"Życie to nie teatr…"

Bohaterem i narratorem powieści jest mały chłopiec.

rozdział 1 – ceglarz

Jest sobota po południu. Bawimy się w chowanego, to znaczy w ceglarza. Jest nas siedem osób, ja, Kazik, Heniek, Włodek, Marek i Adam. Najstarszy jest Heniek, a chodzi do ósmej klasy, najmłodszy z nas to Adam, który uczy się w klasie drugiej i tego roku idzie do komunii świętej. Mamy też starszych kolegów, ale oni już się z nami nie bawią, a są to Rysiek i Adam, bracia, także Zbyszek kończący studia na AWFie . Jest też wśród starszych Leszek, który dostał powołanie do wojska.
Każdy z nas przyniósł cegłówkę, których na podwórku sporo. Narysowaliśmy koło na ziemi o średnicy dwóch metrów. W środku poukładaliśmy jedna na drugiej cegły i gramy w marynarza, aby ustalić, kto pierwszy będzie ceglarzem. Lubię być ceglarzem, to przyjemność chodzić i szukać, domyślać się i potem sprawdzać własne przypuszczenia. Szkoda tylko, że tak rzadko jestem na podwórku.
Trzeba uważać, aby nikt nie porozrzucał cegieł i aby zawsze przy zaklepywance być pierwszym od ceglarza.
Jeżeli ktoś z grających, a właściwie bawiących się w ceglarza wyprzedzi ceglarza, pierwszy się zaklepie, to wtedy rozrzuca cegłówki po całym kole i ceglarz musi je układać na nowo. Osoby prędzej przez niego odkryte i zaklepane mają wówczas czas na ponowne schowanie się.
Lubię wbiec do koła i poburzyć cegły, lubię uratować wszystkich. Trzeba przy tym uważać, aby nie rozrzucić cegieł poza obręb koła, bo wtedy samemu można stać się ceglarzem.
To pasjonująca zabawa.

– Dobra, chłopaki, ja pierwszy szukam, chowajcie się !- Woła Jurek.
Ja chowam się tym razem za drzewo. Mamy na podwórku ogromne drzewo, a jego wierzchołek sięga poza dach bloku.
Czekam w ukryciu na ceglarza. Słyszę, jak zbliża się do drzewa.
Nie mam pojęcia, biec, nie biec ?
Jeszcze nie, jeszcze nie. Wytrzymam jeszcze najwyżej chwilkę…

Kroki z prawej strony…
Rzucam się na lewo. Wybiegam zza drzewa i gnam co sił w nogach…
Widzę kątem oka pięty biegnącego przede mną Jurka.

-Raz, dwa, trzy Robert !!!- Dotyka pierwszy cegieł.
Nie udało się, trudno. Nie jestem szybszy od niego, ale w tej zabawie właśnie nie trzeba być lepszym lekkoatletą, trzeba być raczej lepszym taktykiem.
Zadyszałem się lekko. To pierwsze minuty gry. Właściwie ceglarz podoba mi się, bo wystarczy dobrze się schować…
-Chować się!!!- Krzyk Heńka dociera do mnie z opóźnieniem, bo zamyśliłem się i zagapiłem na piękne nasze drzewo, a Heniek w tym czasie poburzył cegły i Jurek znowu musi je układać.
Szybko chowam się, tym razem w piwnicy, której wyjście znajduje się przed blokiem.
Tak załatwić Jurka to tylko Heniek potrafi albo Marek.

Wyglądam zza przymurówki. Jurek skrada się do szopki, za którą ukrywa się Heniek. To będzie rewanż.
Heniek wyczekał moment i nagle pędzi, ale Jurek ma teraz przewagę…
Heniek wyrównuje dystans i kopie cegłówki…
-Poza kołem!!!- Krzyczy Jurek.- Heniek ceglarzem!
-Gdzie za kołem, co, ślepotę masz?!- Heniek kłóci się i uważa, że ma rację.
Sprawdzają obaj cegłówki.
-No, zobaczcie, za kołem, dawajcie jakiegoś kija!
Jurek bierze kija i prowadzi koniec po linii, zahacza tym samym cegłówkę i przesuwa ją.
-Widzieliście, widzieliście, poza kołem?!- Krzyczy Jurek, bo my wszyscy krzyczymy w takich pasjonujących momentach.
Heniek ustawia cegły i liczy do stu, a my w tym czasie chowamy się. Jeszcze nie zdarzyło się, aby ktoś jemu właśnie zwalił cegły. Chyba w ceglarza jest z nas najlepszy. On poluje na nas wszystkich jak harty na grubego zwierza. Z daleka nosem czuje, gdzie kto się schował.

