Tylko praca…

rozdział 7 – eliminacje

Czuję, że ktoś dotyka moich policzków, ale to nie Karolina…
Powoli otwieram oczy, widzę je w lustrze, chociaż nie patrzę na nie teraz. Są podkrążone i zaczerwienione.
– Robert, co się stało?
– Nie mogłem spać, mamo, muszę o tym porozmawiać z tatą.
– Nic cię nie boli, możesz iść do szkoły?
– Wolałbym pospać jeszcze, ale muszę być w szkole na zajęciach z kultury fizycznej.
– Dobrze, nastawię ci budzik i zadzwonię do ciebie z pracy.

Mama dzwoniła przed chwilą, muszę pędzić do szkoły.
Źle spałem.

Chciałbym się kiedyś wybrać do Gniezna i Torunia, zwiedzić cały szlak pierwszych słowiańskich osad plemiennych.
Nie wiem dlaczego akurat teraz mi to zaświtało w głowie.
Może tam też działał syndrom Zielonego Pomidora. Dlaczego Gniezno, kto na to wpadł, żeby akurat tam i dlaczego ten pomysł przeszedł. Złoto? Kto i ile dostał za tę lub inną decyzję, co czuli ci ludzie, czy mieli podobne poczucie etyki, prawdy, jak rozumieli dobro i zło?
A jutro, jak będzie za dwieście lat?
Brrr… Komputery, to będą ludzie komputery, bez uczuć. Mickiewicza będą wspominać jako jakiegoś tam poetę. Matko, ale mój polonista miałby się z pyszna, gdyby słuchał moich wywodów…

Przystanąłem.
Więc nie śniłem…

Pędzę.

Wszyscy już przebrani stoją w dwuszeregu. Nie spóźniłem się.
– O, Robert, gdzie się podziewałeś? – Odwraca się do mnie Jacek.
Dziwnie długo na mnie patrzy. Mimo że nie chce mi się nikomu tłumaczyć spóźnienia, to jednak odruchowo dukam coś w rodzaju:
– Zaspałem…
– „Poeta” chciał z tobą rozmawiać w sprawie wypracowania.
– Dawał jakieś tematy prac?
– Nie, każdy miał sobie sam coś wykombinować.
„Poeta” to przezwisko naszego polonisty, który faktycznie tworzy poezję i wydał już cztery tomiki. Jest moim ideałem, a raczej idolem, chociaż my tu w szkole odrzucamy wszelkie autorytety poza oczywiście czystym racjonalizmem. Pojęcie idola w nim się raczej nie mieści.

– Za niecały tydzień, jak wiecie, odbędą się w jedynce zawody sportowe. Każda klasa wystawia swoją drużynę. Dzisiaj przeprowadzę z wami test ogólnosprawnościowy. Oczywiście nie wszyscy dostaną się do reprezentacji klasy, tylko sześciu najlepszych i cztery najlepsze dziewczyny.

Biegniemy.
Ledwo pan zagwizdał, a chłopaki wyrwali z kopyta. Zwykle rozgrzewki prowadzi Zbyszek, ale teraz wszyscy go przegonili i pozostawili w tyle. Ja trzymam się za nim.
Mijamy dziewczyny. Spokojnie prowadzone przez Gośkę, nie pędzą, nie ścigają się z nami, bo nie mają szans.
Uśmiecham się do Karoliny, widzi mnie. Ma zgrabną sylwetkę i świetnie wygląda, zresztą wszystkie dziewczyny na kulturze fizycznej wyglądają inaczej, tak dojrzale i kobieco. Już nie pamiętam, kiedy ostatnio mieliśmy razem zajęcia z kultury…

Zbyszek nieco przyśpieszył. Robimy już piąte kółko wkoło sali. Jak to się mówi, siedzimy na plecach kolegów, którzy narzucili sobie zbyt duże tempo.
Pan nie powiedział, jaki czeka nas dystans, czy jedno, czy dziesięć okrążeń.

