Tylko praca…

powieść online

rozdział 14 – list

Mama zasnęła kamiennym snem przy moim łóżku. Nie mogę spać, za dużo snu podczas dnia. Rozglądam się po pokoju. Szkoda że nie mogę wstać i pochodzić trochę.
Nie mam nóg. To znaczy one mnie nie słuchają, żyją własnym życiem.

Biorę z szafki listy do mnie.
Pierwszy jest od Robina. Pisze, że za dwa tygodnie wyjeżdża do Londynu na wycieczkę z paczką przyjaciół.
Ciągle gdzieś jeździ, zwiedza Wyspy i Europę. Kiedy pierwszy raz nawiązałem z nim kontakt, zupełnie nie wiedział, co oznacza wyraz „Poland”. Pytał mnie naiwnie, czy to wyspa, czy ląd. Typowy Anglik. Potem nasza korespondencja rozwinęła się. Okazało się, że znam jego tatę, to znaczy czytałem jego prace na temat fizyki kwantowej zamieszczone w internecie. Robin nawet o nie wiedział, że ma takiego zdolnego tatę. Poprosił mnie o rozwiązanie zagadki i tak się zaczęła nasza przyjaźń na odległość.
Napisałem dla niego krótki list. Tata wyśle.

Drugi list napisała Karolina.
Waham się czy go przeczytać, czy też nie. To już kolejny list od niej, poprzednie wyrzucałem.
Właściwie nie chciałbym jej skrzywdzić. Nie wiem, czy moje milczenie jej nie krzywdzi. Boję się, że ona mnie już nigdy nie będzie kochała tak jak przedtem, że jej miłość teraz będzie bardziej powodowana litością.
Nie zniósłbym tego.
Może jednak otworzę ten list?
Nie, nie chcę, boję się.
Ale przecież jutro…
Może to ostatni kontakt z moją najdroższą?
Chyba przeczytam.

Otwieram.

Najdroższy mój.

Nie życzysz sobie mnie widzieć.
Podejrzewam też, że wyrzucasz moje listy i w ogóle ich nie czytasz, bo pewnie sobie myślisz… nie wiem co. Nawet nie wiesz, jak mnie tym krzywdzisz.
JESTEŚ i BĘDZIESZ moją miłością i nic tego nie zmieni.
Wiem wszystko. Jutro masz operację. Chcę być z Tobą, będę z Tobą w tych chwilach. Będę czekała na Ciebie- zawsze…
Kocham Cię nad życie.
Pamiętaj, że tak łatwo się mnie nie pozbędziesz.
Wierzę w to bardzo, że Bóg nas nie opuści.
Jeśli nie tu, to tam będziemy razem…

Twoja na zawsze
Karolina

Czuję, że po raz pierwszy naprawdę płaczę…
Nie mogę myśleć…
Mięczak…
Nie, już nie mięczak…

Boże, mamo, tato, Justyno, babciu, dziadku, Karolino, przyjaciele moi kochani, jak ja was bardzo kocham…

rozdział 13 – goście

Kiedy budzę się, na dworze szarzeje.. Wydaje mi się, że to była chwilka.
Ktoś puka.
Babcia i dziadek.
– Boże, wnusiu mój kochany, jakiś ty bladzieńki…
Ściskamy się, dziadkowie chcą coś mówić, ale nic tylko płaczą. Nie potrafią się opanować.
– Bardzo was kocham- pożegnałem ich, płakali.

Rozglądam się po sali i zamykam z powrotem oczy.
Nie chcę żadnych gości
– Cześć, jak się czujesz?- To Justyna szepcze do mnie.- Otwórz już oczy, przecież wiem, że nie śpisz.

– Zawsze musisz mnie rozszyfrować, niczego przed tobą nie da się ukryć.
Justyna ma przekrwione oczy, widoczne oznaki płaczu i niewyspania. Dawno jej nie widziałem.
– Co u ciebie, siostro, jak tam adoratorzy?- Chciałbym ją jakoś uspokoić.
Rozpłakała się.
Więc nie ma żadnych nadziei?
– Powiedz, co tam w szkole i na podwórku?
Wyciera dłonią nos. Sięgam na mój stolik i podaję jej chusteczkę.
– Mam dla ciebie dwa listy.
– Od kogo?
– Pierwszy od Karoliny, drugi tato wydrukował ci z poczty internetu, chyba od Robina.
Położyła mi listy na kołdrze. Jakoś nie mam ochoty ich czytać.
– Nie wiesz która godzina?
– Szósta wieczór.
– Nie jesteś na próbie?- Justyna tańczy w zespole ludowym.
Milczy.
– Kazik do ciebie przyszedł, chcesz się z nim widzieć?
– Naprawdę?
Kazio to mój najlepszy kumpel, wiele razy wychodziliśmy razem z różnych opresji i przygód. Kiedy go widzę, nabieram wiary w nastoletnie siły.

Drzwi się otworzyły i Justyna poprosiła Kazia.
– Cześć, jak leci?
Wszedł do sali i gdy mnie zobaczył, cofnął się nagle. Po chwili odszukał krzesełko i usiadł, ale widzę w jego twarzy, że nie bardzo wie, o czym ze mną ma mówić.
– Po pierwsze- zaczął- chłopaki z podwórka bardzo cię pozdrawiają. Byli u nas też z twojej klasy, pytali o twoje zdrowie. W ogóle chcieliśmy tutaj przyjść kilka dni temu, jak tylko dowiedzieliśmy się, co się stało. Lekarze jednak nie wpuszczali nas do ciebie, a twój tata powiedział, abyśmy odłożyli wizytę. Mówił też, że za kilka dni będziesz miał operację i że ona może zmienić wszystko.
Boże, jak to dobrze mieć przyjaciół.
– Ksiądz Andrzej odprawił mszę w intencji, aby twoja operacja poszła okey i abyś wrócił jak najszybciej do zdrowia.
– Poważnie?- Zaskoczył mnie tą informacją.
– Jasne, była prawie cała nasza i twoja szkoła, do mszy służyli wszyscy ministranci.
– Co ty?
– Ksiądz Andrzej zapytał na zebraniu, kto chce służyć do tej mszy i wszyscy się zgłosili.
Tego jest mi za wiele, tyle dobroci dla mnie. Myślałem, że poza kilkoma osobami nikogo nie obchodzę na tym świecie, jestem tylko małym chłopcem…
Do pokoju wszedł tata.
– Kazik powiedz mi, zmieniłem się tak bardzo z wyglądu?
Zastanowił się chwilę.
– No co ty, tylko jesteś strasznie blady i w dodatku ta pościel jest biała, no wiesz?
– Przyszedł do ciebie ksiądz Andrzej- oświadczył tata.- Chciałby z tobą porozmawiać.
– To ja już pójdę, chłopaki na mnie na dole czekają, chcą wszystko wiedzieć- Kazik podał mi dłoń.
– Przekaż im, że jestem bardzo wdzięczny za wszystko, naprawdę.
– Nie ma sprawy, wracaj szybko do nas. Cześć.
– Jutro zabierają mnie do kliniki.
– Do zobaczenia.

Dookoła sama biel, biała pościel, białe ściany, białe meble. Nie wygląda to najlepiej, Kazik miał rację.
– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus- ksiądz Andrzej w brązowym habicie zakonnika siada na krzesełku.
– Szczęść Boże ojcze, miło zobaczyć księdza.
– Twój tata mówił mi, że jutro zabierają cię do kliniki na poważną operację.
– Tak, chciałbym, żeby ksiądz był rano ze mną i chciałbym też przyjąć rano Najświętszy Sakrament.
Milczy.
– Będę.
Krótkie słowo, jak wiele treści. Wiem, że chce coś jeszcze powiedzieć, ale jakoś nie może.
– Robert, jesteś mądrym chłopcem, zapewne domyślasz się, że twoja operacja może mieć różny przebieg.
– Wiem, może coś nie wyjść i umrę.
Zamilkł.
– Od kilku dni zdaję sobie sprawę z tego, że być może to moje ostatnie chwile na tym świecie.
Jego twarz nabiera rumieńców, zaraz się rozpłacze, jest bardzo wrażliwym człowiekiem.
– Jakby się nie stało, wierzę w to, że taka jest wola Boga.
Milczy.
Cóż więcej można powiedzieć w takiej chwili.
– Pocieszam się, że jest przysłowie mówiące o tym, że dobrzy ludzie żyją krótko.
Roześmialiśmy się obaj.
– Proszę tego nie odebrać przypadkiem za przejaw pychy.
– Nie, właściwie przyszedłem tu, aby cię pocieszyć, a jest zupełnie odwrotnie, to ty mnie pocieszasz.
– Czuję jakiś wewnętrzny spokój. Z jednej strony moi rodzice tak bardzo się starają i przeżywają moją chorobę. Z drugiej strony potęga nauki pozwala mi mieć jakieś nadzieje na życie, ale co najważniejsze, gdybym nawet musiał odejść, wierzę, że tam ktoś na mnie czeka. Mogę powiedzieć, że jestem w komfortowej sytuacji.
Rozchmurzył się.

Teraz, gdy powiedziałem o tym głośno, jest mi lżej. Do tej pory tylko tak myślałem, księdzu mogłem wyznać prawdę.
Rodzina, Karolina, koledzy, ksiądz, wszyscy, których kocham, pozostaną tutaj. Pozostawię też wszystkie ulubione zajęcia.
Ktoś inny odkryje prawa fizyki, chemii czy astronomii, nie będzie mnie przy tym.
Ktoś inny napisze powieść, moją powieść, którą zawsze chciałem napisać, ale nie zdążę, już na pewno nie zdążę.
Szkoda. Żałuję tylko tej książki. Boże, jak bardzo wierzę w zapisane słowo, jak bardzo uzależniłem się od niego.

Tata znowu zapowiedział następnego gościa. Mam dzisiaj samych gości.
– Dzień dobry panie profesorze- odruchowo chciałem się poderwać i wstać, ale zapomniałem, że już nie mogę.
– Leż, leż, chłopcze, nie wstawaj, nie wolno ci się przemęczać.
– Dziękuję, że przyszedł mnie pan odwiedzić.
Usiadł na krześle.
– Nic dziwnego, jesteś moim najlepszym uczniem. Wiesz, każdy nauczyciel żyje z marzeniem, aby chociaż raz w życiu móc uczyć takiego ucznia jak ty. To chciałem ci dzisiaj powiedzieć.
Chyba łzy stanęły mi w oczach. To jest profesor literatury, pisarz, pokrewna dusza, mój największy autorytet. Nie był moim wychowawcą, nie był opiekunem, nie musiał tutaj przyjść, a jednak przyszedł.

– Opowiedz mi o swojej twórczości- ni stąd ni zowąd zadał mi pytanie.
– Jestem zaskoczony, panie profesorze, jak wielka jest moc literatury. Mimo że media zyskują na popularności i książka nie jest ceniona jak dawniej, to jednak dla mnie osobiście spełnia największe znaczenie.
– Nie jesteś w tym poglądzie osamotniony. Ale ja chciałbym wiedzieć, co ty napisałeś do tej pory, bo domyślam się, że tworzysz.
– O, napisałem tylko jeden tomik poezji, próbowałem też napisać opowiadania, od czasu do czasu zapisuję coś w swoim pamiętniku. Nie jest to taki normalny pamiętnik, są tam tylko rzeczy ważne dla mnie, wspomnienia, aktualności, nad którymi nie miałem czasu zastanowić się.
– Wiele rzeczy odkładamy na później, a owo później nie oznacza niczego. Powiedz, jaki rodzaj najbardziej by ci odpowiadał.
– Epika, panie profesorze.
– Dlaczego?
– Wydaje mi się, że najbardziej oddaje ducha człowieka, chociaż zapewne w mojej powieści byłoby bardzo dużo dialogów.
Roześmialiśmy się. Przypomniało mi się, że profesor zwracał kiedyś uwagę na filmowe dialogi, z których nic często nie wynika i są jawnym przedłużaniem czasu zdjęciowego. Szczególnie w telenowelach.
– A poezja, dlaczego napisałeś wiersze?
– Poezja jest największym wyrazem ducha i dowodem na to, że nie żyjemy na stałe na ziemi, ale poza nią, ponad nią. Tak naprawdę ciało jest tylko chwilową powłoką człowieka, a my jesteśmy duchami.
Znów roześmialiśmy się w głos.

Podał mi dłoń przed wyjściem i stanął na chwilę.
– Robert, chciałbym zobaczyć twoje wiersze i pamiętnik. Do zobaczenia na zajęciach.
Kiwnąłem tylko głową.
– Mam do pana, profesorze, jedno pytanie- stanął. – Chodzi mi o pańską ocenę mojego życia. Mówił pan kiedyś, że życie jest wartościowe wówczas, gdy coś po sobie pozostawiamy, coś wartościowego. Ja nie zostawię chyba nic.
Jest wstrząśnięty tym pytaniem. Widzę to. Przysiadł na krześle.
– Robert, długo można by się spierać o uniwersalia, ale powiem ci co ja myślę. Uważam, że o wartości życia decyduje wkład pracy w rozwój talentów danych nam odgórnie przez Boga. Tylko Bóg naprawdę może dokonać oceny naszego życia. Nie leży to w gestii człowieka.
– Ale są oceny ludzkie, pośmiertne.
– O, tak, oczywiście, często słyszy się komentarze i historia jest ich pełna. Przeważnie dotyczy ona ludzi, którzy byli ogólnie znani, dobrzy lub źli. Jednak to są oceny ludzkie czynów ludzi, natomiast oceny boskie mogą być zupełnie inne. Nie pytaj nikogo o ocenę własnego życia, nikt nie jest w stanie dać ci wyczerpującej odpowiedzi.

Tato poprawia mi poduszkę. Jest spokojny, ale w jego oczach dostrzegam zmęczenie i niewyspanie.
– Mama przyjdzie do ciebie późnym wieczorem.
Siada przy mnie jak za dawnych lat, kiedy czytał mi bajki na dobranoc.
– Masz dla mnie jakieś ciekawe bajki?
Uśmiecha się.
– Nie, niestety, nie znalazłem żadnej odpowiedniej do twego wieku.

– Tato, uważasz, że byłem normalnym dzieckiem?
Zdziwiony spojrzał na mnie.
– Jak to?- Wyczuwam zakłopotanie w jego głosie.- Dlaczego używasz formy przeszłej?
– Tak jakoś, bo jeśli nawet wyleczą mnie, to już nie będę dzieckiem. Wierzysz w to, że mam jakieś szanse?
– Oczywiście, jak możesz o to pytać?
– Dobrze wiesz, jaka jest współczesna medycyna, radzi sobie z różnymi nieoczekiwanymi epidemiami, ma wielkie osiągnięcia, ale tak naprawdę każdy organizm jest wielkim znakiem zapytania?
Wstał, wyczuwam jakieś napięcie.
– Wierzę, że w klinice mają odpowiednie doświadczenie i aparaturę. Wszystko będzie dobrze, nie martw się.
– Przy tobie o nic się nie martwię, jeszcze nigdy mnie nie zawiodłeś, a ja?
– Co też ci przychodzi do głowy, nigdy nie mieliśmy z tobą najmniejszych kłopotów.

– Tato, czy udział w zawodach sportowych mógł mieć wpływ na przyspieszenie mojej choroby?
W jego oczach pojawiły się łzy. Odwrócił się tak, abym nie widział twarzy.
– Nie mogę tego wykluczyć…
– Tato, podejdź do mnie, weź mnie za rękę.
Podszedł zrozpaczony.
– Chciałem ci powiedzieć, że jesteś najlepszym ojcem na świecie.
Czuję, jak po policzkach spływają mi łzy.

rozdział 12 – nogi

Obudziłem się w szpitalu. Odzyskałem przytomność.
Siedzi przy mnie mama z zapuchniętymi od płaczu oczyma.
Chciałbym, aby ta sala i w ogóle ta scena była tylko snem, z którego niebawem się przebudzę.

– Co się stało?
– Zasłabłeś w nocy- mama uśmiecha się do mnie.- Tata usłyszał twój głos, myślał, że coś ci się śni. Na szczęście sprawdził.

– Stara choroba?- Właściwie stwierdzam.
Oczy mojej mamy nabrzmiały jeszcze mocniej. Więc jednak. Choroba z dzieciństwa powróciła. Nie chciałem tego nawet pamiętać i o tym mówić. Jednak stało się. Obawy rodzice potwierdziły się. Choroba powróciła.
Nie chcę pytać mamy, o co chodzi, o jaką chorobę. Jej twarz mówi za siebie. Więc to coś bardzo poważnego, inaczej tata sam by mnie wyleczył.

Mama nie jest w stanie opanować emocji. Płacze.
Dobrze wiem mamo, że bardzo mnie kochasz i żadna krzywda nie może mnie spotkać na tym świecie. Bardzo chciałbym ci o tym powiedzieć. Zresztą ty dobrze wiesz, jak mocna jest moja miłość do ciebie.

Rodzice wiedzą więcej niż ja o mojej chorobie. Nie chcę ich pytać o szczegóły, nie chcę ranić serc, które mnie kochają.

Mama jest blisko mnie, zawsze była blisko mnie, gdy jej potrzebowałem.
– Jak się czujesz?
Jest załamana, widzę to po niej. Nie ukryje przede mną prawdy.
Więc jest aż tak źle?
– Dobrze, jak zwykle zresztą- próbuję ją pocieszyć.- Do szkoły już dzisiaj chyba nie pójdę.

Mama nie roześmiała się, nie zareagowała na mój dowcip, jeszcze bardziej zaczęła płakać.
Nie wiem, jak ją mam pocieszyć, nie wiem, co mam mówić.

Chcę usiąść. Próbuję podciągnąć się, aby tego dokonać.

Boże, nie czuję nóg.
Tylko bez paniki, nieraz zdarza im się przecież zdrętwieć. Próbuję jeszcze raz.

Nie daję rady. To niemożliwe. Przecież…
– Co jest z moimi nogami?- Pytam głośno niby sam siebie.
Próbuję coś z tym zrobić, ale nie daję rady.

Więc to dlatego mama tak bardzo cierpi. Nie mogę patrzeć jak płacze. Teraz i ja mam łzy w oczach.
Chciałbym się teraz rozpłakać, może byłoby mi lepiej, lżej. Jednak jestem już za duży na płacz, za dużo wiem, czytałem o takich wypadkach, mój przypadek nie jest niczym nowym.

