"Życie to nie teatr…"

rozdział 5 – królestwo Ogórasa

Dawno, dawno temu żył sobie krasnal Robimir. Był znany na całej polanie, a jego sława sięgała lasu. Znany był z odwagi i ogromnej siły. Nie.
Taki początek jest zbyt standardowy. Może inaczej.
Dawno, dawno temu żył sobie krasnal Robimir, mój prapradziad. Od dzieciństwa słynął z mądrości, której zazdrościli mu wszyscy. Potrafił na przykład obliczyć odległości pomiędzy gwiazdami i wyprodukować kieszonkową bombę atomową, gdyby jego państwu zagrażało niebezpieczeństwo.
Nie! Taki początek to kpiny. Inaczej.
Czy w ogóle można dzisiaj wymyślić jakąś ładną baśń dla dzieci bez bomby atomowej?

Myślę.
Obudziłem się już czy zasypiam…
Dlaczego akurat muszę układać bajkę?
Czasami śni mi się wspaniały świat.
Mimo że potrzebuję dużej ilości snu, niewiele śpię. Powinienem iść z tym do lekarza.
Głupek.
Przecież tata jest pod nosem, a nigdy z nim o tym nie rozmawiałem.

Dawno, dawno temu żył Robimir. Był zwykłym krasnalem, ale…

Banalne. Zbyt banalne.
Kto uwierzy w postać, o której najpierw narrator powie, że jest przeciętna, a później wymyśli sobie jakieś ale i ni stąd ni zowąd zrobi się monstrum, gigant, superman?!

Przecież dzieci uwierzą, bo bajki są dla dzieci.
Dawno, dawno temu…

Jeszcze nie tak dawno, kilka lat temu leżeliśmy sobie razem z Justyną i dla ćwiczeń albo po to, aby nie zasnąć za prędko, opowiadaliśmy sobie wymyślane naprędce bajki. Justyna albo ja zaczynałem, a potem to już było dopowiadanie. Ona mówiła kilka zdań, potem ja kończyłem jedną, a zaczynałem drugą myśl i odwrotnie.
Największym powodzeniem wówczas cieszyły się bajki ogrodowe. Ich bohaterami były warzywa i owoce. Justyna zwykle zaczynała od zdania: Dawno, dawno temu było sobie zaczarowane królestwo. Ja później rozwijałem wątek: Władcą tego królestwa był największy na świecie Ogóras…

Potem już szło jak z płatka.

Największym problemem królestwa było nawadnianie ziemi tak, aby obywatelom żyło się dostatnio i aby nikt nie narzekał na króla. Z tego powodu najbardziej cenionymi ludźmi byli inżynierowie budowlani znający się na budowie zapór wodnych, studni głębinowych i wodociągów. Najbardziej znanym był od pewnego czasu Zielony Pomidor.
Do swoich wielkich zaszczytów Zielony Pomidor doszedł uczciwą pracą. Jemu to ludność królestwa zawdzięczała wiele.

Kiedy nastąpiły nie notowane do tej pory susze, wydawało się, iż połowa królestwa Wielkiego Ogrodu uschnie nim zdoła dojrzeć. Wszyscy byli pogrążeni w żałobie, przestano wyczekiwać na jakiś cud.
Niestety, także i inżynierowie królewscy załamali ręce i stracili wiarę w możliwości wyjścia z nieszczęścia
Wszyscy obywatele Wielkiego Ogrodu usychali z pragnienia pochowani pod uschniętymi liśćmi lub gdzie indziej szukając cienia przed uciążliwym gorącem. Wydawało się, iż kolejny dzień upału spowoduje katastrofę.

Zrozpaczony Ogóras wydał, jak mniemał wtedy, ostatni swój dekret:
„Do wszystkich obywateli Wielkiego Ogrodu.
Nadeszły najgorsze dla naszego królestwa czasy suszy. Mogą się one skończyć dla tragedią, jeżeli najpóźniej jutro nie otrzymamy życiodajnej wody. Apelujemy do wszystkich zdolnych warzyw i owoców, aby pomogły przezwyciężyć klęskę suszy. Tym, którzy najbardziej przyczynią się do jej likwidacji, obiecujemy w nagrodę wszelkie tytuły i miejsce na dworze. W tych trudnych chwilach łączymy się ze wszystkimi rodzinami, których dzieci uschły z powodu suszy.
Bądźmy wszyscy dobrej myśli.”

Wieczorem tego tragicznego dnia do bram pałacu królewskiego ktoś zakołatał. Służba leniwie otworzyła bramy. Stał przed nimi ubogo ubrany i wysuszony niemal całkowicie Zielony Pomidor, który przedstawił się jako inżynier i prosił o posłuchanie u króla.
Nocą, kiedy nastały ciemności i ożywczy chłód, wszyscy obywatele zdolni do pracy pojawili się przed pałacem Ogórasa. Każdy miał ze sobą łopatę do kopania i wiadra. Całą noc kopano trzy studnie tak głębokie, że można byłoby wrzucić do nich Wielki Ogród. Oczywiście że dokopano się do wody, pozakładano rurki i nad ranem wszyscy obywatele mieli świeżą upragnioną wodę.