Jeśli dobrze liczyłem, to już dwanaście razy obiegliśmy salę. Wszystko wskazuje na to, że będziemy biegli dopóki, dopóty nie pozostanie sześciu. Jest nas chyba dziesięciu i wszyscy prawdopodobnie chcieliby być w reprezentacji.
Nic wielkiego, reprezentacja klasy, ale…
Jesteśmy najstarszą klasą w tej szkole, pierwszą taką doświadczalną. Dużo się mówi o naszej szkole i dobrze byłoby zająć jakieś uczciwe miejsce w zawodach.

Nie chodzi o wygranie zawodów, ale trzeba z godnością stawić czoła lepszym.
Bo oni, nasi rywale są z pewnością lepsi. Pan od kultury pocieszał nas kiedyś, że śmiało możemy konkurować z innymi rówieśnikami we wszystkich zawodach sportowych.

Dziewczyny już skończyły. Zostało ich trzy i pan kazał im siadać. My biegniemy.
Boże, żeby tak kilku wymiękło…

Co ja też opowiadam. „Nie życz nikomu, co tobie niemiłe”. To moja maksyma, ale z drugiej strony nie chciałbym odpaść…

Piętnaste okrążenie. Opadam z sił. Jest nas dziewięciu. Jestem piąty za Zbyszkiem. Oczywiście on prowadzi…

Karolina siedzi na ławeczce. Odpadła chyba na szóstym lub siódmym okrążeniu. Nie jest najlepsza w biegach, za to kiedyś widziałem, jak gra w siatkówkę i jak skacze na skakance. Szczególnie jej skakanka jest mocna, o ile można tak powiedzieć.

Zaczynam sapać, to znaczy głośno i nienaturalnie oddychać, opadam z sił. Zbyszek i dwaj inni koledzy odbiegli od nas. Nasza szóstka trzyma się dzielnie…

Karolina jest słaba, więc chociaż ja muszę być dobrym sportowcem…
To nie jest łatwe Siódme poty wylewają się na mnie.

Ależ ten Czekański nie ma sumienia, tak nas sponiewierać…

Kiedyś powiedział, że słyszał na mieście, jak mówiono o naszych mózgach że są genialne.
– Nie samym chlebem żyje człowiek- mówił- a ja bym chciał, ażeby i od strony fizycznej wasze organizmy były tak sprawne jak mózgi!

Łatwo powiedzieć. Od czasu do czasu uprawiamy z tatą jogging, ale jak tu można myśleć o bieganiu czy grach, skoro jeszcze tyle rzeczy do zbadania, książek do przeczytania, doświadczeń do przeprowadzenia…
Nie ma czasu wyjść na podwórko…
Dlatego teraz stękam…
Nie ja jeden…

Dwudzieste drugie okrążenie… Dwóch kolegów rezygnuje i to jeden z czołowej trójki…
Sapię nieco zbyt głośno, ale w ogóle nasz peleton przypomina dyszący parowóz.

Boże, co siedzące koleżeństwo sobie o nas myśli.

Dwudzieste piąte okrążenie i już chyba moje ostatnie, nie przeżyję kolejnego…

-Stop!- Zrezygnował jeden z peletonu i pan zatrzymał nas.
Każdy odpoczywa jak umie…
Chce mi się oddychać za trzech…
Kłuje mnie w płucach i chce mi się pluć… Nie mogę złapać oddechu, siadam, wstaję i znów to samo…

Jestem w szatni, przerwa. Koledzy siedzą gdzie popadnie i to odpoczywają, to rozmawiają o czymś żywo.
Na korytarzu pomiędzy szatniami robi się ruch. Niektóre dziewczyny tam stoją i plotkują. Chyba wyjdę z chłopakami na dwór.