Za parę minut pewnie Marek będzie ceglarzem, bo on z kolei najlepiej się chowa i wiadomo, że jeśli ktoś jeszcze został do wykrycia i zaklepania, to właśnie Marek.

Tylko ja jestem taki mięczak, że zawsze mnie znajdą.
Oj, ale muszę przyznać, że przynajmniej nie daję się złapać jako ostatni i rzadko kiedy bywam ceglarzem. Mimo że bardzo lubię być ceglarzem. Nie powinienem już dokuczać sobie.

-Jurek, wyłaź z komórki, widzę twój rozczochrany łeb! Robert, ty też tam nie śpij w piwnicy! Kazik, widzę cię!

Nikt nie jest w stanie schować się Heńkowi. Idę na ławkę i czekam na wszystkich. Gapię się na dach. Byłem tam niedawno. Świetne stamtąd widoki.
Z jednej strony naszego dwuklatkowego bloku jest ulica Dworcowa prowadząca od stacji do centrum dzielnicy. Nigdy nie byłem na stacji.
Mięczak.
No przecież to jest rejon innych chłopaków.
Naprzeciwko naszego bloku od strony Dworcowej znajduje się urząd, gdzie pracuje mama Kazia. Wypisuje dowody osobiste. Na prawo od urzędu jest komisariat policji, na lewo kościół świętej Teresy, a obok niego rynek. Niedaleko mamy do centrum i do wszystkich ważniejszych urzędów. Najdalej do stacji a przed nią jeszcze znajduje się poczta.
Chyba pójdę pooglądać ludzi na drugą stronę. Chłopaki znaleźli jakiegoś psa za podwórkiem i uczą go aportować.

Przepiękny jest nasz kościół. Nazywamy go białym, bo w odróżnieniu od czerwonego jest na zewnątrz właśnie biały. Czerwony za to jest wyższy i oczywiście starszy. Pochodzi ponoć z drugiej połowy osiemnastego wieku i jest wybudowany w stylu neogotyckim. Biały kościół natomiast pochodzi z początków tego stulecie podobnie jak trzeci kościół, kościół ewangelicki.
Nad komisariatem policji są mieszkania policjantów. Mieszkają tam ludzie, a między innymi mój kolega ze szkoły, Arek.
Ten, którego się boję.
Nie, wcale się go nie boję, bo nic mu nie zrobiłem nigdy.
Ale się go boję
Dobrze, boję się go, boję się wszystkich, O.K. ? Ale jestem zarozumiały, tłumaczę sobie przecież, że lepiej się bać, niż od kogoś dostać w ucho za byle co.
Nie można bać się w nieskończoność.
Ale przecież to nie ja wymyśliłem strach. Cóż ja na to poradzę, że takie niewiadome wywołują we mnie strach?
A szczególnie inni chłopcy, silniejsi.
Boże, ile razy mam sobie tłumaczyć, że w życiu ważniejsze jest to, co ma się w głowie, a nie to, ile można podnieść kilogramów jedną ręką.
Powiedz to Brzytwie albo Długiemu.
Z tymi półgłówkami nie można rozmawiać, do nich nie docierają żadne argumenty, tylko pięści. To chyba zależy od energii, którą się ma. W każdym razie są różni chłopcy. Jedni rozrabiają, inni nie i ja należę do tych drugich.
Bo jestem mięczak.
Dobrze, niech będzie, że jestem mięczak.
Mądry mięczak…
Tak, właśnie.
Ile tej mądrości możemy pokazać Długiemu?
Oj, znowu to samo. Zresztą nie mam już więcej argumentów. Prawda jest taka, że ja nie jestem Brzytwa ani Długi, ani Andrut czy jakieś inne zwierzę, tylko homo sapiens. Taka jest moja nad tymi osiłkami przewaga.
Co za skromność i składnia.
Ale chciałbym być taki odważny i silny jak oni, zazdroszczę im ?

