"Życie to nie teatr…"

Rozdział 11

Medyk z Jachimem zmierzali w stronę ulicy Słowackiego, gdy Filip dopadł ich przed skrzyżowaniem.
-Medyk, czekaj, mam do ciebie pytanie!- Dołączył do kolegów.
-Jak tam wakacje, Filip?- Medyk pytał uśmiechnięty.
-OK., większość w domu, a ty?
-Byłem miesiąc na obozie treningowym nad morzem, potem pojechałem do Włoch na tydzień, reszta znów na obozach.
-Co ty, całe wakacje trenowałeś?
-Prawie.
-To już rozumiem, dlaczego po bieganiu byłeś taki rozluźniony.
-To dla mnie rozgrzewka.
Zbliżali się do kiosku ruchu na Słowackiego, przed którym stanęli.
-To ja się zmywam- powiedział Jachim podając dłoń Medykowi i Filipowi.
-Trzymaj się- rozstali się z Jachimem.

-Słuchaj, Szymon, nie znasz dziewczyny o imieniu Luiza z waszego ogólniaka?
-Ta z wielkimi cyckami i zarostem na nogach?
Filip zastanowił się chwilę.
-Kosowska, o ile się nie mylę?- Udawał, że nie pamięta.
-Kosowska?!- Niemal wykrzyknął.- To usiądźmy najpierw, bo nogi mnie bolą od stania.
Usiedli na ławce za kioskiem ruchu przy niewielkiej huśtawce.
-Co ciebie konkretnie interesuje?- Specjalnie przedłużał.
-Wszystko, co wiesz.- Filip z trudem hamował podniecenie.
-Serce ci do niej mocniej zabiło?- Śmiał się.- Nie tylko tobie, nie martw się.
-Ma chłopaka?
-Nie, no właśnie, nie ma i każdy by chciał nim zostać.
Z Filipa uszło powietrze i strach. Bał się, że dziewczyna ma chłopaka, a z nim zadaje się tylko dla polepszenia samopoczucia.
-Słyszałem, że zmienia chłopaków jak rękawiczki?
Medyk spojrzał na niego podejrzliwie.
-No, to może to ta druga Luiza, co mówiłeś, że ma zarost i duże cycki?- Kontynuował Filip.
-Gadanie, taka w ogóle nie istnieje, żartowałem, żeby cię sprawdzić.
-Niezły jesteś. Więc mówisz, że to jedyna Luiza w ogólniaku?
-Taaa…- Zamyślił się.- Piękna dziewczyna i nie do zdobycia dla przeciętniaków. Jedni mówią, że zadziera nosa, inni ją podziwiają.
-A ty, znasz ją osobiście?
-Miałem przyjemność ją poznać. Chłopaki mówili o niej dużo i chciałem ją poznać, ale nie było okazji. Wreszcie nadarzyła się. Trenowałem na bieżni i ich klasa tam przyszła. Zapytała, czy nie jestem z Wołczyna, bo widziała mnie tutaj. Ja, że oczywiście, jestem z Wołczyna. Potem rozmawialiśmy o bieganiu i mówiła, że podziwia takich, którzy coś trenują, bo sport jest piękny. Czujesz?
-Ona też coś trenuje?
-Czasem biega rano lub kiedy najdzie ją ochota, ale na sport nie ma czasu.
-To, co ona robi z czasem?
-Wiesz, jest jedną z pięciu najlepszych w szkole, więc kuje!- Zaśmiał się ironicznie.- Ma w domu rodziców nauczycieli, sam rozumiesz?
Przerwał i zamyślił się.
-To mówisz, że wielu by chciało z nią chodzić?
-Wiesz- Szymon zrobił minę filozofa- ona nie jest z tego świata, to znaczy z naszego prowincjonalnego. Ona ma klasę, łeb jak sklep i daleko zajdzie, a my?
-A co, przed nami zamknięte?- Filip oburzył się.
-Nie, tyle że w świecie trzeba mieć układy albo być kobietą i mieć piękne ciało, a ona jest w dodatku mądra.
-I nie miała chłopaka?- Dziwił się.
-No, może tam z kimś poszła na lody, jak na przykład ze mną, ale nic więcej. Nie ma czasu chodzić.
-Byłeś z nią na lodach?
-Spotkaliśmy się w Wołczynie i poszliśmy do „Fiołków”, trochę spacerku i nic więcej.
-A pytałeś, czy nie chciałaby z tobą chodzić?
-Nie. Rozmawialiśmy o chłopakach i ona powiedziała, że chłopaki wcale o siebie nie dbają.
-Co to znaczy?
-No, wiesz, nie zwracają uwagi na higienę, mają krzywe zęby, nie potrafią zadbać o ubranie, są zarozumiali i nie można z nimi o niczym pogadać.
-Jest wymagająca, nie ma co.
-Ma dużo racji. Niektórzy zmieniają skarpetki raz na dwa tygodnie, a łepetyny myją przed dyskoteką, żeby nałożyć znowu tony żelu czy jakiegoś innego świństwa, postawić grzywki i tak dalej.
-Tak, to żenujące z tymi grzywkami i żelami.
-Większość chłopaków nie wie, co to jest antyperspirant- roześmiał się.
Filip także się uśmiechnął.