Jakie powietrze! Nie trzeba być wielkim uczonym, ani też poetą, aby krzyknąć i nie zadziwiać świata. Temat na dzisiaj: miejsce ludzkości na ziemi. Uff, jak łatwo się oddycha…

Dlaczego tak jest? Od początków świata gapimy się w niebo i najchętniej przyciągnęlibyśmy je do siebie, a nie doceniamy własnego świata. Chociażby tego powietrza. Czy ktoś się w ogóle zastanawiał nad powietrzem? No przecież skądś się bierze. A skoro się bierze, to zabraknąć go też może, a gdy zabraknie, co będzie z nami?
No, nam nie zabraknie, my przeżyjemy, ale następni?

-Co robicie?- odwracam się za siebie, to któraś z dziewczyn zadała to pytanie.
Wszyscy wychodzą na dwór. Nie jest najcieplej, ale jeżeli będziemy grali, to się rozgrzejemy.

Zostaliśmy podzieleni na kilka drużyn i mamy mini turniej w piłkę ręczną. Początkowo zapowiadało się, że chłopaki namówią pana na nożną, ale przecież dziewczyny nie miałyby szans pograć. Nawet szczęśliwie się złożyło. Jestem w drużynie z Karoliną.
Mamy na boisku małe ławeczki, Karolina siedzi obok mnie.

Niby oglądam mecz, który już trwa, ale wcale mnie to nie obchodzi. Walczę z moim głupkowatym uśmiechem, który pojawił się przed chwilą, kiedy poczułem na sobie spojrzenie mojego anioła.
– Mam nadzieję- mówi do mnie- że nie damy plamy.
No i co ja mam jej odpowiedzieć?
Taki geniusz, a nie wie, co ma mówić.
Nie wiem…
Obojętnie co, aby tylko nie pomyślała, że nie chcę z nią rozmawiać.
– Ależ chcę!
– Co?
O, teraz jestem załatwiony, ugotowany…
Czerwienieję…
– No, myślałem o tym, aby wygrać ten turniej- kłamię.
– Chyba nie mamy szans, w naszej drużynie tylko ty umiesz w to dobrze grać. Trenowałeś gdzieś?
– Proszę?- Ona chyba ze mnie kpi.
– Robert, co się z tobą dzieje?
– Nic- trochę się uspokajam- wydawało mi się, że sobie żartujesz ze mnie, przecież są w klasie chłopcy lepsi.
– Tylko teoretycznie- przyjęła ton nauczyciela.- Zobacz, jeden jest siatkarzem, drugi udaje koszykarza, trzeci i czterech następnych chyba kiwa się dobrze w piłkę nożną, a reszta jest dobra w podawaniu piłki.
Roześmialiśmy się.
– A ja, proszę pani?
Patrzę na nią, Boże, jakie ona ma śliczne włosy…
– A ty, no cóż, ze wszystkim dajesz sobie radę. Zdradź nam swoją tajemnicę, kto cię szkolił we wszystkich grach?
– Pytasz poważnie, czy trzymamy się konwencji żartobliwej?
– Poważnie.
Przerwaliśmy na chwilkę naszą rozmowę, bo do adidasów Karoliny przyczepiła się trawa. Schyliła się i akurat gdy już miała do mnie coś powiedzieć, w jej stronę zmierzała piłka rzucona przez kogoś z boiska. Leciała dość wolno, więc odbiłem ją tuż sprzed głowy mojej ukochanej. Niestety, Karolina momentalnie przestraszyła się piłki i chcąc zrobić unik przechyliła się zbyt mocno do tyłu.
Nie zdążyłem jej złapać za rękę, gdy po prostu zsunęła się z ławki i pacnęła na trawę. Na szczęście nic się nie stało, a Karolina uśmiecha się do mnie.
– Więc jaka jest tajemnica?
– Podwórko- wypaliłem bez zastanowienia- mam wspaniałe podwórko i wspaniałych kolegów!

Teraz my.
Wchodzimy na boisko.