Chyba trochę tak. Ale nie tego, że są silni, bo wcale nie jest powiedziane, że nie jestem od nich silniejszy, przecież nigdy nie staliśmy naprzeciwko siebie…
Zazdroszczę im chyba odwagi…

– Robert!- Słyszę za sobą głos Kazia.- No chodź, Marek jest ceglarzem, a wszyscy czekają na ciebie.
Biegniemy po schodach na drugą stronę klatki schodowej, na podwórko.
Rzeczywiście, wszyscy na nas czekają. Są także i dziewczyny, ale już dość późno. Zaraz na zebranie ministrantów i do kościoła na krótką katechezę.

Wchodzę do kościoła, przyklękam, wstaję, moczę palce w święconej wodzie i idę do ławek zająć miejsce.
Siadam i rozglądam się. Robię to udając na przykład, że drapię się w szyję lub zawiązuję buta i mam wyrzuty sumienia. Mama uczyła mnie od maleńkości, ażeby w kościele nie rozglądać się, bo to nie sklep czy wystawa, ale dom Boga Czasem jednak nie mogę wytrzymać. Często bywało, że wychodziłem z kościoła ze zdrętwiałym karkiem.
To wielka pokusa rozglądać się w kościele. Większość ludzi to robi. I trzeba przyznać nie wygląda to najlepiej. Szczególnie na niedzielnych mszach.

Czasami rozglądanie się jest uzasadnione.
O, tak, gdy się jest zakochanym, a jedyne miejsce, w którym można spotkać ukochaną to kościół. Wtedy można się rozglądać. Trzeba to jednak robić bardzo dyskretnie.

Widziałem ją już?
Nie, jeszcze nie. Ale właśnie szyja mnie z tyłu swędzi i muszę się podrapać,
Powiedzmy.

Jest! Aż mi się cieplej zrobiło.
Jest moja Karolina. Najpiękniejsza dziewczyna na planecie, dla mnie najmądrzejsza i w ogóle.

Serce mi przyspieszyło i chyba staję się coraz bardziej czerwony na twarzy, bo zaczyna mnie piec. No pewnie, przyspieszone tętno, zwiększone ciśnienie krwi i wypieki na twarzy. Tak ona na mnie działa, moja ukochana Karolina. Tylko moja, na pewno.
Powiem jej to kiedyś?
Nie wiem, ale chyba kiedyś się dowie. Kończę dla niej tomik wierszy. Jeżeli dobrze pójdzie, za tydzień wyślę jej na urodziny.

– Posuń się- to Kazik do mnie szepcze, przyszedł właśnie.
Są prawie wszyscy moi koledzy z podwórka.
Kazik przyklęka i modli się opierając łokcie na ławce. Ja cały czas klęczę i witam się z Bogiem. Od czasu do czasu zerkam obok, na rząd dziewczyn i przypatruję się Karolinie, która wpatrzona jest w ołtarz.
Pewnie też ją czasem boli kark po wyjściu z kościoła.
Nie drwij sobie z niej, to moja dziewczyna.
A ona wie o tym?
Żyła.
Prowadzę częste dialogi ze sobą, nie ma co, chyba wariuję.
Boże, proszę Cię o miłość i tolerancję dla mnie i dla mojej dziwnej natury, proszę Cię także o wyrozumiałość dla mnie i dla tego drugiego ja, które ma tendencje do ciągłej ironii i ze mnie kpi.
Ale przede wszystkim Panie proszę Cię o miłość do mojej pięknej Karoliny. To znaczy, żeby ona mnie tak kochała jak ja kocham ją.
O ile ktokolwiek jest w stanie tak mocno kochać jak ja.
Bufon.

– Wstańcie, drogie dzieci i droga młodzieży- ksiądz rozpoczął katechezę.- i razem ze mną pomódlcie się do Pana, który wszystkich nas umiłował. Ojcze nasz, który jesteś w niebie…

Ksiądz zaczyna, razem kontynuujemy.