Wpadł do domu jak huragan.
Na stole w kuchni czekała na niego kolacja. Porwał z talerza dwie kanapki i rozbierając się w przedpokoju połykał spore kęsy.
Wszedł na chwilę do swojego pokoju, rozglądnął się, położył zegarek. Potem poszedł do pokoju rodzeństwa. Kamil siedział przy komputerze, a Ania bawiła się lalkami. Na łóżku siedziała matka i zszywała rozdarte spodnie Kamila.
-Wziąłeś sobie kanapki?
-Tak, dziękuję- jadł już drugą kanapkę.
-Mamo, potrzebuję jutro nowy antyperspirant, mogę sobie rano kupić, jak wyjdę po chleb?
-Jeśli ci się skończył, to możesz.
-A co to jest?- Spytała Ania.
-Kosmetyki dla mężczyzn- wyjaśnił Filip.
-To ty już jesteś mężczyzną?- Ania patrzyła na niego rozbawiona.
-A jak myślisz, księżniczko?
Wziął ją na ręce i przytulił do siebie, następnie zaczął łaskotać pod bokami. Dziewczynka śmiała się i ratowała ucieczką z jego uścisków. Postawił ją na podłodze i odwrócił do wyjścia.
-Co teraz będziesz robił?- Kamil odwrócił się od peceta.
-Kąpię się, potem mam do wykonania telefon, a coś chciałeś?
-Nic ważnego, jak będziesz miał chwilkę, to musimy pogadać.

Starannie umyty i ubrany w spodenki od piżamy zerknął w lustro.
Nie potrafił zbyt długo patrzeć na siebie, nie podobał się sobie i wielu chłopakom zazdrościł urody. Zarysowane mięśnie klatki piersiowej i wyraźne mięśnie brzucha odziedziczył po ojcu. Był chudy jak szczapa, zbliżał się wzrostem do dwóch metrów i była to dla niego magiczna cyfra. Chciał mieć dwa metry.
Włosy miał ciemniejsze niż w dzieciństwie, a oczy niebieskie- to jego ulubiony kolor. Miał wiele koszulek w kolorze niebieskim i granatowym.
Po raz pierwszy golił się na Wielkanoc. Nie miał obfitego zarostu, chociaż bardzo by chciał mieć, ale musiał się golić.
Uśmiechał się do swojego odbicia w lustrze.
-Zęby, jasna cholera, mogłyby byście być trochę bielsze!- Zaczął je szczotkować.
Marzył, aby taka dziewczyna jak Luiza zainteresowała się nim. Teraz już wiedział o niej więcej i cieszył się, że umówiła się z nim do kina.
-Widzisz, Medyk, kino to nie lody- żartował do siebie.
Był z siebie dumny.

