiele wyżsi od jej rodziców. Zgodnie z zasadami biologicznymi kiedyś będę wyższy od niej, ale to będzie kiedyś.
Tylko że może być już za późno.
Przez ten czas, kiedy będę tak wolno rósł, Karolina odda swoje serce innemu, wyższemu i przystojniejszemu.
Z drugiej strony to bardzo ciekawe, jakim jestem w tym momencie hipokrytą. Przecież wygląd zewnętrzny i sprawy materialne generalnie nie mają dla mnie znaczenia. Otwarcie i publicznie przyznaję się do tego.
A jednak w konfrontacji z rzeczywistymi uczuciami zmieniam swoje stanowisko. Pod wpływem miłości, o ile to jest to, zaczyna mi zależeć na urodzie i tym podobnych przemijających wartościach. Już przecież starożytni wiedzieli, a cały cywilizowany świat to powtarza do dzisiaj, że rzeczy materialne, uroda i podobne sprawy są nieistotne, bo przemijające.
W takim razie, skoro też wierzę w trwałości i nietrwałości, opowiadam się za trwałościami, to dlaczego tak bardzo zależy mi na tym, aby Karolina i może inni ludzie widzieli mnie innym niż jestem w rzeczywistości.
A właściwie to jaki jestem?
Mięczak…
Nie, nie jestem mięczak, potrafię…
Tylko mięczaki ze sobą rozmawiają, zamiast…
Zamiast co?
Zamiast działać.
Na przykład?
Na przykład mówię o różnicy wzrostu, a nigdy nie zdobyłem się na podniesienie oczu i zmierzenie się z Karoliną.

Zatkało mnie. To prawda, jeżeli już uda mi się być blisko niej, wtedy po prostu nie jestem sobą. Zamyka mnie w sobie jakieś poczucie inności, coś co mi szepcze, że jestem gorszy od niej. Nie to jest jednak najważniejsze. Najbardziej w takich chwilach wścieka mnie po prostu paraliż twarzowy, to znaczy pojawia się na mojej twarzy jakiś głupi uśmiech.
Jeżeli spotykają się na ulicy dwa psy, kulą przed sobą uszy i ogony, aby zaznaczyć pokojowe zamiary. Kiedy ja spotykam się z Karoliną, na mojej twarzy pojawia się uśmiech, którego nie jestem w stanie wyłączyć. Czasami jestem na siebie aż wściekły i w duchu krzyczę do siebie: „Gębo znikaj!”
Nie na wiele się to zdaje.

– Co ty dobrego narobiłeś, chłopcze!
W klasie zamieszanie. Pani doktor od biologii wysyła Staszka po wodę w woreczku foliowym.
Rozglądam się po laboratorium. Piotrek trzyma w ręce dwie rybki. Na podłodze leży zbity słoiczek.
– Po prostu wypadł mi z ręki- Tłumaczy się nieco osłupiały.
I proszę. Czy to nie jest dziwne, że akurat Piotrek, wzorowy i zagorzały badacz wnętrzności zwierzęcych, który przeprowadził bodaj dziesiątki sekcji zwłok, oniemiał na widok bezbronnych rybek.
Ciekawy przyczynek do filozoficznych rozważań na lekcji etyki i religii. Uśmiercanie zwierząt uzasadnione i nie uzasadnione naukowo, dla dobra ludzkości. Paradne. Dla mnie to po prostu kanibalizm…
Gdyby tak jakieś istoty pozaziemskie, powiedzmy o wiele bardziej rozwinięte technicznie przybyły na Ziemię i podporządkowały sobie ludzkość. Oczywiście uznaliby nas za normalne zwierzęta, bo nam się tylko wydaje, że jesteśmy tacy mądrzy, a oni by nas po prostu zjedli z marchewką.
Z tego co nauka wie, w samej drodze mlecznej znajduje się kilkadziesiąt milionów gwiazd. Na kilku milionach spośród nich istnieją przypuszczalnie takie same lub lepsze warunki życia jak na Ziemi. Ciekawe czy istoty tam żyjące tak samo postępują ze swoimi zwierzętami?
A co z pieczonym i chrupiącym niedzielnym kurczakiem?
No właśnie. Hodowla kurczaków a tuczarnie kaczek, chyba wszyscy kiedyś za to odpowiemy przed Bogiem.
Przecież stworzył to wszystko, aby żyło nam się lepiej…
Nie wpuszczaj mnie w maliny, raz mówisz tak, z kolei kiedy indziej inaczej, ty się po prostu nie kontrolujesz.
Kim właściwie jestem, twardzielem- facetem, czy mięczakiem- chłopakiem?
Dobra, dobra, nie podskakuj…

Piotrek będzie w przyszłości lekarzem. Kiedyś na zajęciach etyki i filozofii mówiliśmy o naszej przyszłości, dla większości jest to temat priorytetowych rozważań. Ojciec Piotrka jest lekarzem pediatrą…
– Uważaj!!!
Boże, o mały włos przejechałby mnie samochód!!!
Pojazd minął mnie popiskując hamulcami. Uff…
– Dziękuję bardzo!- Wołam do pani, która prowadzi wózek dziecięcy i przed chwilą uratowała mnie, wyrwała z zamyślenia.

Dodaj komentarz