Susza trwała jeszcze kilka tygodni, więc wszyscy zginęliby na pewno, gdyby nie Zielony Pomidor.
Dopiero po nastaniu normalnych czasów i zakończeniu suszy wszyscy naukowcy i zwykli obywatele zaczęli pytać się, jak to możliwe, aby garstka warzyw i owoców dokonała takiego wyczynu. Zachodzono w głowę, naukowcy kiwali głowami stojąc przy ogromnych studniach.
– Wasza królewska mość- meldował naczelny inżynier- tego nie daje się racjonalnie wyjaśnić. Gdybyśmy chcieli dzisiaj wykopać takie studnie, to na jedną potrzebowalibyśmy około dwóch miesięcy, a nie jednej nocy. Na wykopanie trzech musielibyśmy mieć odpowiednio pół roku lub dłużej.
Zielonego Pomidora wezwano przed oblicze Ogórasa, aby wypowiedział się na ten temat przed całym światem nauki.
– Są chwile, wasza wysokość, kiedy w nas wszystkich pojawia się tak ogromna determinacja i siła woli, że razem wspólnie bylibyśmy w stanie dokonać cudów.
– O, o, właśnie to, to. Wasza królewska mość, to był po prostu cud, chociaż nauka nie uznaje tego terminu.
Król naradzał się godzinami ze swoimi naukowcami i specjalistami różnych dziedzin. Wreszcie kilka tygodni po suszy wydano dekret królewski:
„Wszyscy obywatele Wielkiego Ogrodu
W godzinach największej trwogi, kiedy wydawało się, iż nie ma ucieczki przed skutkami uciążliwej suszy stulecia, z dobrym pomysłem zgłosił się do nas Zielony Pomidor. Dzięki temu pomysłowi i pracy wszystkich obywateli wybudowano trzy studnie, które uratowały nam wszystkim życie. Stała się przy tym rzecz niesłychana, istny cud, dosłownie. Polegał on na tym, że jednej nocy wykonaliśmy pracę, na którą w normalnych warunkach potrzebowalibyśmy kilku miesięcy.
Aby uniknąć wszelkich podejrzeń i plotek podajemy do wiadomości, iż istotnie nasz ratunek był wynikiem determinacji i wspólnego działania wszystkich sił materialnych i duchowych. Dla uczczenia tego wydarzenia w dzień ten będziemy odtąd obchodzić święto Jedności Ogrodowej ku chwale wszystkich.”
Zielony Pomidor czytając ten dekret uśmiechał się do siebie.

Justyna pewnie spytałaby, dlaczego on się uśmiechał do siebie.
Nie, jeśli ją dobrze znam, już przy pierwszych objawach suszy zasnęłaby jak suseł. Zazdroszczę jej snu, po prostu przykłada głowę do poduszki i po chwili zasypia. Ja potrzebuję nieraz połowy nocy na to, aby wreszcie zasnąć. Tak jak teraz.
Ale co z Zielonym Pomidorem? Przecież ten końcowy śmiech musi coś oznaczać, coś czytelnego, aby wszyscy wiedzieli, co jest grane. To znaczy, jaka myśl i pouczenie zawiera bajka.
Czy musi zawierać?
Takie są prawa gatunku, bajki dla dzieci mają najczęściej charakter dydaktyczny. No dobrze, więc co ja właściwie mam wykazać jako narrator tej bajki? Po pierwsze ludzie w czasie zagrożenia stają się jednym organizmem. Wiadomo, my Polacy ponoć szczególnie z tego słyniemy, takie zdania towarzyszą wielu interpretacjom lektur, których analizy czytałem. A zatem nic nowego.
Klapa.
Będzie to bajka o złym Pomidorze. Przerobimy tu i ówdzie, dopiszemy kilka scen w rodzaju, że niby Zielony wcześniej znał rozwiązanie, bo odkrył tajemniczą księgę prawdy, ale że sknera chciał wydusić z kasy królestwa złoto, nie zdradzał się wcześniej. Albo miał zamiar dostać w zamian za odkrycie tajemnicy córkę króla Ogórasa. W takim razie dopiszemy, że król miał córkę.
Nie, to nie przejdzie. Wszystko jest naciągane. Czy nie może zostać tak jak jest?
No, w ostateczności. Ale co tutaj się właściwie stało? Przyszedł wybawca narodu, skierował uwagę ludu na łopaty, wszyscy wzięli się razem do roboty i bum!
Czy to nie jest prawdopodobne?
Niby tak, ale czegoś tu brakuje, bo przecież król mógł wcześniej sam wpaść na pomysł wykopania studni.
No właśnie, dlaczego oni wykopali trzy studnie? Zapewne aby zwiększyć prawdopodobieństwo dokopania się do wody. Czy nie wystarczyłyby dwie?
Fakt, chyba wystarczą dwie, więc trzeba to zmienić. Ale zaraz, trzy dlatego, aby pokazać czytelnikowi ogrom, ilość narodu oraz jego możliwości. Egipcjanie też wykonali nieziemską robotę. Że też nie mieli czym się zajmować. A może mieli podobną podbramkową sytuację bez wyjścia?
Do czego mogły służyć piramidy?
Niemożliwe, ktoś, komu wisi miecz nad głową nie traci lat na szlifowanie i dopasowywanie kamiennych brył. A studnie w bajce są zrobione byle jak, byle tylko dawały wodę. Dopiero po katastroficznej suszy trzeba będzie to wszystko poprawić.
A, właśnie dlatego uśmiecha się Zielony na koniec, bo wie, że nie koniec zadania.