Główny ołtarz jest piękny, nie mogę się napatrzyć, chociaż jestem tu po raz tysięczny. W wielkiej złotej ramie w prezbiterium wisi obraz Matki Boskiej z dzieciątkiem na rękach. Pod obrazem siostra zakrystianka stawia zawsze świeże kwiaty. Wiele z nich przynoszą ludzie. Niektórzy kupują kwiaty, aby je później złożyć w ofierze, inni mają własne hodowle. Najwięcej kwiatów jest zawsze przed świętami lub latem, kiedy pełno ich na ogródkach.
Są to najpiękniejsze kwiaty na świecie, ale nie dlatego, że stoją u mego Boga i ozdabiają ołtarz. Dlatego właśnie, bo ludzie przynoszą je z czystego serca, po prostu chcą, aby było nam tutaj razem pięknie.

Kiedyś na jednym z kazań misyjnych ksiądz Świlak mówił o tym, że odwiedziny niedzielne czy jakiekolwiek w kościele można traktować jako symbol wizyty u kogoś bliskiego. Bardzo mi się to porównanie podobało i pamiętam o nim zawsze. Kiedy idę do kościoła, myślę sobie właśnie, że idę odwiedzić bardzo bliską mi osobę.

Klękamy, modlimy się krótko i wstajemy. Ksiądz właśnie wchodzi na ambonę, będzie nam opowiadał jak zwykle ciekawie i tak mądrze. Siadamy. Tylko na kazaniach ojca Świlaka zapominam na chwilę o wszystkich problemach.
Nie o Karolinie.
Czasem i z nią w szkole dyskutujemy o kazaniach, które są takie mądre i zapadają w sercu na długo.

Karolina, jaka ty jesteś piękna. Dlaczego nie mogę ci o tym powiedzieć?
Bo jestem mięczak, zero odwagi.
A może i dobrze. Co by to była za miłość, gdyby każdy prosto z mostu mówił dziewczynie kocham cię i po wszystkim.
Trzeba cierpieć jak romantycy, chodzić, marzyć, wzdychać, szukać śladu ukochanej wszędzie, nawet tam, gdzie jej nie mogło być. O, raz bym stracił przez to życie. Szedłem właśnie rozmyślając o Karolinie, gdy przechodząc przez jezdnię wpadłbym pod koła jadącego wozu bojowego straży pożarnej. Musiałem być wtedy bardzo zamyślony, bo strażacy jechali do pożaru na sygnale, a i syrena, i silnik wozu wyły przerażająco. Jednak ja niczego wtedy nie słyszałem.
Miłość może działać destrukcyjnie i może uśmiercać ludzi.
Przesada.
No przecież straciłbym życie?
To całkiem inna sprawa, miłość jest wielka i jest najcenniejszym skarbem świata.
Dla mięczaków.

– Niech przykładem będzie malutka Agnieszka, która nie posłuchała mamusi i poszła na dwór bez czapki. Był silny mróz, a ona świeżo po chorobie- opowiada ksiądz.- W nocy rodzice wezwali do niej lekarza. Zdziwił się on bardzo, bo dopiero przepisywał jej lekarstwa i leczył ją, a ona znowu zachorowała. Nie dbała zupełnie o własne zdrowie, nie słuchała przy tym rodziców. Choroba była tak zaawansowana, że lekarz był zmuszony przypisać Agnieszce zastrzyki i o mały włos nie odesłał jej do szpitala, skoro nie chciała słuchać rodziców.
Zobaczcie więc drogie dzieci i droga młodzieży, jak dobrze jest słuchać rodziców, którzy kochają nas nad życie i pragną dla nas wszystkiego co najlepsze. Tak również jest w przypadku miłości Boga naszego, który umiłował nas wszystkich i pragnie dla nas rzeczy najlepszych, ale to zawsze my i tylko my podejmujemy decyzje. To od nas zależy, jak będziemy postępować. Pamiętajcie zatem ukochani w Chrystusie Panu, że nie wszystkie nasze decyzje są Jemu miłe. Śmiało od dzisiaj możecie stawiać sobie pytanie, kiedy zajdzie taka potrzeba: „Co powie mój Bóg, czy spodoba się Jemu moje postępowanie, decyzja, którą podejmę?”
W tym duchu i skupieniu uklęknijmy teraz i pomódlmy się…