– Mamo, nie płacz- z oczu lecą mi krople łez. To szok, to niemożliwe, to niesłychane i medycznie niejasne. A jednak realne, rzeczywiste.

Dlaczego nagle zostaję przykuty do łóżka, dlaczego nagle tracę władze w nogach.
Dotykam rękami nóg. Są, całe i zdrowe. Dlaczego nie reagują na moje polecenia, na polecenia z mózgu.
Więc ten guz czy ropień aż tak się uaktywnił? Nie przypuszczałem, że tak szybko. A może to rak. Więc moje szanse są raczej znikome, a przyszłość niewielka.

Obejmujemy się z mamą. Siedzę, pomogła mi się podnieść.

Wszedł tata. Chciał się przywitać, ale na nasz widok zakuło go coś w środku i dołączył do nas. Boże, jak on mocno ściska. Nie ukrywa swojej twarzy. Też płacze.

– Jak się czujesz, synu?- Z naciskiem podkreśla ostatnie słowo. Lubię to.
– Świetnie.
Tata bierze moją rękę, sprawdza puls, pochyla się nad moim sercem.
– Tata, mogę cię o coś spytać?
Spojrzał z niepewnością na mamę i zmusił się do uśmiechu.
– Pytaj.
– Czy na Wielkanoc pójdziemy razem święcić koszyczek z żywnością?
Na chwilę zamarł, a mama wstrzymuje oddech. Chwila milczenia przedłuża się.
Wielkanoc już niedługo, więc chyba będę jeszcze mógł być w domu. Chwila milczenia jednak przedłuża się.
– Jak Bóg da- odpowiada.
Spojrzał na mamę.
Oboje teraz płaczą. Nie chcą mnie załamać, a ja nie chcę ranić najdroższych mi na świecie osób.

Karolina. Czy w takich okolicznościach ona mnie jeszcze kocha? Mówiła, że zawsze będzie mnie kochać, do końca życia. Ja też jej tak mówiłem. Nie mogę pozwolić na to, aby widziała mnie w takim stanie.

Czyżby moja przysięga Karolinie nie miała obowiązywać nawet roku…

– Już przestańcie rozżalać się nade mną i nad samym sobą, bo też rozpłaczę się i będę płakał i płakał. Wtedy ciśnienie krwi mi się podniesie i stanie się najgorsze.
Znowu ukradkiem mama spojrzała na reakcję taty.
Przestał się rozczulać, wytarł nos i zrobił minę, jaką robił zawsze, gdy chciał, abym słuchał uważnie, co mówi.

– Posłuchaj synu, twoja sytuacja jest bardzo delikatna – mama płacze.
– Tato- wpadam mu w słowo- darujmy sobie wszelkie wyjaśnienia, mam do ciebie zaufanie. Nie musisz mi tłumaczyć stanu mojego organizmu, bo sam to najlepiej czuję. Domyślam się też, że nie jest to ostatnie słowo postępującego paraliżu, ale też nie jest to ostatnie słowo medycyny…

Wypowiedziałem wszystko jednym tchem i aż nie mogę uwierzyć, że to powiedziałem. Chciałem podświadomie, aby tata w pewnym momencie zatrzymał mnie, żeby zaprzeczył szczególnie słowom o postępowości choroby, ale nie zrobił tego.
Muszę być odważny, muszę się trzymać.

Zamykam oczy i chcę zasnąć.
– Czekamy w kolejce na operację, którą przeprowadzą najlepsi specjaliści. Już za parę dni…
Nie pytam o szansę, na ile operacja ta przywróci mi sprawność.

Zasypiam.

rozdział 11 – sen

Śpię teraz?
Nie, te wszystkie myśli tak się w głowie kłębią, że nie mogę zasnąć. A może śpię i tylko mi się wszystko wydaje. Mam zamknięte oczy.
Ale czuję się wyspany. Coś dziwnego, a może nie. Nie dla mnie. Rozszalałe komórki mózgowe nie po raz pierwszy nie dają mi spać. O czym tu myśleć.
Zadania odrobione, dzień zakończony, problemy nauki niewiele mnie teraz obchodzą, mutanci spisali się na medal, komputer wyłączony, zdjęcie z Karoliną obejrzane.
Szukam jakiegoś punktu zaczepienia dla moich myśli. A może zasnę? Nie, jeszcze nie czas, jeszcze nie czas.
Po lekcjach poszliśmy z Karoliną do fotografa. Musiałem zrobić sobie zdjęcie do paszportu. Karolina zaproponowała, abyśmy razem weszli do automatu. Jak w filmie.
Zawsze marzyłem przed snem, żeby chodzić z Karoliną za rękę, tak ją kochałem i stało się.
No, kocham ją przecież nadal, co ja mówię.
Boże, spać, spać…

Chaos.
Nie, nie mogę.
Przewracam się z boku na bok, robi mi się jakoś gorąco.
To nie może dłużej trwać. Albo będę myślał w jakiś logiczny i uporządkowany sposób, albo wstaję!
Co za ultimatum.

Tak, to już przesada, wstaję.

Sięgam do lodówki po sok. Jest za zimny. Herbata w termosie też się skończyła. Musiał tu ktoś buszować przede mną, na kolację mama zrobiła dwa termosy.
Justyna. Co się w ogóle z nią dzieje.
Od dawna nie rozmawiałem z nią i nie biegaliśmy razem po mieście. Och ta moja siostra. Odkąd ma adoratorów, zapomina o mnie.
Wzajemnie. Odkąd Karolina jest oficjalnie moją dziewczyną, nie ma w moim świecie nikogo.
Poza Robinem z internetu.

Wracam do łóżka. U Justyny zapalone światło. Nie pamiętam czy gdy szedłem do kuchni światło się świeciło. No tak, szedłem z zamkniętymi oczami.
Nie pukam do niej, wchodzę do pokoju. Światło włączone, Justyna śpi, na stoliku pełno książek, niektóre otwarte. Biologia, tak, na tym punkcie moja siostra ma dosłownie bzika. Najchętniej spałaby z biologią w ramionach. Otwarte okno. Podchodzę i zamykam je. Smaruję spać.
Czy mnie wzrok nie myli? Włączam ponownie światło, aby zobaczyć to zjawisko. Moja siostra ma taką dużą stopę, że wydaje się aż nienaturalna.
Jaka ta moja siostra już duża.
Wariat ze mnie.
Ale nie widziałem do tej pory jej stóp. Spod kołdry wyglądają jakby należały do kogoś innego. Justyna zawsze kojarzyła mi się z delikatną małą panienką. A tu proszę, taka wielka stopa.

Zamykam oczy. Wbiegam na boisko. To lubię.
Reprezentacja Polski przegrywa z Anglikami trzy do zera. Anglicy nie mają lepszej drużyny, ale my zawsze z nimi gramy jak nowicjusze. Kompleksy, w końcu to Anglicy wymyślili piłkę nożną. Oczywiście komentator w tym tonie psioczy i utyskuje, zaraz dostanie się trenerowi i całemu systemowi rozgrywek ligi. Beztalencia- słyszę to, mimo że jestem na ławce rezerwowej. Za mnie też trenerowi się dostanie.
Kiwa do mnie ręką. Wyjdę na boisko do gry, wystawi mnie czy tylko chce zdopingować zespół? Nakazuje mi rozgrzewkę.
– Nie klei się naszemu zespołowi- słyszę komentarz telewizyjny, chociaż biegam obok linii autowej.- Na dziesięć minut przed końcem meczu trener postanawia zmienić zawodnika, chyba chce wprowadzić napastnika. No tak, nie mamy już nic do stracenia. Udział w mistrzostwach Europy oddala się od nas coraz szybciej. Widzę rozgrzewającego się zawodnika. Nie rozumiem, trener chce wprowadzić debiutanta, zawodnika powołanego do kadry z trzecioligowej drużyny, nie wiadomo po co.
Wchodzę na boisko. Tak, jednak trener zaryzykował. Schylam się do trawy i robię znak krzyża. Biegnę do środka boiska na swoją pozycję, mam być pomocnikiem ataku i robić zamieszanie w ostatnich minutach gry.
Dostaję niespodziewanie piłkę, jakimś kiksem odbiła się od angielskiego obrońcy, który źle ją przyjął.
Trzymam ją przy nodze. Nie ma nikogo w linii ataku. Pędzę do przodu, kiwam pierwszego. Kątem oka spostrzegam dwóch obrońców. Wydaje mi się, że śmieją się ze mnie. Przejdę ich czy nie, pędzę, nie czekam na nikogo. Na widowni rozlega się szmer, komentator mówi normalnym głosem – Biegnie na oślep, wbiega na pole karne, bramkarz wybiega i rzuca się mu pod nogi, strzela, gol.
Zatkał się, wszyscy się zatkali, nikt na stadionie nie wierzy w to, co się stało. Koledzy z drużyny w szoku podchodzą do mnie i ściskają moją dłoń.
– Dokopmy im- szepczę poprzez uściski.
Konsternacja, nieznany nikomu zawodnik, debiutant w dwie minuty po wejściu strzela gola.
Pięknie.
Anglicy rozpoczynają. Niefortunnie próbowali przerzucić piłkę na lewe skrzydło, któryś z kolegów przejął ją i podał do pierwszego rozgrywającego. Każda drużyna ma takiego zawodnika, guru, najlepiej wyczuwającego wszelkie drgania w zespole. To on rozdaje piłki, ale chyba nie poda do…
Niesłychane, jestem przy piłce i widzę, że przeciwnicy mnie ignorują. Nikt nie podbiega do mnie, żeby mi odebrać piłkę, więc biegnę, ile sił w nogach. Widzę po prawej stronie kolegę i trzech obrońców. Trzeba ich przejść. Pierwszego kiwam, przed drugim, jaki on wielki, kopię piłkę do kolegi i ustawiam się jak najbliżej pola karnego.
Niesłychane. Kiwa drugiego obrońcę, cała drużyna Anglików wali tu na odsiecz, zaraz będzie po wszystkim, zabiorą nam piłkę. Upadł, ale kantem buta jakoś krzywo kopnął. Pędzę za nią aż na pole karne, czuję jak obrońcy ciągną mnie za koszulkę. Kopię z całych sił w stronę bramki, za mocno aby bramkarz chwycił. Gol.

Obaj padamy na trawę z radości trzymając się za ręce. Cisza. Nie wierzę własnym uszom. Nasi kibice, a jest ich ze czterdzieści tysięcy, milczą. Żadnych braw, skupienie. A może szok? Nikt nie wierzy w zwycięstwo, nawet publiczność.
Anglicy przy piłce. Cisza. Atakują. Nie dają za wygrane. Nasza drużyna konsoliduje się. Wszyscy poza mną są w obrębie pola karnego. Strzelają. Na szczęście bramkarz wyłapuje piłkę. Podaje do kapitana, ten przedziera się kilka metrów przez szczelne krycie przeciwników i nie wiem jak, ale dołapałem piłkę, chciałem ją przystopować, ale nie udało się. Odbiła się ode mnie i poleciała, a ja pędzę za nią pomiędzy trzema obrońcami. Nie mam szans chyba.
Ciągnę za ostatnim obrońcą, a ten nie bardzo wie, co ma zrobić z piłką. Rezygnuję w momencie, gdy kopie piłkę w stronę bramkarza. Jakoś instynktownie oceniam, że trzeba za nią biec, została kopnięta zbyt lekko, Anglicy coś krzyczą, bramkarz pędzi w moją stronę a piłka jest tuż, tuż. Mam ją, ślizgam się po trawie i końcem korkowca podbijam ją do góry. Przerzucam bramkarza, który padem na trawę chciał zasłonić bramkę. Gol, moja trzecia bramka.
Szał. Dopiero teraz coś się odkorkowało. Publiczność siedząca do tej pory cicho i jakaś zaczarowana, teraz rozkrzyczała się. Najpierw pojedyncze grupy skandowały moje imię, potem pojawiła się meksykańska fala, a teraz, gdy koledzy ściskają mnie z radości, już razem wszyscy potężnie wołają Polska, Polska, Polska…
– To jest niesamowite- słyszę patetyczny komentarz telewizyjny.- Do zakończenia meczu pozostało już tylko cztery minuty. Czy Polacy utrzymają rezultat, rezultat, który da nam jeszcze jakiś skrawek nadziei na finały. Jeżeli Polska drużyna zremisuje, zajmie drugie miejsce w grupie i będzie miała szanse na dostąpienie tego tak oczekiwanego występu w finałach mistrzostw Europy. Jeżeli natomiast wygrają, zajmą pierwsze miejsce i wtedy o awans niech się martwią Anglicy. Czy Polacy pojadą do Paryża?

Dwie minuty do zakończenia meczu. Anglicy wciąż nieustannie próbują przełamać naszą obronę, ale chłopaki dają z siebie wszystko.
Bramkarz po raz kolejny ratuje naszą skórę.
Trener nakazał wszystkim totalną obronę.
Bramkarz wykopuje piłkę jak najdalej może. Obrona angielska momentalnie przekazuje za środek boiska na naszą połowę. Wślizguję się pod nogi jednego z nich, ale bez efektu. Nagle przed sobą widzę piłkę. Anglik potknął się i padając kopnął piłkę. Odbiła się od jakiegoś zawodnika i oto wystartowałem do niej. Na plecach poczułem klepnięcie kolegi z mojej drużyny, który zrezygnował z piłki i oddał mi pierwszeństwo.
Gonię z piłką jak szalony. Widzę mojego asystenta jakieś cztery metry na lewo, a z prawej angielskiego obrońcę. Obiegam go. Drugi. Zakładam mu siatkę między nogami, jak na treningu. Zataczam niewielki łuk i widzę mojego kolegę na polu karnym. Ma czystą pozycję, podaję mu piłkę, on strzela i…

– Już widzę jutrzejsze nagłówki w angielskiej prasie- komentuje z dumą spiker telewizyjny- „Dziesięć minut, które wstrząsnęły Anglią”. Do końca meczu już tylko kilkanaście sekund, niemożliwe aby Polacy przegrali to spotkanie. Po meczu będzie czas na podsumowanie, a ja teraz mogę tylko powiedzieć państwu, że podobnie jak wielu kibiców przed telewizorami jestem zaskoczony postawą naszych zawodników. Przez osiemdziesiąt minut trwali w jakimś amoku, nie starali się, nie przejawiali chęci do walki. Na końcowe minuty trener wpuścił debiutanta i obraz drużyny całkowicie…

Marzenia.
To moje pierwsze sportowe marzenie.
Zawsze jest takie samo. Może akurat szczegóły zmieniają się, na przykład sposób strzelania bramek, ale większość jest stała. Potem oczywiście mistrzostwa Europy, na które jadę jako zawodnik podstawowy, eliminacje do mistrzostw świata i samo mistrzostwo dla polskiej drużyny.

Karolina, żebyś ty mnie widziała w moich marzeniach…
Mogłabyś powiedzieć, że jestem chory albo wariat.
Na pewno nie, dziewczyny lubią mieć popularnych chłopaków.
Takie ciamajdy co tylko marzą też?
No przecież ja nie jestem żadną ciamajdą, jestem marzycielem, nocnym Markiem, który bezsenność zabija marzeniami.
Ciamajda.
Spać, spać…
Przewracam się setny raz na drugi bok.

Tata lub mama chyba też nie może spać.
W odbiciu szafki widzę jakieś światełko.
Chyba zasypiam. Robi mi się jakoś błogo, coraz cieplej i przytulniej…

– Aa!- Krzyknąłem ze strachu na całą cichą noc.
Przez chwilę wydało mi się, że z nosa cieknie krew, jakoś nienaturalnie, szybko…
Jest jej coraz więcej i więcej…

rozdział 10 – zawody

Takiego hałasu nie słyszałem w życiu.
Jesteśmy na sali gimnastycznej w jedynce. Narodu cały ogrom, a i tak wydaje się jakby nie wszyscy jeszcze dotarli. Nie widzę paru klas z mojej dawnej szkoły. No i nie mam pojęcia w czym mamy wziąć udział. To znaczy na pewno mają to być zawody sportowe, ale przecież niczego nie trenowaliśmy, wiadomo tylko, że będą to eliminacje do regionu.
– Proszę pana- Arek zaczepia naszego wuefistę- w co będziemy grać?!
Pan Czekański jest podenerwowany.
– W nic- rozgląda się przez cały czas po sali.
– Jak to w nic?- Chłopaki nie dają za wygrane.
– To będzie kilka konkurencji sprawnościowych, normalne zawody.
Taka odpowiedź nie satysfakcjonuje nikogo, ale z miny Czekańskiego widać, że i dla niego rodzaj konkurencji jest również tajemnicą, więc nie ma potrzeby przyciskać go. I tak niczego nie powie.
Na salę weszło trzech panów w dresach. W rękach trzymają jakieś kartki i długopisy. Każdy ma na szyi stoper zawieszony na kolorowej taśmie i gwizdki, oczywiście. Rozmawiają żywo ze sobą. Ciekawe o czym.
Jesteśmy przebrani w stroje sportowe i przygotowani na najgorsze. Widzę wokół siebie pełno drużyn klasowych. Widzę także Kazia, mojego przyjaciela z podwórka i innych kolegów. Cała paczka w komplecie, ale w innych drużynach klasowych.
Mamy wziąć udział w eliminacjach klas siódmych, wiekowo nam równych, ale gdy wchodziliśmy na salę wszystkie drużyny zamilkły. Najpierw zamilkły, potem żywo dyskutowali, aby w chwilę później wybuchnąć śmiechem i szyderczymi komentarzami w rodzaju „omnibusy-globusy” albo „mutanty”. Tak lub jeszcze gorzej nas określają. Nasza szkoła nie cieszy się powszechnym uznaniem wśród rówieśników. Studenci mówią na nas jeszcze inaczej, na przykład „potworki” lub „embriony”, a na mieście można słyszeć jeszcze gorsze epitety. Nasi profesorowie pocieszają nas mówiąc, że to wynik zawiści lub zazdrości i z dumą, możliwe że szczerą, określają naszą szkołę jako szkołę geniuszy lub szkołę XXI wieku.
Właściwie wszyscy jesteśmy stypendystami. Program naszej edukacji jest uniwersytecki, a zajęcia mamy z prawdziwymi profesorami. Ale czy to teraz ma jakiekolwiek znaczenie. Zaraz dołożą nam wszystkie siódme klasy biorące udział w zawodach. To będzie kompromitacja.