Przegrywamy dwa do jednego. Wszyscy gramy bez motywacji. Po tak ciężkiej zaprawie biegowej trudno czegoś więcej wymagać.
Karolina stoi po drugiej stronie boiska. Szykuje się do akcji. Gośka podaje do niej piłkę. Karolina biegnie kozłując piłkę bez wiary.
Podbiega do niej Adrian…
Wycofuje piłkę do tyłu, do mnie.
Stoję na środku i szukam wzrokiem partnerów. Na lewym skrzydle Marek, na prawym Karolina i Gośka, tuż przy polu karnym Marcin. Podchodzę bliżej, ale nie mam komu podać.
Podchodzę jeszcze, no i proszę, nie mam do kogo podać piłki.
Biegnie do mnie Andrzej z przeciwnej drużyny. Robię unik, mijam go.
– Komu?!- Pytam, a właściwie proszę, aby ktoś wreszcie wyszedł na pozycję do przejęcia piłki.
Jest Gośka. Rzucam do niej.
Obrońcy już ją otaczają. Biegną jej na pomoc.
Jakoś wyrzuca piłkę kulając po ziemi do mnie. Łapię ją i bez namysłu do Karoliny.
Rozpędzony nie mogę się jednak zatrzymać, aż staję przed linią pola karnego rywali.
– Nie baw się, strzelaj!- Nasz bramkarz krzyczy do Karoliny, która niepotrzebnie kozłuje.
Obrońcy dopadają do niej i w tym momencie podskakuje wyrzucając piłkę. To miał być chyba strzał, lecz został zablokowany. Karolina leży i zwija się z bólu. Już biegnie w jej stronę nauczyciel.
Wszyscy podchodzimy do niej. Przerwa w grze.

Karolina jęczy z bólu. Pan naciąga jej stopę.
– A, boli!…
Ma łzy w oczach.
– Zdejmij szybko buty- popędza ją pan- skarpetkę też…
Widać jak na dłoni, że Karolina ma poważną kontuzję. Wygląda to na takie samo skręcenie kostki, jakie ja miałem niedawno podczas gry w kosza.
– Wykręcona, ale będziesz żyła.
Pocieszają ją wszyscy.
– Do wesela się zagoi- mówi Marcin.
Pan pomaga jej zejść z boiska i usiąść na ławce, a my kontynuujemy.
– Rzut karny, nasza piłka!- Domagam się sprawiedliwości.
– Bramkarz, bramkarz!- Nie dają za wygrane rywale.
Łapię piłkę i idę na linię ośmiu lub dziewięciu metrów, linie są pozamazywane różnymi rodzajami farb i kredy.
– Proszę pana, oni faulowali Karolinę podczas strzału na bramkę, należy nam się rzut karny!- Wołam uparcie do naszego pana, który już wrócił na miejsce sędziego.
Przeciwnicy buntują się i mruczą coś pod nosem.
-Karny!- Zadecydował sędzia. Zapadła cisza.

Koncentruję się, bo ja będę strzelał. Trochę w zemście za moją ukochaną. No właśnie, gdzie ona jest, czy mnie widzi.
Rozglądam się kątem oka, niby obmyślam strategię rzutu, ale wcale nie.
Rzut kozłem w róg. Gol. Dwa, dwa. Strzelić karnego w szczypiorniaka to żaden wyczyn. Zbieram gratulacje.