Przyznajmy, że Zielony uśmiecha się na koniec przez przypadek i chodźmy spać.
To byłoby zbyt proste. Bo widzisz, braciszku, nie ma róży bez kolców, to oznacza, że…

Ja już zaczynam bredzić…

Zielony nie uśmiecha się na koniec i bajka nie ma morału.
Musi mieć.
A więc niech będzie o możliwościach ludzi zjednoczonych…
Nie, czytelnik zapewne będzie chciał wiedzieć, dlaczego Ogóras i jego inżynierowie nie wpadli wcześniej na pomysł Zielonego?
Oni byli źli, dopiszmy, sami pławili się w wodach swoich basenów i guzik ich obchodził naród i obywatele. Więc trzeba o tym napisać. To zmieni całkiem zakończenie bajki.
Jak to?
Trzeba będzie ukarać tych złych.
Nie, w takim razie to rozwiązanie odpada. To ma być bajka po prostu o zdarzeniu, które miało miejsce dawno, dawno temu. Trudno dzisiaj po tylu latach dociec, dlaczego to właśnie Zielony wpadł na pomysł studni.
Tak, to genialna myśl. Trzeba wpisać do bajki informację, że nie znano jeszcze wtedy pomp i studni.
Nie. Wtedy wyjdzie na to, że nie jest to bajka, ale legenda o wynalazcy studni, a przecież to nie tak.
Jeszcze raz. Inni inżynierowie poddali się, próbowali bezskutecznie wszystkiego…
Ale tylko Zielony trafił na odpowiednie miejsce, czas i okoliczności.
Eureka! To jest jak najbardziej logiczne, wniosek: są ludzie w historii narodów, którzy nie koniecznie muszą uchodzić za geniuszy, ale ich wkład w narodowe dobro jest wielki lub ogromny, pozytywny lub negatywny. Wystarczy tylko, że trafią oni na odpowiedni czas historyczny i okoliczności, aby na trwałe wejść do panteonu.
Są bohaterowie narodowi pozytywni i negatywni. Zielony jest niewątpliwie postacią pozytywną i to powinno wystarczyć czytelnikom bajki.
A jeżeli czytelnik uzna w takim razie, że w zasadzie życiem ludzkim rządzi przypadek, bo przecież nie jest zapisane, że Zielony był wybitny, zdolny i tak dalej, ale że po prostu zakołatał do bram dworu Ogórasa.

Zamknięte koło… Koniec… Nie potrafię sprostać temu zadaniu i chyba nigdy nie będę dobrym bajkopisarzem.

A może robimy błąd wszystko tak dogłębnie analizując i szukając przyczyn i skutków. Może nie powinno być takiego braku zaufania do prawdy. Ot po prostu Zielony Pomidor wybawił obywateli od klęski i kropka.
Dostał za to nagrodę i kropka.
Wszyscy byli zadowoleni i kropka.
Żadnych podtekstów i insynuacji, nie było stron dobrych i złych, natura próbowała swoich sił, ale nie udało się, kropka.
Morał?
Boże, było sobie wydarzenie, kropka.
Historia.

Nie, nie mam już siły myśleć o tym, spać, spać…

Syndrom Zielonego Pomidora: trafił w odpowiedni moment, ale i tak wszyscy dzisiaj uważają go za cudotwórcę albo podstępnego inżyniera, bo przecież logika musi znać wszystkie ale.

Na drzewo z logiką…

Karolina, jaka ty jesteś piękna…

Zielony Pomidor był geniuszem, wynalazł studnię. Przed nim pito wodę z rzek i deszczówkę. Geniusz.
Przed Homerem nikt nie znał Troi.

Dodaj komentarz