– Ustawiamy się na apel!- Zapowiedział jeden z trójki sędziów.
Wszystkie drużyny gromadzą się wokół niego na środku boiska koszykówki.
– Witam wszystkich uczestników zawodów, reprezentacje klas siódmych i ósmych wszystkich szkół, nauczycieli i rodziców. –Rozlegają się brawa, a ja zerkam, czy tata już jest, ma tu być z pielęgniarką i pogotowiem ratunkowym.- Zawody odbędą się w następującej kolejności: najpierw odbędą się konkurencje dla klas siódmych, a później dla klas ósmych. Wszystkie drużyny klas ósmych mogą pozostać na sali lub wyjść, powiedzmy na dziewięćdziesiąt minut. Klasy siódme ustawią się za chwilę drużynami prostopadle do okien.
Następnie głos zabrał drugi pan.
– Proszę państwa, to wielki zaszczyt dla naszej szkoły być gospodarzami tych zawodów. Tym bardziej cieszymy się, że nagrodą dla zwycięzców będzie udział w regionalnych zawodach młodzieży szkół podstawowych, a więc wyróżnienie wielkie i jest o co powalczyć. Życzę wszystkim uczestnikom owocnej rywalizacji.

Karolina nie załapała się do drużyny, ale miała przyjść kibicować. Nie widzę jej jednak nigdzie.
Drużyn siódmoklasistów jest sześć. Wylosowaliśmy drugą turę i teraz stoimy patrząc i kibicując pierwszej trójce klas. Jest wśród nich klasa Kazia i jemu będę kibicował.

Rozpoczęło się.
Ogólny rwetes przerodził się nagle w jedną wielką ciszę. Drużyny stanęły w szeregach gotowe do startu, a zawodnicy w ciszy już całkiem na serio koncentrują się na grze. Nikt jeszcze nie wie, jaka to będzie konkurencja. Jak się okazuje, wszystkie konkurencje są objęte ścisłą tajemnicą i mają być dla uczestników zaskoczeniem. Nikt wcześniej nie wiedział, co to właściwie będzie za współzawodnictwo i teraz w powietrzu wisi napięcie. Wszyscy zastanawiają się, czy dadzą radę, czy nie zawiodą samych siebie, kolegów i koleżanki z klasy.

– Pierwsza konkurencja będzie polegała na tym, że każdy ostatni zawodnik w rzędzie biegnie do szarfy z piłką kozłując ją i po dotknięciu nogą szarfy wraca! Po powrocie każdy zawodnik siada przodem do swojego rzędu i podaje piłkę pierwszemu, ten podaje kolejnemu i ostatni z drużyny znów powtarza ćwiczenie. Wygrywa drużyna, która w całości pierwsza usiądzie tyłem do boiska. Ostatni zawodnik drużyny siadając podnosi rękę na znak, że drużyna skończyła zadanie! Pokażemy wam teraz.
Dwaj panowie w dresach asystujący głównemu arbitrowi demonstrują ćwiczenie.
– Kaszka z mlekiem!- Słyszę głosy z mojej drużyny.

– Uwaga!- Sędzia uspokaja wszystkie rozgadane drużyny po demonstracji konkurencji.- Wygrywa drużyna, która uzyska najlepszy czas! I chciałbym wszystkim to uświadomić, cała drużyna pracuje na zdobycie najlepszego czasu. W ogólnym podsumowaniu wszystkich drużyn suma czasu wykonanych konkurencji będzie decydująca! Oznacza to, moi kochani, że nawet druga lub trzecia drużyna tej tury może uplasować się wyżej w klasyfikacji niż drużyna na przykład pierwsza z tury drugiej. Jest zatem o co walczyć.

Gwizdek.
Ruszyli. Boże, jak pędzą. Na złamanie karku. Wszystkich widzów zamurowało, ale po chwili kibice zmagających się drużyn zaczynają dopingować swoich. Ni z tego ni z owego atmosfera udziela się i nam.
– Gazu, gazu, prędzej, prędzej!!!- Krzyczymy nie wiadomo do kogo, wszyscy krzyczą. To jest burza, sala gimnastyczna na co dzień nie zna chyba takiego hałasu.
Oglądam się na ściany i szyby za plecami startujących drużyn. Jesteśmy tutaj może pół godziny, a na ścianach i szybach widać parę, dolne szyby całe zamglone od gorących oddechów zawodników i widzów. Niesamowite.
Jakoś nie mogę się przekonać do krzyków i dopingu.
Drużyna Kazia prowadzi minimalnie, może o dwa kroki. Teraz będzie zmiana mojego przyjaciela. Tak, to on teraz dostaje piłkę i pojawia się kozłując na parkiecie.
– Dalej, Kazik, Kazik!!!- Nie mogę się opanować.- Gazu, zdążysz, pierwszy, pierwszy!!!
– Aa…

– Chłopaki, nie kibicujcie tak żywo, zostawcie trochę siły na parkiet!- Przekrzykuje hałas i uspokaja nas pan.
Próbujemy ochłonąć. Uspokajamy się. Argument i powaga naszego nauczyciela działają przekonywująco.

Nagle jedna z biegnących dziewczyn pada przy szarfie. Co za pech dal drużyny Kazia.
– Dawaj, dawaj- dopingują ją wszyscy z drużyny- szybciej, ruszaj się, dawaj!
Dziewczyna już poderwała się, chwyciła zgubioną piłkę i pędzi do szeregu. Ledwie usiadła, a już z piłką pojawił się jej kolega, ostatni z drużyny, najwyższy, najsilniejszy. Potężnymi susami, prawie błyskawicznie dogania pozostałych zawodników. Błyskawicznie robi obrót w tył i niemalże trzema krokami swoich długich nóg dopada do swojego rzędu unosząc rękę do góry.
– Jest, wygrali!- Znowu ja, nie mogłem się opanować. Drużyna Kazia wygrała o ułamki sekund z pozostałymi.
– Chłopaki, kto u nas na ostatniej zmianie?- W ferworze pada nieśmiałe pytanie Gośki.
Wszyscy rozglądamy się po sobie, chwila zastanowienia i niepewności, spojrzenia padają na Cześka, jest najwyższy, prawie półtorej głowy od Zbyszka, który jest najszybszy. Nie wiadomo kto, któryś z nich na pewno musi być na ostatniej zmianie.

Jurorzy podchodzą do stolika, zapisują wyniki. Chwilka czasu aby ochłonąć. Na sali ucisza się, na środku staje sędzia główny. Zaraz przedstawi następną konkurencję. Coś się jednak dzieje w drużynie Kazia, na parkiecie leży dziewczyna i trzyma się za kolano. To ta sama, która upadła.
– Lekarz, lekarz! – Wołają zawodnicy.
Rozglądam się za moim tatą. Już idzie ze swoją torbą w tamtym kierunku. Jak to dobrze, że jest tutaj. Kiedy mówiłem o zawodach, powiedział, że chciałby być ze mną i pewnie przyjedzie z pogotowiem.

– Druga konkurencja da wytchnienie waszym rękom, będą to skoki na żabkę do szarfy! Trzeba obiec szarfę dookoła i potem dobiec do drużyny. Drużyna kończy zadanie, gdy ostatni zawodnik wykona ćwiczenie! Proszę przygotować się do zadania.
– Uwaga- drugi sędzia podniósł ramię do góry- start!
– Zamęczą nas tymi żabkami- pada gdzieś zza pleców.
Tata pomógł koleżance Kazia i nie było to chyba nic poważnego, bo nie zrezygnowała ze startu. Jest na trzeciej zmianie.
Już wszystko wróciło do normy, to znaczy salę ogarnęła euforia dopingu. Ciekawe, czy nas też będą tak dopingować. Coraz więcej ludzi na sali, poza parkietem atmosfera zagęszcza się. Ósme klasy wyszły przedtem, ale teraz powoli schodzą się. Czy będą mieli te same konkurencje?

Drużyny zmagają się ze sobą. Wyłączam się, nie mogę tak bez końca gapić się na to. Muszę się uspokoić i odprężyć. To wielka odpowiedzialność, czy dam radę. Nie wiem.
Nie mogę być mięczakiem. Idę się gdzieś przejść.

– Robert- mama mnie woła, jest też tutaj z innymi rodzicami- jak się czujesz?
– Dobrze- podchodzę i siadam obok niej.
Wczoraj tata z mamą dyskutowali dość długo czy pozwolić mi na te zawody, czy też nie. W końcu zgodzili się, mimo że ponoć moje zdrowie nie jest w najlepszej kondycji.
– Ale przecież czuję się dobrze?- Nie rozumiałem o co chodzi.
– Kochanie, umówmy się, że dopóki nie zrobimy ostatnich badań, będziemy traktować cię jak chorego- stanowczy ton nie podlegał dyskusji.
– Nie jestem małym dzieckiem i potrafię o siebie zadbać- miałem wyraz twarzy człowieka, który powtarza setny raz tę samą oficjalną wiadomość. Czułem się głupio.
– Robert, właśnie o to chodzi- wtrącił tato z uśmiechem.- Dopóki sytuacja się nie wyjaśni, będziemy bardzo się martwić o ciebie i traktować jak małe dziecko.
Wiedziałem, że nie wygram. Mają rację, dobrze o tym wiem.
– Z dmuchaniem i chuchaniem?- Roześmiałem się również.
– Właśnie tak, ale jutro możesz wziąć udział w zawodach- dodała mama.
Wiedzieli, że jest to dla mnie ważna sprawa, jedyna w swoim rodzaju. Tata od czasu do czasu ganił mnie za nadmierne zaangażowanie się w naukę i opuszczenie obowiązków wobec ciała. Twierdził, że nie można przesiadywać całego życia nad książkami. Brzmiało to nieco dziwnie, bo sam ciągle coś czyta i dokształca się. No ale faktycznie poza lekcjami sportowymi w szkole i letnimi rozgrywkami na podwórku, nie mam zbyt dużego ruchu, a moje mięśnie aż skwierczą z radości, gdy od czasu do czasu biegam czy ćwiczę. Wyczuwam w nich ogromną energię, ale przy nienasyconym instynkcie poznawczym umysłu nie mają szans.
– Czy to oznacza również, że będziecie jutro na zawodach ze mną?
Spojrzeli po sobie.
– Oczywiście.
– Jesteście kochani i wspaniali- musiałem im to powiedzieć przed pójściem do siebie.

Nie chciałem pytać wczoraj, ile więcej wiedzą o mojej chorobie niż ja sam. Nie zrobiłem im tej przykrości. Wolałem nie pytać, bo gdy tylko wspominam o chorobie, zaraz mama płacze i serce mi pęka. Tata jako lekarz dobrze wie, co mi jest lub na ile podejrzenia jego kolegów w szpitalu są realne. Kiedy na niego patrzę, czasem widzę jak bardzo coś przeżywa. Oboje z mamą stali się dla mnie czulsi i traktują mnie często jak małą dziewczynkę, jak Justynę gdy była malutka.

Z zamyślenia wyrywa mnie głos kolegów. Pierwsza tura klas siódmych zakończyła zmagania, teraz my.
Idę, nie wiem za bardzo co się dzieje dokoła mnie, widzę tylko drużynę mojej klasy, jasne włosy Gośki i uśmiech Cześka. Nic poza tym do mnie nie dociera. Czuję przez skórę, że atmosfera na sali opada.
– Powodzenia, nie daj się zjeść!- To Kazik, rozpoznaję jego głos.

Jakie będzie ustawienie, Boże, daj mi siły, abym zrobił wszystko jak najlepiej.
Nikt do mnie nie mówi, w ogóle cała drużyna milczy. Wszyscy poddaliśmy się Zbyszkowi, on wie co robi. Bez słowa ustawia drużynę, za sobą zostawia Cześka, ciągnie mnie za ramię przed siebie, jesteśmy trójką zamykającą drużynę. Ustawiamy się bokiem do startu tak, żeby widzieć start i koniec, żeby podawać piłkę ostatniemu, który będzie biegł.
Gwizdek.
Nic nie widzę i niczego nie słyszę, ale zmysły mam wyostrzone jak nigdy dotąd. Czuję, że kolejka coraz to zmniejsza się, a na sali podnosi się ogólny rwetes. Jeszcze jedna osoba przede mną.
Czekam.
Przez zaparowane okno przebił się nagle słaby promyk słońca a po kolanach przebiegł mi chłodny wietrzyk. Bezwiednie sięgam do szyi i całuję poświęcony krzyżyk, Bóg jest ze mną.

Mam piłkę. Gnam do przodu.
Dzieje się coś dziwnego, poza mną zostawiam drużynę i nikogo więcej nie ma tutaj, gdzie ja jestem. Dotykam szarfy i wracam jak najszybciej potrafię.
Przekroczyłem linię, wpadam na kolegę. Już po wszystkim. Jestem. Rozglądam się na boki i jest już przy mnie Zbyszek. Następny moment wstrząsa całą niemal drużyną, bo wpada na nas Czesiu.
Wygraliśmy tę konkurencję.
– Nie jest źle, jak na mutantów- uśmiecha się Gośka, ale nikt nie kontynuuje rozmowy, wszyscy spięci i poważni czekają na kolejny gwizdek. Chciałbym, żeby był już piąty.

Trans, jedyne co mi przychodzi w tej chwili do głowy, trans. Jesteśmy zahipnotyzowani i nic nie jest w stanie nas obudzić.

Potknąłem się przy żabce, bo za szybko chciałem dotrzeć na miejsce, ale dla Cześka ten dystans to dosłownie cztery potężne susy. Nadrobił potknięcia wszystkich przed sobą. Widziałem.

Czwarta konkurencja, której nie znam, nie widziałem jak wykonuje je poprzednia tura, zresztą trzeciej też nie widziałem. Toczyliśmy po parkiecie dwie piłki lekarskie, przegraliśmy, większość z nas miała problemy z koordynacją ruchu obu ramion. Dlatego teraz jeszcze większe napięcie. Tę konkurencję chcemy wygrać.
Czuję, jak uchodzą z nas siły. Nie widać tego jeszcze, bo czekamy na kolejny gwizdek, ale porażka w poprzednim biegu odebrała nam siły. Tego nie można zobaczyć, a jednak coś w nas się załamuje.

– Co jest z wami do diaska, musicie to wygrać!- Nie wiem, jak pan Czekański to zrobił, ale nagle stanął przed nami i zrobiwszy groźną minę powiedział swoje.
Jak na komendę wszyscy spojrzeli na niego. Stał jak słup soli. Pomiędzy nami narastało napięcie, które mogło w każdej chwili eksplodować jakimś niecenzuralnym pojedynczym wulgaryzmem. I wtedy stało się…
– Jesteście najlepsi- uśmiechnął się, a w jego oczach rozbłysła prawda.
Myślałem, że eksplodujemy radością i rzucimy się na niego, jak dzieci na ojca, który przyniósł do domu choinkę. Wszyscy zdaliśmy sobie sprawę w tym momencie, że to przecież tylko zawody, a nie jakieś światowe odkrycie naukowe oddzielone od nas grubą warstwą niedokończonych badań.
Obudził nas.
Tak. Podziałało to na nas otrzeźwiająco. Już nie chcemy całemu światu udowadniać, że jesteśmy dobrzy, teraz po prostu, najzwyczajniej w świecie, kierowani zwykłymi ambicjami człowieka biorącego udział w zawodach chcemy wygrać.

Ostatni gwizdek usłyszałem razem ze startem pierwszego z naszej grupy. Był nim tym razem Zbyszek. Przed startem szeptał coś do Cześka i Gośki, która miała startować jako pierwsza. W ostatniej chwili dokonali tej ryzykownej zmiany. Widocznie przewidział, że w pozostałych dwóch drużynach pierwsze zmiany są bardzo słabe i może na tym zyskać nasza drużyna.
Pędził jak wicher. Szarfy zostały przesunięte prawie o jedną długość dotychczasowego dystansu. Należy przebiec całość, z tym że do połowy dystansu trzeba trzymać prawą ręką prawą kostkę u nogi. W porównaniu z poprzednią konkurencją polegającą na biegu po wąskiej ławce i powrotem tyłem do kierunku biegu, ta konkurencja wydawała się pestką.

– Pies, pies!- Krzyknął mi do ucha Zbyszek, kiedy wystartowałem.

Wpadając na całą skandującą już drużynę podniosłem ramię na znak, że drużyna skończyła. Pierwsze miejsce w czterech na pięć konkurencji oznacza zwycięstwo drugiej tury.
Sapię i dyszę bardziej z wrażenia niż ze zmęczenia. Wszyscy klepią mnie po plecach, a przecież to razem doprowadziliśmy do sukcesu.
– Zbyszek, skąd wiedziałeś- pytam- że taka kolejność w tej ostatniej konkurencji będzie najlepsza.
– Psychologia- uśmiecha się do mnie i tłumaczy gdy całą drużyną schodzimy z boiska- Po pierwsze taka zmiana uśpiła w nich czujność. Trzeci od końca zakładali, że nadrobią straty, w ostateczności przedostatni, jedni z najlepszych musieli to nadrobić. Gdy jednak jako czwarty pobiegł Czesiek i nie udało im się nadrobić dystansu, pozmieniali kolejność i najlepszego sprintera z końca przesunęli na Gośkę. Spanikowali, Gośka jest dobrym sprinterem i nie dała odebrać sobie większości utraconego przez siebie dystansu.
Stoimy i odpoczywamy.
– A po drugie- cierpliwie słuchałem wywodów psychologicznych Zbyszka.
– Po drugie? A, no tak, po drugie na koniec wystawiliśmy najlepszego sprintera, pewniaka.
Zatkało mnie.
– Niby mnie?
– A jak myślałeś.
– Że ty jesteś najlepszy.
– Ja jestem najlepszy na długie dystanse, ty jesteś szybki jak wiatr albo jeszcze szybszy- uśmiechnął się- pod warunkiem oczywiście, że goni cię pies.
Spojrzałem na niego i momentalnie wybuchamy śmiechem.
– To dlatego krzyknąłeś mi do ucha „Pies”?!
Zbyszek wytarł dłonią pot z czoła.
– Widziałem cię kiedyś, jak uciekałeś przed psem…

– Ogłaszam wszystkim wyniki dzisiejszych zawodów. Najlepszy czas łączny we wszystkich konkurencjach zdobyli uczniowie klasy siódmej sportowej nr 8!
Posypały się rzęsiste brawa.
– Normalka- Czesiek zawyrokował- siedem lat gonią ich po boiskach i bieżniach…
– Proszę państwa, drużyna ta zakwalifikowała się do turnieju regionalnego, który odbędzie się za miesiąc i będzie relacjonowany w telewizji regionalnej. Od organizatorów wiem, że za udział w tej imprezie uczestniczące szkoły otrzymają kolorowe telewizory a drużyny pięciodniową wycieczkę do Zakopanego.
Znowu brawa.