Idziemy do szatni.
Na naszym podwórku nauczyłem się wszystkiego o sporcie.
Wydaje mi się, że bardzo wiele zawdzięczam wspólnym grom. Chociaż ostatnio rzadkim, ale to one jednak dały mi podstawy. Na przykład Jurek, jeden z najwyższych chłopaków, jest zapalonym siatkarzem do tego stopnia, że jednych wakacji namówił nas wszystkich na akcję siatka. Polegała na tym, że chodziliśmy od domu do domu i zbieraliśmy od ludzi butelki i makulaturę. Na placu za dworcem kolejowym znaleźliśmy wtedy olbrzymie koło od pociągu, a właściwie połowę koła. Z trudem je załadowaliśmy na pożyczony wózek i zawieźliśmy na złom.
Za zyski z akcji kupiliśmy siatkę na boisko siatkówki i dodatkowo dwie piłki. Byliśmy przez jeden dzień milionerami. Ponieważ w akcji brało udział ośmiu chłopaków, a do siatkówki potrzeba dziesięciu, aby sobie pograć, zaprosiliśmy do gry chłopaków z innego podwórka. Było dużo zabawy najpierw z próbami ustawienia dwóch słupków do zawieszenia siatki. Okazało się, że nie mogą to być zwykłe tyczki od fasoli.
Tato Jurka i tato Heńka postarali się o dwie rury, do których przyspawali odpowiednie haczyki. Bardzo się staraliśmy, aby nasze boisko do siatkówki było najlepsze. Może tydzień później wszystko było gotowe, tylko grać. Wtedy się okazało, że albo siatka wisi za wysoko, albo my jesteśmy jeszcze za mali. W każdym razie rodzice, gdy zobaczyli na podwórku cały nasz trud i zapał, jednego popołudnia wszyscy razem zasponsorowali naszą drużynę i kupili nam takie same koszulki.

To były piękne wakacje, prawie całe sportowe. Na nasze podwórko przychodzili chłopcy z innych podwórek. Kiedy z daleka zobaczył nas grających ksiądz Andrzej, przyszedł kibicować. No, potem zagrał z nami w habicie i jego drużyna wygrała. To świetny siatkarz. Na zebraniu ministranckim ksiądz opowiedział innym chłopakom i stało się.
Każdego dnia przychodzili do nas koledzy ministranci, aż pewnego popołudnia Jurek stwierdził:
– A może by tak otworzyć na podwórku kiosk z napojami i słodyczami?
Śmialiśmy się wszyscy. Najwięcej śmiechu było wówczas, kiedy popołudniami gościli na naszym podwórku dorośli, rodzice, sąsiedzi i próbowali swoich sił. Podawaliśmy im piłkę podczas gry, ale też chodziliśmy dumni jak pawie, bo po pierwsze to nasze boisko, po drugie to my byliśmy w tej grze zawodowcami, o ile tak można powiedzieć.
Siatkówka cieszyła się wtedy ogromną popularnością, Jurek ją wymyślił, tak myśleli najmłodsi. On też zawsze ustalał drużyny, kto z kim gra i sędziował dorosłym. Od niego nauczyłem się zasad gry i jako takiego siatkarskiego myślenia. Jurek stale podkreślał, że to gra dla inteligentnych ludzi, nie to co na przykład piłka nożna.
– W nogę każdy głupi potrafi- reklamował w ten sposób siatkówkę.

Po wakacjach już mniej graliśmy, bo warunki nie były najlepsze, coraz zimniej, więc trzeba trochę pobiegać. Nożna lub kosz. Ale od tych wakacji zaczęło się wszystko. Przed kolejnymi, gdy mnie ktoś zapytał o plany, odpowiadałem:
-Jak zwykle, najpierw akcja zbierania surowców, a potem zakupy i gra w nową dyscyplinę.
Pamiętam, że wynikiem kolejnej akcji były wrotki. Wszyscy kupiliśmy sobie wrotki, nie rolki, nie deskę ale wrotki, bo Marek dostał na urodziny i powiedział, że łyżworolki są dla dziewczyn, a deskorolki dla małych dzieci zamiast wózka.
Ja mam wrotki, a Justyna łyżworolki, to znaczy ma już drugie, bo z tamtych wyrosła.