Kiedy ksiądz mówi, co mamy zrobić, to jak na komendę wszyscy wykonują polecenie, nawet kiedy jeszcze nie skończył mówić. Nie wiem, skąd taki pośpiech lub gorliwość. Czasami wydaje mi się, że jestem tylko ja i ksiądz lub nauczyciel, a reszta wiernych czy uczniów nie słucha lub przysypia. Kiedy jednak wszyscy wstają, łapię się na tym, że ruch w kościele czy klasie wyrywa mnie z głębokich rejonów zamyślenia jako jednego z ostatnich.
Ktoś stojący z boku mógłby pomyśleć, że to właśnie ja przysnąłem, spałem na kazaniu lub podczas lekcji. Właśnie. Brakuje mi tutaj i w szkole tego momentu zatrzymania czasu, chwili, kiedy jeszcze w uszach brzmią słowa, czasem takie ważne i takie mądre. Wartościowe spostrzeżenia nauczyciela, które powodują całkowite rozjaśnienie sytuacji lub kiedy ksiądz tak pięknie mówi o świecie i życiu.
Boże, jakie to wszystko dalekie jest od życia, które czeka na nas po wyjściu z klasy i kościoła.

Za rogiem czają się Brzytwy, Dłudzy, Andruty i inne zwierzęta, którym trzeba schodzić z oczu, mieć się przed nimi na baczności.

Ciekawe czy dziewczyny też tak się boją? Nie, na pewno nie, to tylko my, chłopaki wciąż musimy walczyć i potwierdzać swoje siły i miejsce w świecie. Całkiem jak wśród dzikich zwierząt, jak zwierzęta w stadzie. To jeszcze jeden dowód na to, że zbytnio nie różnimy się od nich. Tylko rozumem, ale przecież ten strach kłóci się z racjonalnym myśleniem. A jednak jest, istnieje, przeszywa mnie czasem do szpiku kości.
I wszystkich mięczaków.
Czy tylko ja jestem taki?

Chciałem jeszcze zostać w kościele, ale strumień ludzi mnie porwał ze sobą. Kiedyś, nie tak dawno wychodziliśmy spokojniej. Chyba od sześciu tygodni jest inaczej z powodu serialu w telewizji. Tak też jest i w niedzielę. Akurat po mszy dla dzieci i młodzieży jest ciekawy serial przygodowy.

Idę do domu powoli. Przystaję, bo lubię gapić się na nasz blok i okna, balkony pełne różnorodnych rzeczy. Z daleka wyglądają czasem na całkiem inne przedmioty niż są w rzeczywistości. Raz sąsiad idąc drogą spojrzał na swój balkon i wydawało mu się, że widzi tam siedzącego kota. Bardzo się przeraził, że kot dobierze się do owędzonej i suszącej się na balkonie ryby. Potem okazało się, iż nie był to kot, ale położony na parapecie ręcznik, który przybrał postać kota.
Świetne refleksy są zimą, kiedy stoję i wgapiam się w okna wieczorem. Przed Bożym Narodzeniem szczególnie piękne widowisko dla mojej wyobraźni powstaje, gdy sąsiedzi zapalają lampki na choinkach. W naszym oknie oczywiście też widać płomienie lampek choinkowych przypominających świeczki.
Jednego razu widziałem w naszym oknie świętego Mikołaja, a raz olbrzymią sarnę. Obie te postaci widziałem latem. I musiałem długo wgapiać się w okno, aby wreszcie dojść do wniosku, że widzianą postacią jest Mikołaj, bo któż mógłby przypuszczać, że latem zobaczę to, co jest charakterystyczne dla zimy.
Latem na balkonach i oknach jest pełno kwiatów. To dopiero jest widok. Cienie opadających kwiatów, postaci i przedmiotów układają się w różne figury. O, gdybym był malarzem, narysowałbym niejeden obraz powstały z tych figur. Czasem zdarza się, że całe piętro lub blok mają jeden wyraz. To z powodu migania ekranów telewizyjnych, które dają podkład pod kolorowe refleksy. A gdy jeszcze dodać do tego różnego rodzaju odgłosy dochodzące z wnętrz mieszkań, to patrząc z dala można sobie wyobrazić blok jako ruszającą się i gadającą postać.
O, zapaliło się światło w pokoju u Marka. Do tej pory jego piętro stanowiło tylko tło, szary odcień jakby głowy bloku. Teraz wygląda na sterczący włos z głowy całości albo wyciągającą się szyję postaci. Zgasło. Za to akurat u Krzyśka w domu ktoś bawi się przy żyrandolu, bo światło to gaśnie, to zapala się.