– Gratulujemy wszystkim uczestnikom.
Rozglądam się dokoła, widzę Karolinę i rodziców. Jest i Justyna razem z drużyną. Na sali zaroiło się od nowych twarzy. Klasy ósme też chcą posłuchać werdyktu.
– Drugie miejsce zajęła drużyna- oddech zaparło mi w piersi- szkoły o poszerzonym programie nauczania numer 10!
To my.

Skaczemy z radości, podajemy sobie ręce, ściskamy się i padamy w objęcia.
– Nagrodą za drugie miejsce jest pięciodniowa wycieczka do Krakowa dla całej klasy, której sponsorem jest kuratorium oświaty!

Mama i tato podeszli do nas, gratulowali nam wszystkim.
Karolina też tu jest.
– Gratuluję, byłeś wspaniały- poczułem jej oddech i miękkie usta na policzku.

rozdział 9 – azyl

Tato pakuje kilka rzeczy do torby i wsiadamy do samochodu. Mieliśmy się wybrać razem do stadniny popatrzeć na konie, ale dzwoniła babcia. Źle się czuje i prosiła tatę, aby przyjechał. Nie mogę nie skorzystać z okazji zobaczenia dziadków, dawno ich nie widziałem. Razem spędzaliśmy święta Bożego Narodzenia, niedługo ferie i pojedziemy tam z Justyną.
Jak ten czas szybko mija. Babcia mówi, że im człowiek starszy, tym szybciej. Ma rację. Szczególnie teraz to widzę. Szkoła, obowiązki, Karolina, nawet nie wiem, kiedy mija tydzień za tygodniem. Im więcej zajęć, tym mniej czasu na zatrzymanie i zastanowienie się. Nie ma go nawet, aby nacieszyć się wszystkim.
Przy sobie mam notes z zapisanym programem dzisiejszego dnia. Ledwo wsiadłem do samochodu, a już sprawdzam, czy aby czegoś ważnego nie zapomniałem.
Wyjeżdżamy.

Tato jest świetnym kierowcą. Mimo że warunki jazdy nie są najlepsze, daje sobie świetnie radę. Wyprzedza, wymija, nie denerwuje się. Nawet ciocia Jagoda nie boi się z nim jeździć, czego nie można powiedzieć o wujku. To jest prawdziwy rajdowiec, lubi szybką lub bardzo szybką jazdę. Pewnego razu jechaliśmy na grzyby i wujek tak się rozpędził, że przegapił wjazd do lasu.
– Skoro tak dobrze nam się jedzie, to jedźmy dalej- skwitował.
Zajechaliśmy do innej miejscowości. Wujek zatrzymał samochód.
-Robert, wyskocz i zapytaj tubylców o jakiś las.
Uśmialiśmy się wszyscy, a potem cała rodzina dowiedziała się o tym wydarzeniu i też było wiele zabawnych komentarzy. W każdym razie nie spotkaliśmy o szóstej rano żadnych tubylców.
Babcia powiedziała, że z wujkiem można spodziewać się dobrej zabawy, szczególnie gdy udaje przybysza z kosmosu.
Ale grzybów nazbieraliśmy wtedy jak się patrzy. Szedłem za wujkiem, pokazywał mi najlepsze miejsca w zupełnie nieznanym lesie, a po kilku godzinach okazało się, że nazbierał cały kosz i reklamówkę. Ja znalazłem wtedy rekordową ilość, pamiętam dokładnie osiemdziesiąt dwa grzyby, które później z dumą nawlekałem z Justyną na nitki do suszenia.
Na Boże Narodzenie muszą być grzyby i to osobiście nazbierane, nie kupione.

Las.
To pojęcie kojarzy mi się z samymi przyjemnymi obrazami. Pierwszy raz byłem w lesie z dziećmi i panią przedszkolanką. Pani Joanna. Pamiętam ją jeszcze bardzo dobrze. W pierwszych klasach podstawówki wysyłałem jej kartki na święta.
Był piękny jesienny poranek, kiedy mam odprowadziła mnie do przedszkola. Na dworze pachniało dymem z działek i porządkami. Kiedy po godzinie pani nakazała ubierać się, wszyscy wiedzieli, że nadszedł upragniony moment wyjścia do lasu. Co za ironia, przed przedszkole zajechał autobus, który miał nas zawieźć do lasu. Wycieczka autobusem zawsze wprawia przedszkolaków i uczniów wszystkich szkół w stan tajemniczego podniecenia. Wszyscy już wyobrażają sobie, że będą uczestniczyć w niecodziennym wydarzeniu.
Święto?
Coś w tym jest.
Autobus kojarzył mi się ze świętem i przygodą.

Jechaliśmy bardzo krótko. Kiedy wypadliśmy z autobusu, banda rozwrzeszczanych dzieciaków z zaspanymi oczyma, przytłoczyła nas cisza. Nie ma takiej ciszy w mieście. Czasami, wieczorem, gdy miasto kładzie się do snu, panuje cisza, ale jest to odmiana prawdziwej ciszy. Cisza w mieście oznacza oczekiwanie następnego dnia, przerwę w hałasie. W lesie jest inaczej.
Z zadartymi nosami i rumianymi pełnymi policzkami staliśmy tam patrząc na wysokie konary drzew. Jeszcze nigdy dotąd większość nie zetknęła się oko w oko z naturą. A widok był cudowny.
Światło słoneczne przebijało się przez gęste konary drzew różnymi kolorami. Było raz żółte, to znów brązowe i czerwieniło się czerwienią liści mających niedługo zaścielić ziemię. Pod nogami rozciągała się przestrzeń wypełniona już opadłymi liśćmi, ale gdzieniegdzie widać było zielony mech. W odległości kilkunastu metrów zaczynał się teren porośnięty pożółkłą wysoką paprocią, a przed kołami autobusu rosły krzaczki jagód, które jeszcze niedawno zapełniały las owocami.
Pani ostrzegła, aby nikt nie oddalał się od niej. Ustawiła nas w szeregu i policzyła. Następnie pozwoliła się bawić, ale wszyscy stali jak zaczarowani. Las był dla nas wielką tajemnicą, którą każdy chciał zgłębić i pojąć. Atmosfera jakiegoś święta poznawania natury coraz bardziej rozkwitała w nas samych, napawała nas energią i chęcią działania, a jednak większość stała i patrzyła na drzewa, liście, krzaki jagód i paproci.
Wyglądaliśmy wtedy jak młode wilki po raz pierwszy wypuszczone z gniazda, obwąchujące każdy skrawek nieznanego świata.
Powoli zaczęliśmy krążyć wokół drzew.
Pani pozwoliła iść nieco dalej i w pewnym momencie zaczęło się. Wszystkie więzy puściły, my, chłopcy rzuciliśmy się na podbój nieznanego świata. Od czasu do czasu tylko trzeszczące gałęzie pod nogami i na konarach drzew ostrzegały jakby, że póki co jesteśmy tu gośćmi i nie znamy wszystkich tajemnic lasu. Bawiliśmy się w Indian i staraliśmy się delikatnie stąpać po ściółce leśnej.
To były chyba pierwsze chwile, kiedy zaczynaliśmy rozumieć różnice pomiędzy nami i dziewczynami. One były płochliwe i kluczyły nie opodal pani Joanny, my czasem biegaliśmy jak szaleni, a ten kto oddalił się na największą odległość od pani, stawał się bohaterem.

Od momentu pójścia do szkoły sytuacja zmieniła się, bynajmniej dla nas chłopaków. Zaczęły się obawy przed starszymi, na każdej przerwie trzeba było uważać, aby nie narazić się jakiemuś wyrostkowi i co dziwne, dziewczyny oddalały się od klasy i opiekunów częściej. My musieliśmy się mieć na baczności.

– Zaraz będziemy na miejscu- tata uśmiecha się do nas, Justyna ma zamknięte oczy.
Zawsze tata mówi to zdanie w momencie, gdy zbliżamy się do granic kilkutysięcznego miasteczka, w którym niegdyś mieszkał. Ma ono pewną charakterystyczną cechę, która powoduje, iż nie jest potrzebna zapowiedź podobna do przed chwilą wypowiedzianej. Otóż miasto to słynie z jednej z nielicznych w kraju fabryk drożdży. Z daleka widać sterczący ponad dachami komin. Wjeżdżając od zachodniej strony czuć te drożdże w powietrzu.
Śmierdzi.
Czasami bardzo śmierdzi, a w lecie przed burzą koszmarnie.
Tata kiedyś tłumaczył, że mieszkańcy nie czują tak tego zapachu, ponadto akurat niedaleko fabryki rozciągają się stawy oczyszczalni ścieków wydające swój odór.
Nie wypowiadałem się nigdy na ten temat, bo nie chciałem drażnić taty, ale wydaje mi się, iż zapachy te mogą mieć wpływ na poziom zdrowotności mieszkańców miasta tym bardziej, że miasto rodzinne taty leży w dolinie. Może będę miał czas kiedyś zająć się tą sprawą.

Znam tu prawie wszystkie ulice i mam swoich kolegów i koleżanki. Przyjeżdżamy do babci na wakacje i święta, a często babcia z dziadkiem odwiedzają nas.
Tata zatrzymuje samochód przed bramą domku babci.
Pierwsza jak zwykle wita nas Aza, owczarek niemiecki o pięknej sierści. Skacze na mnie i o mały włos nie przewróci z radości. Znamy ją od szczeniaka. To był prezent od nas dla babci i dziadka. Tata bardzo martwił się o bezpieczeństwo swoich rodziców.
W progu czeka na nas dziadek. Uśmiechamy się do siebie. Uwielbiam tu przyjeżdżać.
– Jak podróż?- Pytanie do taty i mamy.
– Nie było dużego ruchu, gdzie mama?
Tata ledwo co zdjął buty i już pędzi na górę do sypialni babci. Ma ze sobą lekarstwa. Dolegliwości babci opisał mu dziadek telefonicznie. Z tego co wiem, wysoka gorączka ni stąd ni zowąd, ostre zaczerwienienie prawej nogi i bolesna opuchlizna.
Od kilku lat dziadek i babcia cierpią na nadciśnienie. Dziadek miał zawał z tego powodu. Do tej pory nie udało się ustalić przyczyn tak wysokiego ciśnienia. Tata wysyłał dziadka na różne badania począwszy od układu trawiennego, skończywszy na oddechowym, ale nawet w specjalistycznym szpitalu lekarze nie potrafili odpowiedzieć na pytanie, dlaczego ciśnienie tak monstrualnie rośnie. Dziadek na to wszystko przymyka oczy. Jest dzielny i pociesza babcię mówiąc, że jeżeli dostanie wylewu, to wreszcie będzie mogła oglądać do woli telewizję.
Telewizja. Dziadek jest przeciwnikiem telemanii, babcia natomiast twierdzi, iż wszystko co jej pozostało w życiu, to trochę przyjemności z oglądania telewizji. Dopiero dwa lata temu babcia odeszła na emeryturę, była polonistką w liceum.
Dziadek już pięć lat siedzi w domu i wcale mu to nie odpowiada.
– Była praca, było zajęcie, nie było chorób. A teraz gdy człowiek chce sobie odpocząć i spokojnie poleniuchować, nagle wszelkie choroby zlatują się jak osy- skwitował kiedyś.
Miał bardzo odpowiedzialną pracę, był dyrektorem zakładu opieki zdrowotnej, wcześniej dyrektorem spółdzielni mieszkaniowej. Kiedy przyjeżdżaliśmy na wakacje, niewiele się z nim widzieliśmy. Był wciąż w pracy, aż kiedyś babcia zrobiła mu wymówkę. Wziął potem dwa tygodnie urlopu i razem wyjechaliśmy nad jezioro do ośrodka wczasowego. Wspaniały wyjazd. Okazało się wtedy między innymi, że dziadek jest miłośnikiem moczenia kija, to znaczy wędkowania, którego to zamiłowania wcześniej nie dostrzegał. Ale przede wszystkim dziadek był wspaniałym słuchaczem i towarzyszem zabaw. Natomiast babcia jest skarbnicą wszelkiej mądrości i najlepszym gawędziarzem, zna setki bajek.

Czuć w domu zapach gotowanego obiadu. Dziadek rozpoczął, a teraz mam przejęła kontrolę nad kuchnią i gotuje. Wchodzimy z Justyną do kuchni, królestwa babci, ale nikt się nie odzywa.
Czekamy na tatę, na diagnozę.

Wreszcie słychać go na schodach, odruchowo przechodzimy wszyscy do salonu, gdzie siedzi dziadek.
– Muszę wyskoczyć do apteki, mama czuje się lepiej, ale martwi mnie zbyt wolno obniżająca się gorączka. Najprawdopodobniej to zapalenie żył.
– Skąd to się wzięło?- Mam ma zakasane rękawy i fartuszek.
– Trudno powiedzieć- tata już przy wyjściu.
– Możemy iść na górę, tato?- Prawie woła do niego Justyna.
Nie zatrzymał się, nie odpowiedział, tylko nastawił zamkniętą pięść z kciukiem postawionym do góry. Więc pędzimy przywitać się z babcią.

– Dzień dobry- rzucamy się sobie w objęcia.
– Jak wy wyrośliście, moje maleństwa, jak wypięknialiście.
– Babciu, ty znowu swoje, już nie jesteśmy dziećmi- protestuje Justyna.
Ja nie, ja się cieszę, że babcia tak mówi, wcale mnie to nie drażni.
– Czyżbyś wyszła już za mąż?
– Skądże- Justyna w śmiech.
– Dla mnie zawsze będziecie malutkimi wnukami.
– Jakie dzieci, Robert ma już dziewczynę- to ci papla.
Babcia zerknęła na mnie spod oka.
– No, jak ma na imię ta wybranka?
Czuję jak cały czerwienieję, od stóp do głów, ale jakoś nie wstydzę się babci w takim stopniu jak rodziców.
– Karolina.
Babcia milczy.
– Znam piosenkę o Karolinie.
– Ja też!- Wpada jej w słowo moja piękna siostrzyczka.
I już śpiewają: „Poszła Karolina do Gogolina”…
Ale mają ubaw. Zaraz będą mnie nazywać Karliczkiem. Babcia jednak przytula mi głowę, lubię jak to robi.
– No już nie gniewaj się. A ładna.
– Piękna- wtrąca rozbawiona Justyna a ja tylko kiwam głową.
– No to gratuluję, daj niech cię pocałuję w czoło.

Siedzę w fotelu. Cała rodzina po obiedzie przy herbacie i cieście, które mama wczoraj upiekła.
Boże jak tu cicho, jak spokojnie.
Babcia ma mnie za dziecko, dla dziadka też jestem dzieckiem.

Chciałbym być dzieckiem.
Tam, za oknem inny świat, wszystko tak pędzi do przodu, tyle zajęć i problemów. A tutaj u babci taki spokój.
– Co jest Robert, źle się czujesz?- Tata schylił się nade mną.
– Dobrze, dlaczego?
– Bardzo zbladłeś.
– E, to nic, to ta cisza tak mnie nastraja.
Tęsknię za Karoliną.

rozdział 8 – geniusz

Mam teraz dwa plany zajęć. Pierwszy mój, drugi Karoliny. Staram się jakoś połączyć oba i znaleźć momenty wspólne, kiedy możemy być razem. Nie jest to proste. Oboje mamy pełno zajęć. Od poniedziałku do piątku możemy spotykać się w biegu i na niektórych wspólnymi lekcjach. Karolina ma dodatkowe zajęcia pozalekcyjne. Zapisała się na kółko teatralne na uniwersytecie i na malarstwo. Zajęcia te prowadzą studenci piątego roku. Powiedziała mi dzisiaj, że mógłbym zagrać z nimi we fragmencie sztuki Wyspiańskiego. Niestety nie mam czasu.
W poniedziałek siedzę w szkole, a po południu w laboratorium. Nie zamieniłbym ćwiczeń z chemii na teatr, mimo że kocham spektakle teatralne. Razem z mamą staram się bywać na wszystkich premierach. Wtorek i środa to prace badawcze mojego profesora, w których mu asystuję, a raczej podglądam asystentów i pomagam. Profesor tytułuje mnie per asystencie, to zobowiązuje. Służę im też za sprawozdawcę i zapisuję wszystko w komputerze, podczas gdy oni ciężko pracują. Dwa tygodnie temu wydział fizyki otrzymał zlecenie przeprowadzenie testów w tunelu aerodynamicznym i komorze próżniowej. Ma na tym zarobić grube miliony od firmy niemieckiej. Pieniądze te z kolei profesor chce przeznaczyć na zakup drogich próbek badawczych.
Czwartek to dzień biblioteki i moja praca badawcza. Polega ona na razie na prowadzeniu poszukiwań różnych informacji potrzebnych na kolejne zajęcia i próby pracowni. Razem z Adrianem, studentem czwartego roku przekopujemy się przez miliony bitów w poszukiwaniu interesujących informacji, artykułów prasowych i wiadomości różnych instytutów, które publikują swoje dokonania w internecie. Robimy z nich notatki dla wydziału i drukujemy zamówione przez naukowców wiadomości. Czasem wrzucamy do poczty autoryzowane artykuły naszych naukowców. Wysyłamy też zlecone lub zamawiane przez odbiorców dane. Z tego wszystkiego robimy wykazy i statystyki dla instytutu, które przesyłamy potem do gabinetu szefa.

Profesor należy do najbardziej pracowitych naukowców. Światło w jego gabinecie i pracowni wskazuje zawsze wszystkim, że jest na posterunku. Bez względu na dzień czy porę roku, święto lub dni wolne, on pracuje przynajmniej wieczorami. Studenci opowiadają o nim różne historie, a jego pracowitość jest przysłowiowa.
Złośliwi twierdzą, że od kiedy pamiętają, profesor zawsze jest w pracy, a żona z dziećmi odwiedzają go w „twierdzy”, jak nazywamy jego pracownię. Poza pracą profesor ma jedną pasję, jest nią ponoć działka, na której wyżywa się fizycznie, chociaż ponoć i tam zgromadził niezłą bibliotekę.
– Na szczęście wymyślono internet i nie trzeba tracić czasu na różnego rodzaju nasiadówki naukowe, zjazdy i tak dalej, a ty masz modem, chłopcze?- Zapytał mnie podczas zajęć.
– Już prawie- tłumaczyłem się zawstydzony.
Poprosiłem wtedy tatę o niezbędny zakup. Część pieniędzy miałem swoich.