Dwa lata później byliśmy już tacy duzi, że tylko tydzień zbieraliśmy makulaturę, butelki i złom. Zajęliśmy się czymś trudniejszym, zresztą tata mówił, że to ponad nasze siły, rozładowywaliśmy starszym ludziom węgiel i wiadrami znosiliśmy do piwnic. Wszystko zaczęło się tym razem od Heńka, który poprosił nas o pomoc w zniesieniu do piwnicy węgla jego ciotce. Niemal podpisaliśmy umowę z woźnicą, który swoim zaprzęgiem rozwoził węgiel po mieście, że codziennie będzie nas informował, do kogo jedzie.
Kupiliśmy wówczas stół do ping-ponga i dla wszystkich rakietki.

-O czym tak myślisz?

Karolina, jaka ona piękna.

– Tak sobie, zapisuję w myślach, a raczej restartuję moją pamięć- czuję na twarzy rumieniec i gębę.- Nie ma właściwie słowa w naszym języku na określenie tego, co robię.
Zainteresowało ją moje stwierdzenie.
– To ciekawe, wiesz, chodźmy razem do domu, to porozmawiamy, dobrze?
Mowa.
W osiem sekund stoję na straży przed szatnią dla dziewczyn.

– Pamiętasz może moje sprawozdanie z ekologii o zatruciu wody w naszym mieście?
Idziemy razem.

Tak długo na to czekałem, Boże, wiem, że czuwasz nade mną, proszę Cię, niech te chwile trwają dłużej niż normalne.
Wiem; i tak będą dłuższe, bo przecież będę je odtwarzał co najmniej do następnego spotkania z Karoliną, takiego jak dzisiaj. Więc może znów za rok…
Iść z nią, słuchać jej głosu…

Jej włosy musnęły moją twarz, jak one pachną, szybko muszę sobie ten zapach zapamiętać, muszę zaraz iść do sklepu i kupić takie same…
Jak to zaraz, przecież teraz jestem z nią i chciałbym być długo, długo…

– Hej, jesteś ze mną jeszcze?
Jak ona do mnie mówi, tak ładnie i delikatnie.
Macha mi przed nosem swoją śliczną dłonią.
– Jestem, jestem, cały czas cię słuchałem.
– Właśnie widziałam. Wiesz, ty zawsze jesteś taki zamyślony. Jestem przekonana, że w twojej głowie rozum nie zasypia.
Roześmialiśmy się, bo powiedziała to takim dziecięcym i naiwnym tonem, specjalnie, żeby mnie rozśmieszyć.

O tych włosach należy jej się wiersz…
– Przepraszam, zamyśliłem się.
– Powiedz, o czym myślałeś?
– Nie mogę się zdradzić, to tajemnica.
– To ja się obrażę- znowu zrobiła minę jak dziecko.- No więc?
No i co ja mam teraz zrobić, powiem prawdę, wyśmieje mnie albo nie będzie chciała ze mną rozmawiać.
A może jej powiem.
Co?
No, że się boję i dlaczego boję.
Trzeba coś zrobić, bo za chwilkę możemy się rozstać. Ratunku!
– Myślałem o tobie…
– O mnie?

Gęba, purpura, jestem skończony…
Ludzie, ja się spalam…

– Wyjaśnij mi więc to, o czym mówiłeś przed salą.
– Tylko nie wiem jak- uratowała mnie, czy ona wyczuła albo widziała, co się ze mną dzieje?
-Znowu się zamyślasz, wracaj do mnie.
Powiedziała to takim tonem, że już muszę wszystko poukładać w całość.
-Wiesz Karolina, to jest trochę dziwne. Może ty też to czasami czujesz. Otóż mam na swoim twardym dysku komputera wiele programów, które sobie skopiowałem, ale nie miałem czasu na ich głębsze poznanie. No i całkiem przypadkowo włączam któryś i okazuje się, że wcześniej go nie rozumiałem albo źle oceniłem jego przydatność, za to w tym danym momencie po włączeniu przyglądam się jemu i widzę go innym, jaśnieje mi w głowie i okazuje się, że ten program jest genialny.
Powiedziałem to wszystko jakoś za szybko i teraz boję się, że stracę wątek i nie będę umiał oddać prawdy zawartej w tym komputerowym porównaniu.