Justyna stoi w oknie i kiwa do mnie. Czas do domu.
– Wyjdziesz jeszcze na dwór?- Spotykam Kazia na schodach.
– Nie wiem, ale chyba nie. Mam coś ciekawego do przeczytania.
– Przecież jest weekend, daj sobie spokój.
– Zobaczę.
Po prostu muszę czytać. Bez tego dzień wydaje mi się niepełny, moje życie bezcelowe a ja sam bezużyteczny.

Ostatnio zajmuję się pisaniem. Trochę kłamię, że czytam, ale nie czytam, piszę. Wiele razy zabierałem się do tego, teraz definitywnie mam dość obwiniania siebie o sprzeniewierzanie się sobie i piszę. Zmusiły mnie do tego słowa naszego polonisty, który na jednych zajęciach zalecił nam pisanie, tworzenie.
– Jeżeli komuś z was wydaje się, że jest bardzo mądry lub że już wszystko wie, to niech weźmie kartkę papieru i spróbuje to zapisać. Być może okaże się wówczas, iż po pierwszym zdaniu zabraknie wam konceptu do pisania. Lub jeszcze gorzej, komuś może się wydać, że powiedział już wszystko.
-Jaki sens ma pisanie dzisiaj?- Zapytał profesora po chwili kolega.
– Spróbuj napisać jakieś opowiadanie lub chociażby zapisz na kartce papieru przeżyty dzień, a sprawdzisz, w jakim świecie żyjesz i kim naprawdę jesteś.
Wolałem nie zdradzać się z moim pisaniem, chociaż kilka razy profesor zalecał mi pisanie twierdząc, iż tylko poprzez ćwiczenia mogę wyzbyć się natłoku i chaosu myśli.

– Robert?!- Dochodzi do mnie głos mamy z kuchni.
– Tak.
– Jesteś wreszcie…
– Gdzie się podziewasz, Justyna już pół godziny temu wróciła z kościoła?- Tato oderwał się od swojego biurka.
– Patrzyłem na dom.
– I jak to dzisiaj wygląda?
– Nie jest najgorzej, określiłbym blok jako śpiące lub czuwające zwierzę.
– Jak to śpiące lub czuwające?- Wtrąca Justyna, moja super piękna siostra.
– Och, to złożona sprawa, tylko tato i ja możemy ją zrozumieć.
– Szowinista.

To tato nauczył mnie patrzenia na rzeczy w sposób upersonifikowany. Pamiętam, że kiedyś szliśmy po parku i rozmawialiśmy o różnych rzeczach. Obok nas przechodziła jakaś pani z wózkiem i pieskiem. Wtedy doszliśmy do humorystycznego odkrycia, może trochę nie na miejscu, mianowicie że pies właścicielki jest bardziej do niej podobny niż niemowlak siedzący w wózku i popijający sok z kartonika.
Tata zwrócił mi wtedy uwagę na fakt, iż każda rzecz na świecie ma swoje cechy odrębne i wyraz twarzy. Po wyrazie twarzy człowieka można poznać wiele rzeczy. Począwszy od stanu ducha, skończywszy na stanie ciała, wszystko to może wyrażać twarz człowieka. To samo, mówił tato, jest z przedmiotami.
Płaszcze i meble, budynki i sklepy, każda rzecz ma swój wyraz twarzy, oczywiście w cudzysłowie. Najlepiej widoczne wyrazy, niemal ludzkie posiadają samochody. Podobieństwo masek aut do wyrazu ludzkich twarzy jest uderzające i czasem zadziwiające.

– Umyj się szybko, kolacja!

Dalej >>>