Wielki P. Tak nazywają go wszyscy i to nie z powodu wzrostu. Profesor mierzy około dwóch metrów, jest chudy, często zarośnięty i brudny. Zmienia się nie do poznania po wizycie żony. Przynosi mu ona czystą bieliznę, ponoć też strzyże i goli, bo wielki P nie ma czasu na takie błahostki.
Mity słyszy się o czasach, kiedy był studentem, niecałe dziesięć lat temu. Na niektóre zajęcia i wykłady w ogóle nie chodził, nie miał czasu. Zrażał tym sobie naukowców i nie chcieli dawać mu zaliczeń, uznawali za zarozumialca i dziwaka z powodu wyglądu. Największe problemy miał z zaliczeniem wychowania fizycznego. Plotki głoszą, że to zaliczenie wpisał mu sam rektor. Wielki P miał oświadczyć, że nauka wymaga więcej siły fizycznej niż robienie fikołków. Wystarczy, że wygrywa wszystkie olimpiady z przedmiotów ścisłych, o ile ma czas brać w nich udział.
Uniwersytet poznał go jako studenta pierwszego roku. Wielki P drugiego dnia po rozpoczęciu roku akademickiego biegał ponoć ze świeżutkim indeksem po zaliczenia i zmuszał profesorów do egzaminowania. Złożył nawet odwołanie do rektora, kiedy tłumaczono mu, iż sesja jest dopiero w styczniu. Rektor wezwał do siebie szefa wydziału fizyki i nakazał rozpocząć z niesfornym studentem indywidualny tok nauki. Rozmawiał też z nim.
– Dlaczego tak się panu śpieszy z egzaminami?
– Po pierwsze straciłem już kupę lat życia na siedzenie w ławce, po drugie chcę wreszcie działać w pracowni, a tam wpuszczają dopiero w drugim semestrze.
Miał wtedy siedemnaście lat. Ponoć cała obecna doktoryzująca się część chemików i asystentów medycyny chodziła do niego na korepetycje. Mówiono, że powinien studiować chemię, ale on twierdził, że matematyka i chemia to dzieci fizyki. Jeśli kocha się matkę, to kocha się jej dzieci.
Na drugim roku studiów był najbardziej znaną postacią uczelni. Kończył swoją pracę magisterską i znał temat doktoratu. Ponoć miał wiele wizyt z różnych instytutów krajowych i pracowni wojskowych, interesowały się nim też instytuty zagraniczne. Nawet finansowo zachęcali go do przejścia do innego instytutu.
– Dziękuję, jestem stąd i tu moje miejsce.
Patriota lokalny.
Geniusz.
Każda uczelnia chciałaby mieć takiego. O nim się mówi, jego się naśladuje i takich jak on stawia za wzór. Tematem każdego spotkania towarzyskiego jest roztrząsanie, wielki P i kiedy dostanie Nobla. Ponoć też każdy chce z nim pracować. Jest wyrozumiały i życzliwy, ale na egzaminach kosi jak mało kto. Doprowadza to czasami do spięć z rektorem. Kto przejdzie egzamin u wielkiego P po trzecim roku, może czuć się magistrem.

Byłem świadkiem korepetycji z chemii, jakich udzielał swojej siostrzenicy. Tłumaczył jej podstawowe reakcje chemiczne z zakresu szkoły średniej. Po pół godzinie skończył, a jego kolega zdziwiony zapytał go:
– To ty to jeszcze pamiętasz?
– Pamiętam jeszcze alfabet i tabliczkę mnożenia- odpowiedział z ironią.

Kiedy po kilku godzinach zajęć przywołał mnie do siebie i zapowiedział, że będę jego asystentem, roześmiałem się. Myślałem, że żartuje.
Nie żartował. Tydzień później wezwał mnie do siebie na uniwersytet.
– Masz tutaj broszurę, zapoznaj się z nią, jutro po południu opowiesz, co o niej myślisz.
Nie spałem pół nocy, takie wrażenie na mnie wywarł wykład Wielkiego P, z którym kazał mi się zapoznać. Gdy po południu przyszedłem do instytutu, kiwnął na mnie.
– Gotowy?
– Tak.
– Za mną.

Zaprowadził mnie na wykład do dużej sali. Siedziało tam wielu studentów. Wielki P przedstawił mnie jako swego asystenta i jakoś nikt się nie śmiał, ale mi było głupio. Patrzyli się na mnie jak na zjawisko lub doszukiwali się widocznych oznak fanatyka fizyki lub ekscentryka.
W pewnym momencie profesor zadał mi jakieś pytanie i odpowiedziałem mu, potem kolejny raz i kolejny, aż wykład przeistoczył się w dialog. Czasami zapisywaliśmy coś na tablicy i dyskutowaliśmy, studenci notowali i od czasu do czasu zadawali pytania, gdy wielki P ich zachęcił.
Gdy kilka dni później przyszedłem do pracowni, obecni tam studenci szeptali coś do siebie. Przywitałem się z nimi.
– Witamy, jak ma na imię szanowny sklonowany wielki P?- Zapytał jeden ze studentów.
Zaniemówiłem, a oni roześmiali się.
Bardzo się zaprzyjaźniliśmy później. Zbliżyły nas ćwiczenia w pracowni i plotki o szefie.

Piątek to języki obce. Nauka języków nie sprawia mi przyjemności, ale rozumiem tę konieczność, szczególnie w świecie nauki. Dostęp do internetu to okno na świat odkryć dokonywanych niemal wszędzie, na wszystkich liczących się uniwersytetach i instytutach badawczych. Krok po kroku trzeba uczyć się nowych pojęć z zakresu fizyki i chemii. Szczególnie uciążliwe jest to dla mnie w przypadku niemieckiego, który sam poszukuje nowych pojęć i czasem nie nadąża za nauką. Zresztą podobnie jak język polski.
Zajęcia z angielskiego prowadziła kiedyś w zastępstwie studentka czwartego roku. Niewiele się od niej nauczyliśmy, bo była za krótko i nie bardzo rozumiała czego ma nas uczyć, bo jej zdaniem wszystko wiemy. To nas dopingowało do nauki, ale na chłopakach większe wrażenie wywoływała uroda nauczycielki. Alina jest piękną blondynką o długich nogach, których nie ma w zwyczaju ukrywać. Ubiera się w krótkie spódniczki. Na szczęście nie lubi rozdekoltowanych bluzeczek, w przeciwnym razie nikt by się nie uczył. Gdy mieliśmy zajęcia, chłopaki zawsze prosili, aby zapisywała coś na tablicy.
Alina to w pewnym sensie przebudzenie, koniec dzieciństwa w naszej klasie. Do tej pory jakoś nie zwracaliśmy uwagi na urodę i na siebie wzajemnie, przynajmniej chłopaki. Od czasu Aliny wiele się zmieniło. Dziewczyny zaczęły się ładniej ubierać, chociaż nie stroić, nie ubierały też krótkich spódniczek. Natomiast my zaczęliśmy się im przyglądać. Ja zacząłem się po prostu wgapiać w Karolinę, nie wpatrywać a wgapiać. To chyba najlepsze określenie.
Na lekcje zaczęliśmy przychodzić lepiej, staranniej ubrani, no, mnie to dotyczy w mniejszym stopniu. Mama zawsze przywiązywała uwagę do tego, jak oboje z Justyną się ubieramy. Codziennie wieczorem pyta nas, czy nie mamy czegoś do prania. Raz mama odkryła moje porzucone w łazience skarpetki. Przyszła do pokoju i pokazała mi je.
– Zapomniałeś o czymś- to wystarczyło.
Mimo że nie lubię zbytnio prać, to jednak o skarpetkach zawsze pamiętam. Tata uczył mnie w dzieciństwie, że mężczyzna powinien sam je prać. Buntowałem się najpierw, bo przecież inne rzeczy pierzemy w pralce, ale skarpetki nie mogą czekać. Wiadomo dlaczego.
Karolina i inne dziewczyny wyładniały od czasu Aliny i my to zauważyliśmy. Widzieliśmy też spojrzenia, jakie kierują na nasze dziewczyny studenci. Jesteśmy o nasze dziewczyny zazdrośni. Tak mi się wydaje. Nie chodzi tylko o moją Karolinę, ale o wszystkie. Dojrzewamy. Na pewno.

Karolina interesuje się biologią i językami obcymi. Poza tym ma dodatkowe zajęcia, więc trudno nam wszystko ze sobą połączyć, ale rozumiemy się świetnie. Dzwonimy do siebie i mimo że chodzimy ze sobą krótko, to czasem wydaje mi się, jakby to trwało lata. Z boku może to wyglądać na stare małżeństwo.
Ja tu, ona tam i dzwonimy.
– Jak tam?- Uwielbiam to pytanie Karoliny.
– Natłok pracy, a u ciebie?
– Komórki mózgowe obumierają mi szybciej niż pamięć przyswaja wiedzę, więc trzeba powtarzać i powtarzać do znudzenia.
– Co za mordęga, rzuć to- żartuję językiem reklam.
– Mój kochany mnie nie zechce?
– Lodowiec- tak określamy człowieka bez uczuć.
– A nie ma go gdzieś tam?
– Właśnie się topi z miłości do ciebie.
– Całuski.
– Kluski całuski- rymuję.
– Jesteś głodny?
– Jedzenie?
– To co się wkłada do brzuszka, napój, paliwo dla organizmu.
– Nic o tym nie wiem.
– Całuski…
Czasem potrafimy gadać nieco dłużej. Koledzy śmieją się, że powinniśmy sobie założyć specjalną linię.
– Żona na gorącej!- Wołają do mnie z drugiego końca pracowni.
– Kontrola lotów do wahadłowca- śmieją się innym razem.
– Wahadłowiec zgłasza problemy!- Krzyczę, gdy nie mogę podejść do telefonu i Karolina wie, że musi zadzwonić później.

W soboty rano mam zajęcia na plebani. Ksiądz Andrzej zorganizował tam koła zainteresowań, między innymi koło redaktorów gazetki parafialnej, salę informatyki i koło pomocy naukowej, korepetycje dla ministrantów. Ja prowadzę godzinne korki z matematyki.
Do obiadu w sobotę gramy, czasem z chłopakami na podwórku, ale tylko gdy jest ciepło na dworze. Tęsknię za ceglarzem. W zimne dni siedzimy w salach katechetycznych i gramy w różne gry. Z Kaziem i paczką z podwórka najbardziej lubimy tenis stołowy i piłkarzy. Razem jesteśmy w to nie do pokonania. W tenisie stołowym nie mam największych osiągnięć, w czołówce jest Kazik i Jurek, Marek też nieźle gra i Heniek. Właściwie trudno powiedzieć, kto z nich jest najlepszy. W cotygodniowych turniejach zwycięzcy się zmieniają. Ja jeszcze nigdy nie wygrałem i pewnie nie wygram.
Po południu w soboty zebranie ministrantów i ustalanie grafiku służby do mszy. Ja mam czas tylko w niedziele rano. Po obiedzie niedzielnym zabieram się powoli do pracy. Muszę nadążyć ze wszystkim.
Nigdy jeszcze nie usprawiedliwiałem się przed wielkim P. Zawsze staram się zdążyć ze wszystkim, ale tydzień mógłby mieć o kilka dni więcej.

rozdział 7 – randka

Tato nie jest zbyt zadowolony ze stanu mojego zdrowia. Bada mnie w swoim gabinecie i coś zapisuje. Mierzy mi ciśnienie krwi. Robi to raz w tygodniu.
– Robert, uważaj na siebie.
– Mieliśmy eliminacje do drużyny klasowej. W przyszłym tygodniu turniej i chcemy jakoś.
Tato wypisuje mi skierowanie na badanie.
– Jutro rano pójdziesz ze mną na badanie krwi.
– To w niedzielę laboratorium jest otwarte?- Udaję zdziwienie.
– Owszem.
– Przecież czuję się dobrze?
– Ogólnie jesteś zdrowy, martwi mnie podwyższone ciśnienie.
– Jest nienormalne?
– Jeżeli zwykle masz bardo niskie, to podwyższenie może być niebezpieczne.
– Dla mojego mózgu?
Przytulił mnie jak się przytula małe dziecko.

Pierwszy raz straciłem przytomność, jak wiem z opowiadania taty, kiedy skończyłem dwa latka. Nikt nie wiedział, co się stało, bo akurat ani się nie uderzyłem, ani nic, po prostu zemdlałem.

To w ogóle nie jest po męsku mdleć i roztkliwiać się nad sobą.
My, mężczyźni musimy być twardzi…

Nie mogli mnie ocucić. Mama się wtedy bardzo przestraszyła, a tata rutynowo wsadził mnie w samochód i popędził do szpitala. Cucił mnie wraz z kolegami na oddziale intensywnej terapii.
Już byłem niemal cały siny, gdy im się udało przywrócić pracę mojego mózgu.
Miałem ponowne narodziny, a sytuacja wyglądała poważnie. Tata nie miał zamiaru pozostawić sprawy samej sobie. Zabrał mnie do swojego profesora, który orzekł, że najwidoczniej mam jakąś usterkę wewnątrz mózgu.
Powinni wtedy zażądać naprawy gwarancyjnej…
Kilka lat później zdarzyło się to samo. Brr…
Nie chcę o tym nawet myśleć…

Zbliżam się do bloku Karoliny.
Muszę głupio wyglądać z kwiatkiem. Może by go gdzieś wyrzucić?
Nie, skoro rozpocząłem tę sprawę, to muszę ją zakończyć po męsku. Kwestia honoru.
A jeżeli Karolina się rozmyśli?
Trudno, ja muszę dać jej kwiatka i wziąć ją za rękę.
A jeżeli odtrąci rękę?
Trudno. Muszę to jakoś przetrwać.

Jeżeli puści moją rękę, ja tego nie przeżyję!
Honor i poczucie godności nie pozwala mi z tego zrezygnować.
Boże, wzdycham do Karoliny i kocham się w niej już od wieków, a teraz jeszcze się zastanawiam, czy mam z nią chodzić, czy też nie. A cóż to ja jestem Justyna? O, jej to dobrze. Właściwie to nie wiadomo, kto wymyślił, że pierwszy krok należy do chłopaków.
Nie wiem dlaczego tak jest. Może dlatego, że właściwie cały ciężar poważnego związku, w rodzinie, spada na kobiety, więc mężczyźni mogą się pogimnastykować przed. Chodzić na niepewne i starać się o ukochaną, zabawiać, aby się nie nudziła, obsypywać kwiatami i prosić.
A po osiągnięciu celu?
Szczęście.
Być na zawsze z Karoliną to szczyt moich marzeń.
Justyna twierdzi, że chodzić z jednym chłopakiem dłużej niż miesiąc to przesada. Słyszała o tym pewnie w jakimś amerykańskim filmie.
Na ostatnie Walentynki dostała tylko sześć kartek z serduszkami. Była niepocieszona. Całe popołudnie chodziła po domu z grzebieniem i wróżyła sobie z niego jak z kwiatka: kocha, nie kocha.

A jeżeli Karolina też tak myśli jak Justyna?
Tragedia, nie chcę być tylko od kwiatków i kartek walentynkowych. Czuję, że Karolina to ta jedyna dziewczyna mojego życia. Tak właśnie o niej myślę.
No, Justyna mówi, że nigdy nic nie wiadomo i nie można decydować o całym życiu, kiedy się ma naście lat.
Nie zgadzam się. Niby czym się różnimy teraz i za pięć lat? Logicznie myśląc przy założeniu, że człowiek nie może być niczego pewny i przez całe życie się uczy, to przecież i za pięć lub dziesięć lat nie będę pewny właściwości wyboru ukochanej.
– A jeśli on jest teraz piękny i mądry, a za pięć lat wypadną mu zęby i włosy, to co wtedy?
Asekuracja. Jeżeli się kogoś kocha, to na dobre i złe. Zęby i włosy mogą wypaść mojej ukochanej równie dobrze za dziesięć lat jak za trzydzieści. A ja ją i tak będę kochał.
Na pewno?

Już siódma, Karolina powinna zejść, czas.
Muszę zadzwonić przez domofon.

– Dzień dobry, czy jest Karolina?
– Już schodzę.

O matko, za chwilę przyjdzie, jeszcze mam czas uciec…
Brr…
Honor, duma, nie, nie to, szczęście, że będę z nią…
A jeżeli powie, że w cukierni przy koleżankach mówiła tak tylko, aby zamknąć im usta albo że tylko żartowała…
Boże, wyjdę na kretyna!!!

Co wtedy z moim honorem i dumą, co z moim sercem i miłością?
Nie, nie może mi tego zrobić.
To jej koleżanki zapytały przecież, czy to jest ten Robert, czy to jest ten, o którym niby ona im wciąż opowiada.
Ona o mnie opowiadała koleżankom, to znaczy, że mnie lubi.
Co najmniej! Pocieszam się.

Słyszę kroki na schodach.
To ona.
– Cześć- wita mnie.
– Cześć, to dla ciebie- daję jej różyczkę i całuję ją w dłoń, jak mówiłem w cukierni.

Jest mi duszno, drżą mi wszystkie mięśnie i nie mogę zapanować nad moją gębą.
Wstydzę się spojrzeć na Karolinę.
– Idziemy?
– Tak- odwracam się. Oblewają mnie chyba wszystkie poty świata i strasznie mi gorąco.

Myślałem, że jej dłoń musnęła o moją przypadkowo, ale nie. Karolina po prostu wsunęła do mojej dłoni swoją i idziemy trzymając się za ręce.

Szok. Idę z moją ukochaną trzymając ją za dłoń.

I nie mam nawet odwagi na nią popatrzeć…

Boże, dziękuję Ci, że spełniły się moje marzenia. Tyle szczęścia mi dajesz…

Nawet nie wiem, kiedy doszliśmy do dyskoteki.