– A jak to się ma do rzeczywistości?
– Uff, już się bałem, że przekręcę wszystko. No właśnie chodzi o to, że są w naszym życiu sprawy i wydarzenia, które dopiero po jakimś czasie tak naprawdę nabierają jakiejś mocy. Na przykład na boisku, po twoim pytaniu o różne dyscypliny sportu przypomniałem sobie szereg wydarzeń z podwórka, których wcześniej nie analizowałem. Po prostu są to fakty z mojego życia, wydarzenia, w których brałem udział, ale wcześniej w ogóle żadnego nie analizowałem. Po prostu żyłem.
– Oceniasz je dopiero po czasie?
– Właśnie, jesteś genialna!
Jestem bardzo zadowolony z tego, że ona mnie zrozumiała. Wydawało mi się, że to wszystko jest nie do ogarnięcia naszymi umysłami.
– Ja też często łapię się na tym, że wspominam jakieś wydarzenia.
– Ale Karolina, czy to można nazwać wspomnieniami?
– Wydaje mi się, że właśnie to są wspomnienia.

Idziemy w milczeniu. Myślimy.
Trochę ochłonąłem.

– Ale ja się nie zgadzam.
– Rozumiem.
– Żartujesz?
Śmiejemy się, gęba na chwilę znika. Rozprężam się.
– Na boisku określiłeś to jako restartowanie.
– No właśnie- jak ona wszystko pamięta.- Bo widzisz, moim zdaniem wspomnienia są wtedy, kiedy człowiek coś faktycznie przeżyje. Poczekaj, ucieka mi wątek. No, ale wiele razy okazuje się właśnie, że dopiero w momencie wspominania wydarzenia, ja je faktycznie przeżywam, bo dopiero po czasie dotarło do mnie, jakie to wydarzenie miało sens i jaki wpływ ma na moje życie.
Chyba nie przekręciłem niczego.
– Jesteś genialny.
Ten komplement był niezasłużony.
– Może skonsultujemy ten pogląd z kimś starszym?

– Obawiam się, że starsi mają na to swoje nazwy i wydaje im się, że wszystko jest już odkryte.
– A nie jest tak?- Karolina uśmiecha się do mnie porozumiewawczo.
– Możliwe.

Ocknąłem się na tyle, aby zauważyć, że już dawno minęliśmy ulicę i dom Karoliny. Przed nami akurat cukiernia.
– Karolina- wypaliłem nagle- może wstąpimy na pączka?
Kiwnęła głową, więc wchodzimy.
Stoimy w kolejce, ale we mnie cały czas coś pulsuje.

– Karolina, posłuchaj, jeżeli dorośli już wszystko wiedzą i wszystko nazwali, to oznacza, że nauka jest martwa, a wiedza zamkniętą księgą?
Spojrzałem jej w oczy…

Widzę w nich wszystkie odpowiedzi, cały świat, tak jakby ogrom nauki był niczym. Wydaje mi się teraz, że jeden jej pocałunek jest więcej wart, niż wszystkie ścieżki logiczne, po których nieustająco chodzi mój umysł.

– Cześć Karolina!
A to klops. Spotykamy w cukierni dwie koleżanki Karoliny. Chciałem usiąść przy stoliku z Karoliną tylko. A to pech, że akurat musiały być tutaj.
– Możemy dosiąść się do was?
Pyta jedna z nich, ale wcale nie pyta, bo siada. Obie już siedzą i rozkładają swoje ciastka.
Karolina uśmiecha się do mnie.
– To mój kolega, Robert- przedstawia mnie- a to Ewa i Malwina.
Teraz ja uśmiecham się do obu przez grzeczność, ale z chęcią poprosiłbym, aby sobie poszły.
– To ten, o którym wciąż opowiadasz?
– To twój chłopak?
Gapią się na mnie natrętnie, ja ugryzłem właśnie pączka, ale nie myślę nawet, aby go przełknąć. Jestem zszokowany ich pytaniem.