-Filip?!- Matka pukała do drzwi łazienki- Telefon do ciebie, odbierzesz?
Oprzytomniał.
-Idę, moment!- W pośpiechu płukał zęby.
Wypadł do przedpokoju i wziął do ręki słuchawkę.
-Tak?!
-Filip? Cześć, tu Luiza. Czekałam na telefon od ciebie i dzwonię sama, bo zaraz idę spać, niedługo dziesiąta.
-Przepraszam, miałem dzwonić, byłem na treningu, potem zasiedziałem się z kolegą na ławce, sorki…- Czuł, że cały się czerwieni.
-Wybaczam. Mam dla ciebie złe wiadomości.
Filip zamarł.
-Jesteś tam?- Głos Luizy nie był wcale groźny.
-Tak, tak…
-Mam zajęte całe popołudnia i nie możemy umówić się do kina, chyba że w niedzielę. Jednak w tę niedzielę nie możemy, ponieważ będę u babci w Wołczynie. Słyszysz?
-Słucham cię cały czas, mów.

-U was kino jest nieczynne, dlatego zapraszam cię w niedzielę na lody?
-Może „Fiołki”?- Mówił ironicznie, ale ona nie mogła tego wiedzieć.
-Dobrze, ale ja stawiam tym razem.
-Rozumiem.
-Bardzo cię przepraszam za kłopot.
-Nie ma za co, nic się nie stało, ja właściwie też nie mam czasu, więc mogą być lody- mówił zrezygnowanym głosem.
Milczenie.
-A jak tam pierwszy trening po wakacjach?
-Cool, nic nie powiem- rozchmurzył się nieco- jakoś dałem radę.
Przez słuchawkę słyszał sygnał sms.
-Dostałaś sms?
-Teraz ty jesteś najważniejszy.
Te słowa nie wywarły na nim wrażenia.
Chwila ciszy w słuchawce.
-O której jutro kończysz?
-Po pierwszej.
Przerwał zdanie, przestało mu się chcieć mówić.
-Jesteś tam, Filip?
-Tak, zamyśliłem się, przepraszam.
-To do zobaczenia w niedzielę?
-Chyba tak, nie wiem, to szmat czasu, wszystko może się zdarzyć…
Chwila ciszy.
-Gdyby coś się zmieniło, daj znać.
-Dobranoc, śpij dobrze- to nie było miłe z jego strony.
-Trzymaj się…
Pierwszy odłożył słuchawkę. Zapomniał o ręczniku, który trzymał w ręce. Szedł załamany do swojego pokoju. W drzwiach pokoju stał Kamil i chciał z nim porozmawiać.
-Jutro, Kamil, dzisiaj mam dosyć- burknął.

Nie mógł zasnąć.
Leżał na łóżku i różne myśli przychodziły mu do głowy. Zadawał sobie wiele pytań, nachodziły go wątpliwości i gubił się w podejrzeniach.
Miało być kino, będą „Fiołki”. Miał do niej zadzwonić, ona zadzwoniła. Nie, to w ogóle nie miało być tak. To on miał ją gdzieś spotkać i zaproponować spotkanie. Niby zaproponował lody, ale tylko tak sobie, żeby nie pomyślała, że chciał ją wtedy wykorzystać, bo Kamil i Ania zjedli jej loda. Ale to ona upomniała się o to.
Ona jest jakaś dziwna. Tak, to jakaś wariatka!
-Za Chiny z nią nie pójdę na lody, koniec z nią, po co mi dziewczyna, która nie ma dla mnie czasu?- Mówił sam do siebie.
Przecież ona nie ma czasu, więc po co zawraca mu głowę, o co jej właściwie chodzi?
W myślach zerwał z nią na dobre, ale potem przypomniał sobie, co mówił Medyk. Piękna dziewczyna i dobrze się uczy, to niespotykane.
-Takie panienki zwykle mijają z daleka takich jak ja. Jak to, jakiego znowu? Przecież chodzę do szkoły, mam dobre wyniki, jestem lubiany, trenuję siatkówkę. To mało? Mam plany, matura, wojsko, praca?- Rozważał głośno siedząc na łóżku.- Studniówka… A, niech to! Wielkie mi plany, gdzie teraz jest praca dla takich bałwanów, jak ja?!
Padł na łóżko prawie zemdlony.
Zasypiając, widział ją nad piękną wodą, chciał do niej coś powiedzieć, ale była za daleko, wydawało się, że go słyszy, lecz nie, nie słyszała.
Po całodziennej wewnętrznej szarpaninie i ciężkim treningu zasnął bardzo głęboko, nie słyszał też kolejnej awantury rozbudzonego ojca o kotleta.

Dodaj komentarz