Zapłaciłem i wchodzimy do środka.
Nie byłem tutaj od wieków. Dyskoteka nie jest miejscem dla mnie. Czuję się tu obco. Ale z domem kultury wiążę miłe wspomnienia. Po raz pierwszy w życiu ktoś obcy powiedział mi wtedy komplement. Nie byłem do tego przyzwyczajony.
To był jakiś bal, na którym byliśmy razem z Kaziem, mimo że on chodził do innej szkoły. Byli tu uczniowie wszystkich szkół.
Dodam sobie otuchy, to był bal dla najlepszych uczniów, na który dostaliśmy imienne zaproszenia.
Wchodzimy z Kaziem, a tu jakaś pani woła do niego:
– Co to za kolega jest z tobą, Kaziu?
– Robert…
– Masz bardzo ładnego kolegę- wpadła mu w słowo.
Wtedy mnie to nie obchodziło, ale teraz… Dlaczego ona tak powiedziała, nikt nigdy nie mówił, że jestem brzydki czy ładny. Wtedy nie miało to dla mnie znaczenia, ale teraz… Teraz jestem z Karoliną. Ona jest taka piękna, a ja…
Rodzice dali mi dużo wiary w siebie, a mój poziom samooceny nie jest niski.

Spotykamy jakichś znajomych, moich kolegów z podwórka i klasy, jej koleżanki, ale do mnie to nie dociera. Owszem, niektórzy dziwnie się gapią, inni mi gratulują nie wiadomo czego, ale ja ze szczęścia w środku skaczę i nie ma mnie nigdzie indziej tylko przy mojej ukochanej.
Chętnie bym się gdzieś schował, do jakiejś dziupli lub nory.
Trzeba być odważnym.

Łatwo powiedzieć.

Wszyscy na nas patrzą. Jesteśmy na sali. Tańczymy. Ona metr ode mnie, a ja nie tańczę zbyt dobrze.

Pomiędzy nami tanecznym krokiem wirują obcy ludzie. Jesteśmy od siebie ze dwa metry teraz. Trochę się uspokajam i tańczę swoje, o ile takie kroczki można nazwać tańcem.
Staram się utrzymać rytm.

Zmiana piosenki. Cała sala zawyła z wrażenia. Ulubieńcy. Znam ich z telewizji, fajni chłopcy i świetnie tańczą. Przypominam ich sobie. Oglądałem koncert z nimi, który się odbył bodaj w Hanowerze lub Berlinie.
Tak, jeden z nich tak się poruszał, próbuję go naśladować…

Nie jest źle. Karolina tańczy skromnie, ale widać po niej, że potrafi.

– Pełen podziw- próbuję dotrzeć do niej z komplementem.
– Co mówiłeś?!- Zbliżyła się do mnie na kilkanaście centymetrów.
– Mówiłem, że świetnie tańczysz -czy mogę ją w ten sposób oceniać?- To znaczy, bardzo mi się podoba jak tańczysz, też bym tak chciał!
Musiało to wypaść bardzo sztucznie. Karolina chyba się nie obrazi?
-Dziękuję!- krzyczy do mnie.
Ulżyło mi.
Świat wiruje wokół nas, wszyscy dosłownie oszaleli w podskokach i pląsach. Nie bardzo rozumiem dlaczego tak się dzieje, ale też sobie skaczę.

Człowiek żaba!
Nie będę siebie dołował… Staram się jak mogę.
Z zewnątrz inaczej to wygląda.
Robię z siebie głupka?
Nie do końca, ale prawie…
Ale dlaczego, przecież wszyscy tańczą?
O ile to można tak nazwać…

Po prostu szał, bo prowadzący zapowiedział jakąś znaną piosenkę. Wszyscy nagle stanęli w bezruchu.
Zaczyna się. Szykuję się do nowych podskoków.
Karolina dotyka mojej ręki. Drugą dłoń kładzie na moim ramieniu.
– Będziemy to razem tańczyć?- Pytam ją do ucha.
– A nie chcesz?
– Chcę, tylko czy potrafię?
Mięczak.
Piosenka rozpoczyna się dość wolno, większość dziewczyn siada na krzesłach, a chłopcy szukają czegoś.
Wybierają. To będzie, to jest wolny kawałek.
Rozumiem. Karolina zna ten utwór.
O, teraz mi się też przypomina.
Jest spokojnie na parkiecie.
Same pary tańczą.
– Widziałeś teledysk?
– Zdaje się, że tak- chyba widziałem.
– To jest piosenka o dziewczynie, której chłopak ginie w wypadku.
– Pamiętam- faktycznie sobie przypominam- bardzo smutna piosenka. Nie wiem, czy wypada ją tańczyć.
Karolina uśmiechnęła się do mnie i popatrzyła mi prosto w oczy. Położyła głowę na moim ramieniu. Pierwszy raz w życiu spotkało mnie coś takiego.

Chciałbym, aby ta piosenka trwała wiecznie.

– Nie przeżyłabym twojej śmierci…- wyszeptała nieoczekiwanie.
Patrzę na nią, co też ona mówi?

Ona spogląda na mnie i nasze oczy spotykają się.
Karolina płacze, po ślicznych policzkach spływają jej łzy…
Boże, moja dziewczyna wyznaje mi miłość…

Jestem cały czerwony i gdyby zaświecili światło, pewnie spaliłbym się ze wstydu.

Pocałowałem ją w usta.

To wyszło jakoś samo, od siebie, to znaczy po tym co mi powiedziała i te łzy na jej policzkach…

Ślamazarnie i nieudolnie.

Chyba nikt nigdy nikomu w taki sposób nie wyznał miłości.
Ja też bym nie przeżył jej śmierci. Nie mogę tego powiedzieć. Gotowa pomyśleć, że chcę jej się po prostu zrewanżować. Jednak czuję to samo.

Niech mi ktoś pomoże, zaraz skończy się piosenka, jak ja mam jej powiedzieć, że też ją tak bardzo kocham.
Jak mam to zrobić, ratunku!
No i ta moja gęba, wiecznie uśmiechnięta, sztuczna i głupia.
Mięczak.

– Karolina, ja też bardzo ciebie kocham- wyszeptałem jej do ucha, gdy akurat piosenka się skończyła i nastała chwila ciszy. Musiała to słyszeć.

Poczułem jak ściska mocniej moją dłoń. Odsunęła głowę z mojego ramienia i spojrzała mi prosto w oczy.
Uśmiechnęła się do mnie i z powrotem położyła głowę na moim ramieniu.
Jest mi wspaniale, unoszę się wraz z Karoliną ponad ziemią. Nie ma nas tutaj…

Sala wrze. Już kolejny mega hit a my tańczymy sobie w parze jeden na jeden, kroczek po kroczku. Nie mam zamiaru puszczać jej dłoni i tańczyć w oddaleniu. Chcę być blisko niej…
Karolina też nie ma zamiaru tańczyć solo.

Muzyka zbliża ludzi.
Ochłonąłem już.
Mogę powiedzieć, że wróciłem do rzeczywistości. Jest mi bardzo dobrze, niech te chwile trwają jak najdłużej.
Gdyby nie muzyka i dyskoteka dzisiaj, pewnie nie odważyłbym się jej powiedzieć prawdy. Ona chyba też. A tak to strasznie wyglądało, tak te marzenia wydawały się nieosiągalne.

Mam dla niej wiersze. Pisałem je po nocach, w myślach. Potem, kiedy rano wstawałem, zapisywałem je na kartkach papieru. W większości przypadków nabierały innego znaczenia. Były jakieś zbyt ogólne.

Kiedy pierwszy raz napisałem wiersz miłosny dla Karoliny, wydał mi się płytki i powierzchowny. Zaczynał się od słów:

„Kiedy na niebo patrzę pełen wiary, widzę oczy twoje
zatroskane i spoglądam w nie jakbyś była blaskiem Boga…”

Rano nie wiedziałem, dlaczego jej oczy w tym wierszu są zatroskane, zmartwione, natomiast pamiętałem, że właśnie kojarzą mi się z Bożą łaską. Długo się zastanawiałem nad tymi dwoma wersami, bo nie chciałem, aby wiersz wydał się smutny. W istocie chodziło o wyrażenie prawdy o tym, iż poprzez miłość do niej spoglądam na cały świat stworzony przez Boga, a na moją Karolinę patrzę jak na anioła zesłanego przez Niego na świat. Ale dlaczego zatroskane? Nie wiem. Wydaje mi się, ale nie jestem pewny, że chciałem wyrazić jak bardzo Bogu na nas zależy i że rzeczywiście zesłał ją na ziemię w imię niesienia miłości światu.
Ale czy dobrze się wyraziłem? Nie wiem, w każdym razie nie potrafiłem zmienić tego wiersza i chociaż miałem na myśli sprawy optymistyczne, wyszło chyba pesymistycznie.
Poezja!
Dlaczego jest tak, że te same myśli zapisane na kartce papieru brzmią inaczej niż się zamierzało. Ale najgorsze rozczarowanie spotkało mnie wówczas, gdy głośno podczas lekcji rozmawialiśmy o jednym z wierszy miłosnych. Dyskusja nad wierszem zamieniła się w konkurs typu: „Najśmieszniejsze skojarzenie”. Lekcja była ciekawa i zabawna, lecz wyszło na to, iż sprofanowaliśmy uczucia poety, który zapewne pisał pod natchnieniem chwili, więc miłości do ukochanej.

Jak to jest, że ludzie potrafią kochać tak mocno, z drugiej jednak strony mówienie o uczuciach uchodzi za obnażanie się i przybiera ton śmieszności.
To właśnie tego bałem się, tak, właśnie tego najbardziej się obawiałem, aby Karolina nie śmiała się z moich uczuć. Z pewnością nie zostałbym już nigdy pisarzem. Zapewne straciłbym ochotę do pisania czegokolwiek.

– O czym myślisz?- Szepnęła do mnie Karolina wyrywając mnie z zamyślenia.
– O poezji- uśmiechnęła się do mnie.- Zastanawiałem się właśnie nad tym, dlaczego ludzie nie szanują poezji.
– Ja szanuję i myślę, że trochę przesadzasz.
– To znaczy chodzi mi o samą poezję, o treść poezji. Są to dzieła o ludzkich uczuciach. Dlaczego tak jest, a może się mylę, że potrafimy kochać, ale gdy przyjdzie mówić o miłości, to każdy uważa ten temat za płytki?
– Ja nie- jej słowa koją moją duszę znękanego poety domowego.
Zamurowało mnie.
Uśmiechnęła się do mnie.
– Będziesz się mną opiekował?- Szepnęła mi do ucha.
Nie wiem, co mam powiedzieć, co to znaczy opiekować się. Czy to znaczy, że będę z nią chodził, razem odrabiał zadanie, oglądał filmy i tak dalej?
– Tak, zawsze będę się tobą opiekował.
– Kocham cię, wiesz?
– Ja ciebie nad życie.
Tańczymy i chyba oboje jesteśmy bardzo szczęśliwi.
– A co by było, gdybym zginął jak ten chłopak na teledysku?
Spojrzała na mnie dopiero po chwili. W oczach miała łzy. Boże, co ja narobiłem?
Przytuliła się do mnie.
– Ty nie możesz zginąć, nie możesz umrzeć, jesteś moim mężczyzną.
Wyrastam ponad tłum, z każdym jej słowem widzę świat z większej wysokości. Jak to możliwe?
– A gdybym jednak musiał wyjechać daleko stąd?
Spojrzała mi w oczy.
– Jeśli nie tu, to tam będziemy razem.

rozdział 7 – eliminacje

Czuję, że ktoś dotyka moich policzków, ale to nie Karolina…
Powoli otwieram oczy, widzę je w lustrze, chociaż nie patrzę na nie teraz. Są podkrążone i zaczerwienione.
– Robert, co się stało?
– Nie mogłem spać, mamo, muszę o tym porozmawiać z tatą.
– Nic cię nie boli, możesz iść do szkoły?
– Wolałbym pospać jeszcze, ale muszę być w szkole na zajęciach z kultury fizycznej.
– Dobrze, nastawię ci budzik i zadzwonię do ciebie z pracy.

Mama dzwoniła przed chwilą, muszę pędzić do szkoły.
Źle spałem.

Chciałbym się kiedyś wybrać do Gniezna i Torunia, zwiedzić cały szlak pierwszych słowiańskich osad plemiennych.
Nie wiem dlaczego akurat teraz mi to zaświtało w głowie.
Może tam też działał syndrom Zielonego Pomidora. Dlaczego Gniezno, kto na to wpadł, żeby akurat tam i dlaczego ten pomysł przeszedł. Złoto? Kto i ile dostał za tę lub inną decyzję, co czuli ci ludzie, czy mieli podobne poczucie etyki, prawdy, jak rozumieli dobro i zło?
A jutro, jak będzie za dwieście lat?
Brrr… Komputery, to będą ludzie komputery, bez uczuć. Mickiewicza będą wspominać jako jakiegoś tam poetę. Matko, ale mój polonista miałby się z pyszna, gdyby słuchał moich wywodów…

Przystanąłem.
Więc nie śniłem…

Pędzę.

Wszyscy już przebrani stoją w dwuszeregu. Nie spóźniłem się.
– O, Robert, gdzie się podziewałeś? – Odwraca się do mnie Jacek.
Dziwnie długo na mnie patrzy. Mimo że nie chce mi się nikomu tłumaczyć spóźnienia, to jednak odruchowo dukam coś w rodzaju:
– Zaspałem…
– „Poeta” chciał z tobą rozmawiać w sprawie wypracowania.
– Dawał jakieś tematy prac?
– Nie, każdy miał sobie sam coś wykombinować.
„Poeta” to przezwisko naszego polonisty, który faktycznie tworzy poezję i wydał już cztery tomiki. Jest moim ideałem, a raczej idolem, chociaż my tu w szkole odrzucamy wszelkie autorytety poza oczywiście czystym racjonalizmem. Pojęcie idola w nim się raczej nie mieści.

– Za niecały tydzień, jak wiecie, odbędą się w jedynce zawody sportowe. Każda klasa wystawia swoją drużynę. Dzisiaj przeprowadzę z wami test ogólnosprawnościowy. Oczywiście nie wszyscy dostaną się do reprezentacji klasy, tylko sześciu najlepszych i cztery najlepsze dziewczyny.

Biegniemy.
Ledwo pan zagwizdał, a chłopaki wyrwali z kopyta. Zwykle rozgrzewki prowadzi Zbyszek, ale teraz wszyscy go przegonili i pozostawili w tyle. Ja trzymam się za nim.
Mijamy dziewczyny. Spokojnie prowadzone przez Gośkę, nie pędzą, nie ścigają się z nami, bo nie mają szans.
Uśmiecham się do Karoliny, widzi mnie. Ma zgrabną sylwetkę i świetnie wygląda, zresztą wszystkie dziewczyny na kulturze fizycznej wyglądają inaczej, tak dojrzale i kobieco. Już nie pamiętam, kiedy ostatnio mieliśmy razem zajęcia z kultury…

Zbyszek nieco przyśpieszył. Robimy już piąte kółko wkoło sali. Jak to się mówi, siedzimy na plecach kolegów, którzy narzucili sobie zbyt duże tempo.
Pan nie powiedział, jaki czeka nas dystans, czy jedno, czy dziesięć okrążeń.

Jeśli dobrze liczyłem, to już dwanaście razy obiegliśmy salę. Wszystko wskazuje na to, że będziemy biegli dopóki, dopóty nie pozostanie sześciu. Jest nas chyba dziesięciu i wszyscy prawdopodobnie chcieliby być w reprezentacji.
Nic wielkiego, reprezentacja klasy, ale…
Jesteśmy najstarszą klasą w tej szkole, pierwszą taką doświadczalną. Dużo się mówi o naszej szkole i dobrze byłoby zająć jakieś uczciwe miejsce w zawodach.

Nie chodzi o wygranie zawodów, ale trzeba z godnością stawić czoła lepszym.
Bo oni, nasi rywale są z pewnością lepsi. Pan od kultury pocieszał nas kiedyś, że śmiało możemy konkurować z innymi rówieśnikami we wszystkich zawodach sportowych.

Dziewczyny już skończyły. Zostało ich trzy i pan kazał im siadać. My biegniemy.
Boże, żeby tak kilku wymiękło…

Co ja też opowiadam. „Nie życz nikomu, co tobie niemiłe”. To moja maksyma, ale z drugiej strony nie chciałbym odpaść…

Piętnaste okrążenie. Opadam z sił. Jest nas dziewięciu. Jestem piąty za Zbyszkiem. Oczywiście on prowadzi…

Karolina siedzi na ławeczce. Odpadła chyba na szóstym lub siódmym okrążeniu. Nie jest najlepsza w biegach, za to kiedyś widziałem, jak gra w siatkówkę i jak skacze na skakance. Szczególnie jej skakanka jest mocna, o ile można tak powiedzieć.

Zaczynam sapać, to znaczy głośno i nienaturalnie oddychać, opadam z sił. Zbyszek i dwaj inni koledzy odbiegli od nas. Nasza szóstka trzyma się dzielnie…

Karolina jest słaba, więc chociaż ja muszę być dobrym sportowcem…
To nie jest łatwe Siódme poty wylewają się na mnie.

Ależ ten Czekański nie ma sumienia, tak nas sponiewierać…

Kiedyś powiedział, że słyszał na mieście, jak mówiono o naszych mózgach że są genialne.
– Nie samym chlebem żyje człowiek- mówił- a ja bym chciał, ażeby i od strony fizycznej wasze organizmy były tak sprawne jak mózgi!

Łatwo powiedzieć. Od czasu do czasu uprawiamy z tatą jogging, ale jak tu można myśleć o bieganiu czy grach, skoro jeszcze tyle rzeczy do zbadania, książek do przeczytania, doświadczeń do przeprowadzenia…
Nie ma czasu wyjść na podwórko…
Dlatego teraz stękam…
Nie ja jeden…

Dwudzieste drugie okrążenie… Dwóch kolegów rezygnuje i to jeden z czołowej trójki…
Sapię nieco zbyt głośno, ale w ogóle nasz peleton przypomina dyszący parowóz.

Boże, co siedzące koleżeństwo sobie o nas myśli.

Dwudzieste piąte okrążenie i już chyba moje ostatnie, nie przeżyję kolejnego…

-Stop!- Zrezygnował jeden z peletonu i pan zatrzymał nas.
Każdy odpoczywa jak umie…
Chce mi się oddychać za trzech…
Kłuje mnie w płucach i chce mi się pluć… Nie mogę złapać oddechu, siadam, wstaję i znów to samo…

Jestem w szatni, przerwa. Koledzy siedzą gdzie popadnie i to odpoczywają, to rozmawiają o czymś żywo.
Na korytarzu pomiędzy szatniami robi się ruch. Niektóre dziewczyny tam stoją i plotkują. Chyba wyjdę z chłopakami na dwór.