Zerkam na Karolinę. Jest cała czerwona.
I co teraz mam zrobić?
Potwierdzić? Udawać, że nie słyszałem pytania?
Przecież one nie mnie pytają?
– Tak- Karolina przyznaje się i prosząco patrzy na mnie.
– Tak- przytakuję i chyba się uduszę tym pączkiem, ratunku…

Jestem cały czerwony, parzą mnie policzki…
Niech ktoś coś powie…
Niech mnie ktoś uszczypnie… Obudzi…
Mięczak!

– Widziałyśmy dzisiaj w szkole trening naszych chłopaków, są bombowi!
Jakie one rozgadane i głośne.
– Malwina chciałaby chodzić z Brzytwą, bardzo jej się podoba- połyka smacznie kęs Ewa.- Jeszcze mu o tym nie mówiła.
– Przestań, nie mam szans, każda by chciała mieć takiego chłopaka, nie Karolina?
Karolina poczerwieniała.
– Zależy, jakiego człowieka szukasz…-Niemal wyjąkała.
– Jak to jakiego, musi być przystojny i wzbudzać respekt.
– Nie zaszkodzi, jeżeli przyjedzie po ciebie na dyskotekę samochodem- dorzuca Malwina.
– A jak wy załatwiliście tę sprawę?

Zaczynam powracać do pełni władz umysłowych.
– Przepraszam, nie wiem, o co pytasz?- Przybieram poważny ton, może pomoże mi to myśleć logicznie.
– Jak powiedziałeś Karolinie, że chcesz z nią chodzić?
To tylko gra, to nie może być jawa.

Więc zagram, nie mam wyjścia…
– To bardzo proste, mogę ci tylko powiedzieć, że jeśli dwoje ludzi czuje do siebie to samo, to żadno nie musi nic mówić.
Malwina już skończyła ciastko i wyciera serwetką usta.
– Jak to, więc nie mówiłeś Karolinie, że chcesz z nią chodzić?
– Nie, pewnego razu kupiłem jej kwiatka, pocałowałem ją w dłoń i potem już tej dłoni nie wypuściłem.
Oszalałem?
Popatrzyły na mnie ze zdziwieniem, a potem spojrzały na Karolinę.
Teraz ja na nią popatrzyłem.
Jest czerwona. Chyba się domyślam, jak się teraz czuje.
– I to ci wystarczyło?
Ewa patrzy na Karolinę przenikliwym wzrokiem.
Moje serce bije coraz mocniej.
– Tak.

Jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Boże, dziękuję Ci za wszystko, za łaskę tej miłości, którą mi dałeś.

Pędzę do domu.
Jestem spóźniony na obiad jakieś dwie godziny i chyba dostanę reprymendę. Niech tam, jakoś to przeżyję.
Nie, nie dociera to do mnie. Nic do mnie nie dociera. Może po latach jakoś inaczej będę to odbierał, ale teraz to wszystko do mnie nie dociera. Jak to możliwe, że śliczna dziewczyna, najmądrzejsza na świecie i najlepsza czuje do mnie to samo co ja do niej.
To niesamowite. Świat jest wspaniały!

Karolina, jak ja ciebie kocham. Jakie życie jest piękne!

– Gdzie ty się podziewałeś po szkole?
Mama odgrzewa mi obiad. Bardzo ją kocham.
– Właściwie nie powinnam dać ci obiadu, bo za dwie godziny kolacja.
– Chciałem ci powiedzieć właśnie, że nie będę na kolacji. Idę na dyskotekę z koleżanką.
– O, więc to dla niej kupiłeś tę różę, a ja myślałam, że dla mnie- mama całuje mnie w czoło i uśmiecha się.- Zaczynam przegrywać z jakąś dziewczyną?
– Zawsze będę cię kochał, mamo.

Dodaj komentarz