Jakie powietrze! Nie trzeba być wielkim uczonym, ani też poetą, aby krzyknąć i nie zadziwiać świata. Temat na dzisiaj: miejsce ludzkości na ziemi. Uff, jak łatwo się oddycha…

Dlaczego tak jest? Od początków świata gapimy się w niebo i najchętniej przyciągnęlibyśmy je do siebie, a nie doceniamy własnego świata. Chociażby tego powietrza. Czy ktoś się w ogóle zastanawiał nad powietrzem? No przecież skądś się bierze. A skoro się bierze, to zabraknąć go też może, a gdy zabraknie, co będzie z nami?
No, nam nie zabraknie, my przeżyjemy, ale następni?

-Co robicie?- odwracam się za siebie, to któraś z dziewczyn zadała to pytanie.
Wszyscy wychodzą na dwór. Nie jest najcieplej, ale jeżeli będziemy grali, to się rozgrzejemy.

Zostaliśmy podzieleni na kilka drużyn i mamy mini turniej w piłkę ręczną. Początkowo zapowiadało się, że chłopaki namówią pana na nożną, ale przecież dziewczyny nie miałyby szans pograć. Nawet szczęśliwie się złożyło. Jestem w drużynie z Karoliną.
Mamy na boisku małe ławeczki, Karolina siedzi obok mnie.

Niby oglądam mecz, który już trwa, ale wcale mnie to nie obchodzi. Walczę z moim głupkowatym uśmiechem, który pojawił się przed chwilą, kiedy poczułem na sobie spojrzenie mojego anioła.
– Mam nadzieję- mówi do mnie- że nie damy plamy.
No i co ja mam jej odpowiedzieć?
Taki geniusz, a nie wie, co ma mówić.
Nie wiem…
Obojętnie co, aby tylko nie pomyślała, że nie chcę z nią rozmawiać.
– Ależ chcę!
– Co?
O, teraz jestem załatwiony, ugotowany…
Czerwienieję…
– No, myślałem o tym, aby wygrać ten turniej- kłamię.
– Chyba nie mamy szans, w naszej drużynie tylko ty umiesz w to dobrze grać. Trenowałeś gdzieś?
– Proszę?- Ona chyba ze mnie kpi.
– Robert, co się z tobą dzieje?
– Nic- trochę się uspokajam- wydawało mi się, że sobie żartujesz ze mnie, przecież są w klasie chłopcy lepsi.
– Tylko teoretycznie- przyjęła ton nauczyciela.- Zobacz, jeden jest siatkarzem, drugi udaje koszykarza, trzeci i czterech następnych chyba kiwa się dobrze w piłkę nożną, a reszta jest dobra w podawaniu piłki.
Roześmialiśmy się.
– A ja, proszę pani?
Patrzę na nią, Boże, jakie ona ma śliczne włosy…
– A ty, no cóż, ze wszystkim dajesz sobie radę. Zdradź nam swoją tajemnicę, kto cię szkolił we wszystkich grach?
– Pytasz poważnie, czy trzymamy się konwencji żartobliwej?
– Poważnie.
Przerwaliśmy na chwilkę naszą rozmowę, bo do adidasów Karoliny przyczepiła się trawa. Schyliła się i akurat gdy już miała do mnie coś powiedzieć, w jej stronę zmierzała piłka rzucona przez kogoś z boiska. Leciała dość wolno, więc odbiłem ją tuż sprzed głowy mojej ukochanej. Niestety, Karolina momentalnie przestraszyła się piłki i chcąc zrobić unik przechyliła się zbyt mocno do tyłu.
Nie zdążyłem jej złapać za rękę, gdy po prostu zsunęła się z ławki i pacnęła na trawę. Na szczęście nic się nie stało, a Karolina uśmiecha się do mnie.
– Więc jaka jest tajemnica?
– Podwórko- wypaliłem bez zastanowienia- mam wspaniałe podwórko i wspaniałych kolegów!

Teraz my.
Wchodzimy na boisko.

Przegrywamy dwa do jednego. Wszyscy gramy bez motywacji. Po tak ciężkiej zaprawie biegowej trudno czegoś więcej wymagać.
Karolina stoi po drugiej stronie boiska. Szykuje się do akcji. Gośka podaje do niej piłkę. Karolina biegnie kozłując piłkę bez wiary.
Podbiega do niej Adrian…
Wycofuje piłkę do tyłu, do mnie.
Stoję na środku i szukam wzrokiem partnerów. Na lewym skrzydle Marek, na prawym Karolina i Gośka, tuż przy polu karnym Marcin. Podchodzę bliżej, ale nie mam komu podać.
Podchodzę jeszcze, no i proszę, nie mam do kogo podać piłki.
Biegnie do mnie Andrzej z przeciwnej drużyny. Robię unik, mijam go.
– Komu?!- Pytam, a właściwie proszę, aby ktoś wreszcie wyszedł na pozycję do przejęcia piłki.
Jest Gośka. Rzucam do niej.
Obrońcy już ją otaczają. Biegną jej na pomoc.
Jakoś wyrzuca piłkę kulając po ziemi do mnie. Łapię ją i bez namysłu do Karoliny.
Rozpędzony nie mogę się jednak zatrzymać, aż staję przed linią pola karnego rywali.
– Nie baw się, strzelaj!- Nasz bramkarz krzyczy do Karoliny, która niepotrzebnie kozłuje.
Obrońcy dopadają do niej i w tym momencie podskakuje wyrzucając piłkę. To miał być chyba strzał, lecz został zablokowany. Karolina leży i zwija się z bólu. Już biegnie w jej stronę nauczyciel.
Wszyscy podchodzimy do niej. Przerwa w grze.

Karolina jęczy z bólu. Pan naciąga jej stopę.
– A, boli!…
Ma łzy w oczach.
– Zdejmij szybko buty- popędza ją pan- skarpetkę też…
Widać jak na dłoni, że Karolina ma poważną kontuzję. Wygląda to na takie samo skręcenie kostki, jakie ja miałem niedawno podczas gry w kosza.
– Wykręcona, ale będziesz żyła.
Pocieszają ją wszyscy.
– Do wesela się zagoi- mówi Marcin.
Pan pomaga jej zejść z boiska i usiąść na ławce, a my kontynuujemy.
– Rzut karny, nasza piłka!- Domagam się sprawiedliwości.
– Bramkarz, bramkarz!- Nie dają za wygrane rywale.
Łapię piłkę i idę na linię ośmiu lub dziewięciu metrów, linie są pozamazywane różnymi rodzajami farb i kredy.
– Proszę pana, oni faulowali Karolinę podczas strzału na bramkę, należy nam się rzut karny!- Wołam uparcie do naszego pana, który już wrócił na miejsce sędziego.
Przeciwnicy buntują się i mruczą coś pod nosem.
-Karny!- Zadecydował sędzia. Zapadła cisza.

Koncentruję się, bo ja będę strzelał. Trochę w zemście za moją ukochaną. No właśnie, gdzie ona jest, czy mnie widzi.
Rozglądam się kątem oka, niby obmyślam strategię rzutu, ale wcale nie.
Rzut kozłem w róg. Gol. Dwa, dwa. Strzelić karnego w szczypiorniaka to żaden wyczyn. Zbieram gratulacje.

Idziemy do szatni.
Na naszym podwórku nauczyłem się wszystkiego o sporcie.
Wydaje mi się, że bardzo wiele zawdzięczam wspólnym grom. Chociaż ostatnio rzadkim, ale to one jednak dały mi podstawy. Na przykład Jurek, jeden z najwyższych chłopaków, jest zapalonym siatkarzem do tego stopnia, że jednych wakacji namówił nas wszystkich na akcję siatka. Polegała na tym, że chodziliśmy od domu do domu i zbieraliśmy od ludzi butelki i makulaturę. Na placu za dworcem kolejowym znaleźliśmy wtedy olbrzymie koło od pociągu, a właściwie połowę koła. Z trudem je załadowaliśmy na pożyczony wózek i zawieźliśmy na złom.
Za zyski z akcji kupiliśmy siatkę na boisko siatkówki i dodatkowo dwie piłki. Byliśmy przez jeden dzień milionerami. Ponieważ w akcji brało udział ośmiu chłopaków, a do siatkówki potrzeba dziesięciu, aby sobie pograć, zaprosiliśmy do gry chłopaków z innego podwórka. Było dużo zabawy najpierw z próbami ustawienia dwóch słupków do zawieszenia siatki. Okazało się, że nie mogą to być zwykłe tyczki od fasoli.
Tato Jurka i tato Heńka postarali się o dwie rury, do których przyspawali odpowiednie haczyki. Bardzo się staraliśmy, aby nasze boisko do siatkówki było najlepsze. Może tydzień później wszystko było gotowe, tylko grać. Wtedy się okazało, że albo siatka wisi za wysoko, albo my jesteśmy jeszcze za mali. W każdym razie rodzice, gdy zobaczyli na podwórku cały nasz trud i zapał, jednego popołudnia wszyscy razem zasponsorowali naszą drużynę i kupili nam takie same koszulki.

To były piękne wakacje, prawie całe sportowe. Na nasze podwórko przychodzili chłopcy z innych podwórek. Kiedy z daleka zobaczył nas grających ksiądz Andrzej, przyszedł kibicować. No, potem zagrał z nami w habicie i jego drużyna wygrała. To świetny siatkarz. Na zebraniu ministranckim ksiądz opowiedział innym chłopakom i stało się.
Każdego dnia przychodzili do nas koledzy ministranci, aż pewnego popołudnia Jurek stwierdził:
– A może by tak otworzyć na podwórku kiosk z napojami i słodyczami?
Śmialiśmy się wszyscy. Najwięcej śmiechu było wówczas, kiedy popołudniami gościli na naszym podwórku dorośli, rodzice, sąsiedzi i próbowali swoich sił. Podawaliśmy im piłkę podczas gry, ale też chodziliśmy dumni jak pawie, bo po pierwsze to nasze boisko, po drugie to my byliśmy w tej grze zawodowcami, o ile tak można powiedzieć.
Siatkówka cieszyła się wtedy ogromną popularnością, Jurek ją wymyślił, tak myśleli najmłodsi. On też zawsze ustalał drużyny, kto z kim gra i sędziował dorosłym. Od niego nauczyłem się zasad gry i jako takiego siatkarskiego myślenia. Jurek stale podkreślał, że to gra dla inteligentnych ludzi, nie to co na przykład piłka nożna.
– W nogę każdy głupi potrafi- reklamował w ten sposób siatkówkę.

Po wakacjach już mniej graliśmy, bo warunki nie były najlepsze, coraz zimniej, więc trzeba trochę pobiegać. Nożna lub kosz. Ale od tych wakacji zaczęło się wszystko. Przed kolejnymi, gdy mnie ktoś zapytał o plany, odpowiadałem:
-Jak zwykle, najpierw akcja zbierania surowców, a potem zakupy i gra w nową dyscyplinę.
Pamiętam, że wynikiem kolejnej akcji były wrotki. Wszyscy kupiliśmy sobie wrotki, nie rolki, nie deskę ale wrotki, bo Marek dostał na urodziny i powiedział, że łyżworolki są dla dziewczyn, a deskorolki dla małych dzieci zamiast wózka.
Ja mam wrotki, a Justyna łyżworolki, to znaczy ma już drugie, bo z tamtych wyrosła.

Dwa lata później byliśmy już tacy duzi, że tylko tydzień zbieraliśmy makulaturę, butelki i złom. Zajęliśmy się czymś trudniejszym, zresztą tata mówił, że to ponad nasze siły, rozładowywaliśmy starszym ludziom węgiel i wiadrami znosiliśmy do piwnic. Wszystko zaczęło się tym razem od Heńka, który poprosił nas o pomoc w zniesieniu do piwnicy węgla jego ciotce. Niemal podpisaliśmy umowę z woźnicą, który swoim zaprzęgiem rozwoził węgiel po mieście, że codziennie będzie nas informował, do kogo jedzie.
Kupiliśmy wówczas stół do ping-ponga i dla wszystkich rakietki.

-O czym tak myślisz?

Karolina, jaka ona piękna.

– Tak sobie, zapisuję w myślach, a raczej restartuję moją pamięć- czuję na twarzy rumieniec i gębę.- Nie ma właściwie słowa w naszym języku na określenie tego, co robię.
Zainteresowało ją moje stwierdzenie.
– To ciekawe, wiesz, chodźmy razem do domu, to porozmawiamy, dobrze?
Mowa.
W osiem sekund stoję na straży przed szatnią dla dziewczyn.

– Pamiętasz może moje sprawozdanie z ekologii o zatruciu wody w naszym mieście?
Idziemy razem.

Tak długo na to czekałem, Boże, wiem, że czuwasz nade mną, proszę Cię, niech te chwile trwają dłużej niż normalne.
Wiem; i tak będą dłuższe, bo przecież będę je odtwarzał co najmniej do następnego spotkania z Karoliną, takiego jak dzisiaj. Więc może znów za rok…
Iść z nią, słuchać jej głosu…

Jej włosy musnęły moją twarz, jak one pachną, szybko muszę sobie ten zapach zapamiętać, muszę zaraz iść do sklepu i kupić takie same…
Jak to zaraz, przecież teraz jestem z nią i chciałbym być długo, długo…

– Hej, jesteś ze mną jeszcze?
Jak ona do mnie mówi, tak ładnie i delikatnie.
Macha mi przed nosem swoją śliczną dłonią.
– Jestem, jestem, cały czas cię słuchałem.
– Właśnie widziałam. Wiesz, ty zawsze jesteś taki zamyślony. Jestem przekonana, że w twojej głowie rozum nie zasypia.
Roześmialiśmy się, bo powiedziała to takim dziecięcym i naiwnym tonem, specjalnie, żeby mnie rozśmieszyć.

O tych włosach należy jej się wiersz…
– Przepraszam, zamyśliłem się.
– Powiedz, o czym myślałeś?
– Nie mogę się zdradzić, to tajemnica.
– To ja się obrażę- znowu zrobiła minę jak dziecko.- No więc?
No i co ja mam teraz zrobić, powiem prawdę, wyśmieje mnie albo nie będzie chciała ze mną rozmawiać.
A może jej powiem.
Co?
No, że się boję i dlaczego boję.
Trzeba coś zrobić, bo za chwilkę możemy się rozstać. Ratunku!
– Myślałem o tobie…
– O mnie?

Gęba, purpura, jestem skończony…
Ludzie, ja się spalam…

– Wyjaśnij mi więc to, o czym mówiłeś przed salą.
– Tylko nie wiem jak- uratowała mnie, czy ona wyczuła albo widziała, co się ze mną dzieje?
-Znowu się zamyślasz, wracaj do mnie.
Powiedziała to takim tonem, że już muszę wszystko poukładać w całość.
-Wiesz Karolina, to jest trochę dziwne. Może ty też to czasami czujesz. Otóż mam na swoim twardym dysku komputera wiele programów, które sobie skopiowałem, ale nie miałem czasu na ich głębsze poznanie. No i całkiem przypadkowo włączam któryś i okazuje się, że wcześniej go nie rozumiałem albo źle oceniłem jego przydatność, za to w tym danym momencie po włączeniu przyglądam się jemu i widzę go innym, jaśnieje mi w głowie i okazuje się, że ten program jest genialny.
Powiedziałem to wszystko jakoś za szybko i teraz boję się, że stracę wątek i nie będę umiał oddać prawdy zawartej w tym komputerowym porównaniu.

– A jak to się ma do rzeczywistości?
– Uff, już się bałem, że przekręcę wszystko. No właśnie chodzi o to, że są w naszym życiu sprawy i wydarzenia, które dopiero po jakimś czasie tak naprawdę nabierają jakiejś mocy. Na przykład na boisku, po twoim pytaniu o różne dyscypliny sportu przypomniałem sobie szereg wydarzeń z podwórka, których wcześniej nie analizowałem. Po prostu są to fakty z mojego życia, wydarzenia, w których brałem udział, ale wcześniej w ogóle żadnego nie analizowałem. Po prostu żyłem.
– Oceniasz je dopiero po czasie?
– Właśnie, jesteś genialna!
Jestem bardzo zadowolony z tego, że ona mnie zrozumiała. Wydawało mi się, że to wszystko jest nie do ogarnięcia naszymi umysłami.
– Ja też często łapię się na tym, że wspominam jakieś wydarzenia.
– Ale Karolina, czy to można nazwać wspomnieniami?
– Wydaje mi się, że właśnie to są wspomnienia.

Idziemy w milczeniu. Myślimy.
Trochę ochłonąłem.

– Ale ja się nie zgadzam.
– Rozumiem.
– Żartujesz?
Śmiejemy się, gęba na chwilę znika. Rozprężam się.
– Na boisku określiłeś to jako restartowanie.
– No właśnie- jak ona wszystko pamięta.- Bo widzisz, moim zdaniem wspomnienia są wtedy, kiedy człowiek coś faktycznie przeżyje. Poczekaj, ucieka mi wątek. No, ale wiele razy okazuje się właśnie, że dopiero w momencie wspominania wydarzenia, ja je faktycznie przeżywam, bo dopiero po czasie dotarło do mnie, jakie to wydarzenie miało sens i jaki wpływ ma na moje życie.
Chyba nie przekręciłem niczego.
– Jesteś genialny.
Ten komplement był niezasłużony.
– Może skonsultujemy ten pogląd z kimś starszym?

– Obawiam się, że starsi mają na to swoje nazwy i wydaje im się, że wszystko jest już odkryte.
– A nie jest tak?- Karolina uśmiecha się do mnie porozumiewawczo.
– Możliwe.

Ocknąłem się na tyle, aby zauważyć, że już dawno minęliśmy ulicę i dom Karoliny. Przed nami akurat cukiernia.
– Karolina- wypaliłem nagle- może wstąpimy na pączka?
Kiwnęła głową, więc wchodzimy.
Stoimy w kolejce, ale we mnie cały czas coś pulsuje.

– Karolina, posłuchaj, jeżeli dorośli już wszystko wiedzą i wszystko nazwali, to oznacza, że nauka jest martwa, a wiedza zamkniętą księgą?
Spojrzałem jej w oczy…

Widzę w nich wszystkie odpowiedzi, cały świat, tak jakby ogrom nauki był niczym. Wydaje mi się teraz, że jeden jej pocałunek jest więcej wart, niż wszystkie ścieżki logiczne, po których nieustająco chodzi mój umysł.

– Cześć Karolina!
A to klops. Spotykamy w cukierni dwie koleżanki Karoliny. Chciałem usiąść przy stoliku z Karoliną tylko. A to pech, że akurat musiały być tutaj.
– Możemy dosiąść się do was?
Pyta jedna z nich, ale wcale nie pyta, bo siada. Obie już siedzą i rozkładają swoje ciastka.
Karolina uśmiecha się do mnie.
– To mój kolega, Robert- przedstawia mnie- a to Ewa i Malwina.
Teraz ja uśmiecham się do obu przez grzeczność, ale z chęcią poprosiłbym, aby sobie poszły.
– To ten, o którym wciąż opowiadasz?
– To twój chłopak?
Gapią się na mnie natrętnie, ja ugryzłem właśnie pączka, ale nie myślę nawet, aby go przełknąć. Jestem zszokowany ich pytaniem.

Zerkam na Karolinę. Jest cała czerwona.
I co teraz mam zrobić?
Potwierdzić? Udawać, że nie słyszałem pytania?
Przecież one nie mnie pytają?
– Tak- Karolina przyznaje się i prosząco patrzy na mnie.
– Tak- przytakuję i chyba się uduszę tym pączkiem, ratunku…

Jestem cały czerwony, parzą mnie policzki…
Niech ktoś coś powie…
Niech mnie ktoś uszczypnie… Obudzi…
Mięczak!

– Widziałyśmy dzisiaj w szkole trening naszych chłopaków, są bombowi!
Jakie one rozgadane i głośne.
– Malwina chciałaby chodzić z Brzytwą, bardzo jej się podoba- połyka smacznie kęs Ewa.- Jeszcze mu o tym nie mówiła.
– Przestań, nie mam szans, każda by chciała mieć takiego chłopaka, nie Karolina?
Karolina poczerwieniała.
– Zależy, jakiego człowieka szukasz…-Niemal wyjąkała.
– Jak to jakiego, musi być przystojny i wzbudzać respekt.
– Nie zaszkodzi, jeżeli przyjedzie po ciebie na dyskotekę samochodem- dorzuca Malwina.
– A jak wy załatwiliście tę sprawę?

Zaczynam powracać do pełni władz umysłowych.
– Przepraszam, nie wiem, o co pytasz?- Przybieram poważny ton, może pomoże mi to myśleć logicznie.
– Jak powiedziałeś Karolinie, że chcesz z nią chodzić?
To tylko gra, to nie może być jawa.

Więc zagram, nie mam wyjścia…
– To bardzo proste, mogę ci tylko powiedzieć, że jeśli dwoje ludzi czuje do siebie to samo, to żadno nie musi nic mówić.
Malwina już skończyła ciastko i wyciera serwetką usta.
– Jak to, więc nie mówiłeś Karolinie, że chcesz z nią chodzić?
– Nie, pewnego razu kupiłem jej kwiatka, pocałowałem ją w dłoń i potem już tej dłoni nie wypuściłem.
Oszalałem?
Popatrzyły na mnie ze zdziwieniem, a potem spojrzały na Karolinę.
Teraz ja na nią popatrzyłem.
Jest czerwona. Chyba się domyślam, jak się teraz czuje.
– I to ci wystarczyło?
Ewa patrzy na Karolinę przenikliwym wzrokiem.
Moje serce bije coraz mocniej.
– Tak.

Jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Boże, dziękuję Ci za wszystko, za łaskę tej miłości, którą mi dałeś.

Pędzę do domu.
Jestem spóźniony na obiad jakieś dwie godziny i chyba dostanę reprymendę. Niech tam, jakoś to przeżyję.
Nie, nie dociera to do mnie. Nic do mnie nie dociera. Może po latach jakoś inaczej będę to odbierał, ale teraz to wszystko do mnie nie dociera. Jak to możliwe, że śliczna dziewczyna, najmądrzejsza na świecie i najlepsza czuje do mnie to samo co ja do niej.
To niesamowite. Świat jest wspaniały!

Karolina, jak ja ciebie kocham. Jakie życie jest piękne!

– Gdzie ty się podziewałeś po szkole?
Mama odgrzewa mi obiad. Bardzo ją kocham.
– Właściwie nie powinnam dać ci obiadu, bo za dwie godziny kolacja.
– Chciałem ci powiedzieć właśnie, że nie będę na kolacji. Idę na dyskotekę z koleżanką.
– O, więc to dla niej kupiłeś tę różę, a ja myślałam, że dla mnie- mama całuje mnie w czoło i uśmiecha się.- Zaczynam przegrywać z jakąś dziewczyną?
– Zawsze będę cię kochał, mamo.

rozdział 5 – królestwo Ogórasa

Dawno, dawno temu żył sobie krasnal Robimir. Był znany na całej polanie, a jego sława sięgała lasu. Znany był z odwagi i ogromnej siły. Nie.
Taki początek jest zbyt standardowy. Może inaczej.
Dawno, dawno temu żył sobie krasnal Robimir, mój prapradziad. Od dzieciństwa słynął z mądrości, której zazdrościli mu wszyscy. Potrafił na przykład obliczyć odległości pomiędzy gwiazdami i wyprodukować kieszonkową bombę atomową, gdyby jego państwu zagrażało niebezpieczeństwo.
Nie! Taki początek to kpiny. Inaczej.
Czy w ogóle można dzisiaj wymyślić jakąś ładną baśń dla dzieci bez bomby atomowej?

Myślę.
Obudziłem się już czy zasypiam…
Dlaczego akurat muszę układać bajkę?
Czasami śni mi się wspaniały świat.
Mimo że potrzebuję dużej ilości snu, niewiele śpię. Powinienem iść z tym do lekarza.
Głupek.
Przecież tata jest pod nosem, a nigdy z nim o tym nie rozmawiałem.

Dawno, dawno temu żył Robimir. Był zwykłym krasnalem, ale…

Banalne. Zbyt banalne.
Kto uwierzy w postać, o której najpierw narrator powie, że jest przeciętna, a później wymyśli sobie jakieś ale i ni stąd ni zowąd zrobi się monstrum, gigant, superman?!

Przecież dzieci uwierzą, bo bajki są dla dzieci.
Dawno, dawno temu…

Jeszcze nie tak dawno, kilka lat temu leżeliśmy sobie razem z Justyną i dla ćwiczeń albo po to, aby nie zasnąć za prędko, opowiadaliśmy sobie wymyślane naprędce bajki. Justyna albo ja zaczynałem, a potem to już było dopowiadanie. Ona mówiła kilka zdań, potem ja kończyłem jedną, a zaczynałem drugą myśl i odwrotnie.
Największym powodzeniem wówczas cieszyły się bajki ogrodowe. Ich bohaterami były warzywa i owoce. Justyna zwykle zaczynała od zdania: Dawno, dawno temu było sobie zaczarowane królestwo. Ja później rozwijałem wątek: Władcą tego królestwa był największy na świecie Ogóras…

Potem już szło jak z płatka.

Największym problemem królestwa było nawadnianie ziemi tak, aby obywatelom żyło się dostatnio i aby nikt nie narzekał na króla. Z tego powodu najbardziej cenionymi ludźmi byli inżynierowie budowlani znający się na budowie zapór wodnych, studni głębinowych i wodociągów. Najbardziej znanym był od pewnego czasu Zielony Pomidor.
Do swoich wielkich zaszczytów Zielony Pomidor doszedł uczciwą pracą. Jemu to ludność królestwa zawdzięczała wiele.

Kiedy nastąpiły nie notowane do tej pory susze, wydawało się, iż połowa królestwa Wielkiego Ogrodu uschnie nim zdoła dojrzeć. Wszyscy byli pogrążeni w żałobie, przestano wyczekiwać na jakiś cud.
Niestety, także i inżynierowie królewscy załamali ręce i stracili wiarę w możliwości wyjścia z nieszczęścia
Wszyscy obywatele Wielkiego Ogrodu usychali z pragnienia pochowani pod uschniętymi liśćmi lub gdzie indziej szukając cienia przed uciążliwym gorącem. Wydawało się, iż kolejny dzień upału spowoduje katastrofę.

Zrozpaczony Ogóras wydał, jak mniemał wtedy, ostatni swój dekret:
„Do wszystkich obywateli Wielkiego Ogrodu.
Nadeszły najgorsze dla naszego królestwa czasy suszy. Mogą się one skończyć dla tragedią, jeżeli najpóźniej jutro nie otrzymamy życiodajnej wody. Apelujemy do wszystkich zdolnych warzyw i owoców, aby pomogły przezwyciężyć klęskę suszy. Tym, którzy najbardziej przyczynią się do jej likwidacji, obiecujemy w nagrodę wszelkie tytuły i miejsce na dworze. W tych trudnych chwilach łączymy się ze wszystkimi rodzinami, których dzieci uschły z powodu suszy.
Bądźmy wszyscy dobrej myśli.”

Wieczorem tego tragicznego dnia do bram pałacu królewskiego ktoś zakołatał. Służba leniwie otworzyła bramy. Stał przed nimi ubogo ubrany i wysuszony niemal całkowicie Zielony Pomidor, który przedstawił się jako inżynier i prosił o posłuchanie u króla.
Nocą, kiedy nastały ciemności i ożywczy chłód, wszyscy obywatele zdolni do pracy pojawili się przed pałacem Ogórasa. Każdy miał ze sobą łopatę do kopania i wiadra. Całą noc kopano trzy studnie tak głębokie, że można byłoby wrzucić do nich Wielki Ogród. Oczywiście że dokopano się do wody, pozakładano rurki i nad ranem wszyscy obywatele mieli świeżą upragnioną wodę.

Susza trwała jeszcze kilka tygodni, więc wszyscy zginęliby na pewno, gdyby nie Zielony Pomidor.
Dopiero po nastaniu normalnych czasów i zakończeniu suszy wszyscy naukowcy i zwykli obywatele zaczęli pytać się, jak to możliwe, aby garstka warzyw i owoców dokonała takiego wyczynu. Zachodzono w głowę, naukowcy kiwali głowami stojąc przy ogromnych studniach.
– Wasza królewska mość- meldował naczelny inżynier- tego nie daje się racjonalnie wyjaśnić. Gdybyśmy chcieli dzisiaj wykopać takie studnie, to na jedną potrzebowalibyśmy około dwóch miesięcy, a nie jednej nocy. Na wykopanie trzech musielibyśmy mieć odpowiednio pół roku lub dłużej.
Zielonego Pomidora wezwano przed oblicze Ogórasa, aby wypowiedział się na ten temat przed całym światem nauki.
– Są chwile, wasza wysokość, kiedy w nas wszystkich pojawia się tak ogromna determinacja i siła woli, że razem wspólnie bylibyśmy w stanie dokonać cudów.
– O, o, właśnie to, to. Wasza królewska mość, to był po prostu cud, chociaż nauka nie uznaje tego terminu.
Król naradzał się godzinami ze swoimi naukowcami i specjalistami różnych dziedzin. Wreszcie kilka tygodni po suszy wydano dekret królewski:
„Wszyscy obywatele Wielkiego Ogrodu
W godzinach największej trwogi, kiedy wydawało się, iż nie ma ucieczki przed skutkami uciążliwej suszy stulecia, z dobrym pomysłem zgłosił się do nas Zielony Pomidor. Dzięki temu pomysłowi i pracy wszystkich obywateli wybudowano trzy studnie, które uratowały nam wszystkim życie. Stała się przy tym rzecz niesłychana, istny cud, dosłownie. Polegał on na tym, że jednej nocy wykonaliśmy pracę, na którą w normalnych warunkach potrzebowalibyśmy kilku miesięcy.
Aby uniknąć wszelkich podejrzeń i plotek podajemy do wiadomości, iż istotnie nasz ratunek był wynikiem determinacji i wspólnego działania wszystkich sił materialnych i duchowych. Dla uczczenia tego wydarzenia w dzień ten będziemy odtąd obchodzić święto Jedności Ogrodowej ku chwale wszystkich.”
Zielony Pomidor czytając ten dekret uśmiechał się do siebie.

Justyna pewnie spytałaby, dlaczego on się uśmiechał do siebie.
Nie, jeśli ją dobrze znam, już przy pierwszych objawach suszy zasnęłaby jak suseł. Zazdroszczę jej snu, po prostu przykłada głowę do poduszki i po chwili zasypia. Ja potrzebuję nieraz połowy nocy na to, aby wreszcie zasnąć. Tak jak teraz.
Ale co z Zielonym Pomidorem? Przecież ten końcowy śmiech musi coś oznaczać, coś czytelnego, aby wszyscy wiedzieli, co jest grane. To znaczy, jaka myśl i pouczenie zawiera bajka.
Czy musi zawierać?
Takie są prawa gatunku, bajki dla dzieci mają najczęściej charakter dydaktyczny. No dobrze, więc co ja właściwie mam wykazać jako narrator tej bajki? Po pierwsze ludzie w czasie zagrożenia stają się jednym organizmem. Wiadomo, my Polacy ponoć szczególnie z tego słyniemy, takie zdania towarzyszą wielu interpretacjom lektur, których analizy czytałem. A zatem nic nowego.
Klapa.
Będzie to bajka o złym Pomidorze. Przerobimy tu i ówdzie, dopiszemy kilka scen w rodzaju, że niby Zielony wcześniej znał rozwiązanie, bo odkrył tajemniczą księgę prawdy, ale że sknera chciał wydusić z kasy królestwa złoto, nie zdradzał się wcześniej. Albo miał zamiar dostać w zamian za odkrycie tajemnicy córkę króla Ogórasa. W takim razie dopiszemy, że król miał córkę.
Nie, to nie przejdzie. Wszystko jest naciągane. Czy nie może zostać tak jak jest?
No, w ostateczności. Ale co tutaj się właściwie stało? Przyszedł wybawca narodu, skierował uwagę ludu na łopaty, wszyscy wzięli się razem do roboty i bum!
Czy to nie jest prawdopodobne?
Niby tak, ale czegoś tu brakuje, bo przecież król mógł wcześniej sam wpaść na pomysł wykopania studni.
No właśnie, dlaczego oni wykopali trzy studnie? Zapewne aby zwiększyć prawdopodobieństwo dokopania się do wody. Czy nie wystarczyłyby dwie?
Fakt, chyba wystarczą dwie, więc trzeba to zmienić. Ale zaraz, trzy dlatego, aby pokazać czytelnikowi ogrom, ilość narodu oraz jego możliwości. Egipcjanie też wykonali nieziemską robotę. Że też nie mieli czym się zajmować. A może mieli podobną podbramkową sytuację bez wyjścia?
Do czego mogły służyć piramidy?
Niemożliwe, ktoś, komu wisi miecz nad głową nie traci lat na szlifowanie i dopasowywanie kamiennych brył. A studnie w bajce są zrobione byle jak, byle tylko dawały wodę. Dopiero po katastroficznej suszy trzeba będzie to wszystko poprawić.
A, właśnie dlatego uśmiecha się Zielony na koniec, bo wie, że nie koniec zadania.

Przyznajmy, że Zielony uśmiecha się na koniec przez przypadek i chodźmy spać.
To byłoby zbyt proste. Bo widzisz, braciszku, nie ma róży bez kolców, to oznacza, że…

Ja już zaczynam bredzić…

Zielony nie uśmiecha się na koniec i bajka nie ma morału.
Musi mieć.
A więc niech będzie o możliwościach ludzi zjednoczonych…
Nie, czytelnik zapewne będzie chciał wiedzieć, dlaczego Ogóras i jego inżynierowie nie wpadli wcześniej na pomysł Zielonego?
Oni byli źli, dopiszmy, sami pławili się w wodach swoich basenów i guzik ich obchodził naród i obywatele. Więc trzeba o tym napisać. To zmieni całkiem zakończenie bajki.
Jak to?
Trzeba będzie ukarać tych złych.
Nie, w takim razie to rozwiązanie odpada. To ma być bajka po prostu o zdarzeniu, które miało miejsce dawno, dawno temu. Trudno dzisiaj po tylu latach dociec, dlaczego to właśnie Zielony wpadł na pomysł studni.
Tak, to genialna myśl. Trzeba wpisać do bajki informację, że nie znano jeszcze wtedy pomp i studni.
Nie. Wtedy wyjdzie na to, że nie jest to bajka, ale legenda o wynalazcy studni, a przecież to nie tak.
Jeszcze raz. Inni inżynierowie poddali się, próbowali bezskutecznie wszystkiego…
Ale tylko Zielony trafił na odpowiednie miejsce, czas i okoliczności.
Eureka! To jest jak najbardziej logiczne, wniosek: są ludzie w historii narodów, którzy nie koniecznie muszą uchodzić za geniuszy, ale ich wkład w narodowe dobro jest wielki lub ogromny, pozytywny lub negatywny. Wystarczy tylko, że trafią oni na odpowiedni czas historyczny i okoliczności, aby na trwałe wejść do panteonu.
Są bohaterowie narodowi pozytywni i negatywni. Zielony jest niewątpliwie postacią pozytywną i to powinno wystarczyć czytelnikom bajki.
A jeżeli czytelnik uzna w takim razie, że w zasadzie życiem ludzkim rządzi przypadek, bo przecież nie jest zapisane, że Zielony był wybitny, zdolny i tak dalej, ale że po prostu zakołatał do bram dworu Ogórasa.

Zamknięte koło… Koniec… Nie potrafię sprostać temu zadaniu i chyba nigdy nie będę dobrym bajkopisarzem.

A może robimy błąd wszystko tak dogłębnie analizując i szukając przyczyn i skutków. Może nie powinno być takiego braku zaufania do prawdy. Ot po prostu Zielony Pomidor wybawił obywateli od klęski i kropka.
Dostał za to nagrodę i kropka.
Wszyscy byli zadowoleni i kropka.
Żadnych podtekstów i insynuacji, nie było stron dobrych i złych, natura próbowała swoich sił, ale nie udało się, kropka.
Morał?
Boże, było sobie wydarzenie, kropka.
Historia.

Nie, nie mam już siły myśleć o tym, spać, spać…

Syndrom Zielonego Pomidora: trafił w odpowiedni moment, ale i tak wszyscy dzisiaj uważają go za cudotwórcę albo podstępnego inżyniera, bo przecież logika musi znać wszystkie ale.

Na drzewo z logiką…

Karolina, jaka ty jesteś piękna…

Zielony Pomidor był geniuszem, wynalazł studnię. Przed nim pito wodę z rzek i deszczówkę. Geniusz.
Przed Homerem nikt nie znał Troi.