"Życie to nie teatr…"

Rozdział 12

-To jak, Filip, zgadzasz się?- Pytała wychowawczyni na zajęciach z marketingu.
Nieobecny i rozmarzony Filip nie bardzo wiedział, o co chodzi.
-Czy mogłaby pani powtórzyć pytanie?
Prośba Filipa została przywitana salwą śmiechu.
-Pytałam, czy zgadzasz się zostać prezesem Szkolnej Giełdy Papierów Wartościowych?
-Ale to chyba muszą być wybory i głosowanie?
Pani profesor podeszła do jego ławki.
-Puk, puk- zastukała kostkami palców po ławce- czy zastałam pana Dziubińskiego?!
Znowu śmiech.
-Już się odbyło?- Zgadywał.
-Właśnie. Ty zostałeś wybrany, ponieważ wszyscy doceniają twój wkład w pracę w ubiegłym roku dla giełdy.
-Oczywiście, przepraszam, miałem wczoraj ciężki dzień. Zajmę się tym i na poniedziałek przygotuję plan działania.
-Weźmiesz sobie kogoś do pomocy?
-Tak- rozejrzał się- na pewno Marcel mi pomoże, a z dziewczyn Justyna.
Marcel i Justyna zaaprobowali jego wybór.

Po ciężkiej nocy zwykle miał kryzys do południa następnego dnia. Zdarzało się, że całe noce spędzał na marzeniach, myślach o tym, jakim mógłby być człowiekiem, gdyby okoliczności zewnętrzne były bardziej sprzyjające. Na przykład gdyby był przystojniejszy i miał większe powodzenie u dziewczyn.
Tym razem problem do rozważań nocnych był poważniejszy.
Miał na oku dziewczynę, która bardzo mu się podobała, ale trochę dziwnie zachowywała się. Dawała sygnały, że jej się podoba, ale też z drugiej strony trzymała go na dystans. Trzeba jakoś to zadanie rozwikłać. Najlepiej byłoby zapytać się prosto w oczy, ale o co? Ma ją zapytać, czy jej się podoba, czy też ma zapytać o ochotę na wspólne chodzenie? A jeśli go wyśmieje? Nie, nie może tak tego załatwić.
Wyszedł ze szkoły po pierwszej i snuł się Krakowską do rynku. Autobus miał za pół godziny i nie śpieszył się wcale.
Stał przed wystawą złotnika i patrzył na swoje odbicie. Jego zdaniem wyglądał okropnie i wszystko go bolało. Dwa miesiące lenistwa musiały się tak skończyć. Bolały go nogi, bolały ramiona, pękała głowa i jakby tego było mało piekły go dziąsła. Jak miały nie piec, skoro szorował zęby ostrą szczotką przez dwie godziny, wieczorem i rano po godzinie.
Nagle poczuł na barku czyjeś ramię. Odwrócił się i zobaczył Luizę. Wydawało mu się, że to sen.
-Cześć- podała mu dłoń- jesteś punktualny.
-Cześć, jak to?
-Mówiłeś, że kończysz o pierwszej i skończyłeś.
-A skąd ty się wzięłaś tutaj?
-Jak to, mieszkam w Kluczborku i postanowiłam zobaczyć się z tobą.
-Dlaczego?- Był otępiały.
-No wiesz, to chyba jasne?! Po pierwsze chcę cię poznać, po drugie bardzo mi się podobasz, po trzecie jesteś z Wołczyna, po czwarte oboje skończyliśmy lekcje i mamy chwilę do odjazdu twojego autobusu. Mam wyliczać dalej?
Milczał.
-Więc po piąte to ty miałeś to mówić, ale chwilowo ja cię zastępuję.
Analizował dokładnie każde jej słowo i chwilę stali w milczeniu.
-Powtórz jeszcze raz „Po drugie…”- Zażartował.
-Po drugie? Bo mi się podobasz. Idziemy w stronę dworca?
Uśmiechała się do niego.
-Jasne, chodźmy.
Ruszyli razem. Kiedy byli koło rynku, Luiza zatrzymała się.
-Poczekaj chwilkę, coś muszę kupić.
Stał przed żółtymi delikatesami i czekał na nią. Przez oszklone okna widział Luizę stojącą w kolejce do kasy.
Prawie jej nie poznał. Miała dzisiaj rozpuszczone włosy, zieloną, krótką, odkrywającą pępek bluzeczkę, krótką i obcisłą dżinsową spódniczkę, do tego pasek z dużą klamrą zwisającą na biodrach. Na opalonych stopach zielone klapki.
Kiedy wychodziła ze sklepu, patrzył na nią i nie mógł oderwać od niej wzroku.
-Bardzo ładnie dzisiaj wyglądasz- chciał, aby wiedziała, iż mu się podoba.
-Dziękuję, to miło z twojej strony.- Podała mu jogurt.- To dla ciebie, nie wiem, czy działa na zakwasy, ale mam nadzieję, że ci pomoże.
Wziął odruchowo prezent, chociaż nie wiedział, czy wypada.
-Dziękuję, ale to niepotrzebne, jakoś sobie z tym poradzę.
-Nie, nalegam, wypij go, mi kiedyś pomógł.
-Ty coś trenujesz?
-Niestety, chociaż może chciałabym. Tylko w soboty lub w niedziele z rodzinką wybieramy się na jakiś kort i próbujemy poodbijać rakietami dla lepszego samopoczucia, częściej jeżdżę na rolkach.
-A czasami rano biegasz!- Wiedział o tym od Medyka i próbował być złośliwy.
-Skąd wiesz?- Wcale się nie obraziła.- A ty?
-Będę musiał zacząć.
-Nie poszło na treningu?
-Poszło, ale wyszło wakacyjne lenistwo.
-A kto nie jest leniwy?- Roześmiała się.
Popatrzył na nią. Jej uroda onieśmielała go.
Była jakaś taka szczęśliwa i wciąż uśmiechnięta. To go drażniło.
Przeszli skrzyżowanie na światłach koło placu targowego.
-Znam jedną taką osobę, która nie jest leniwa- spojrzał na nią porozumiewawczo.
-O, ja też leniuchuję, bardzo to lubię, bardzo- śmiała się szczerze.
-Akurat.
-Naprawdę. Oczywiście, jeśli mam na to czas.
To go jeszcze bardziej zdenerwowało. Ta dziewczyna ma wszystko rozplanowane i wyliczone, do wszystkiego się przygotowuje, nawet do spotkania z nim.
Skąd wiedziała, że jego ulubiony przysmak to wiśniowy jogurt?
Doszli do przystanku, stało tam kilkoro pasażerów. Niektórym znajomym mówił „Cześć”, inni ludzie przyglądali się im, szczególnie Luizie.
-Jutro też mnie tak zaskoczysz?- Powiedział od niechcenia.
Spojrzała na niego z uśmiechem.
–Trochę ci się ponaprzykrzam w tym tygodniu, w przyszłym będzie już gorzej z czasem.
-Nie przesadzasz z nauką?- Był cierpki i nawet na nią nie patrzył, gdy pytał.
-O, niestety, trzeba pracować, to klasa maturalna, a po szkole dalej do pracy.
-Co robisz po szkole?
-Korepetycje…
-Przepraszam- przerwał jej- przyjechał mój autobus.
-Szkoda…- Nie dokończyła.
-Na ra…- Wskoczył do autobusu.
Usiadł specjalnie za kierownicą, aby nie patrzeć na nią. Coś się w nim zablokowało, czegoś w tym wszystkim nie rozumiał. Kto tutaj, kogo robi w balona? To niemożliwe, żeby ona była nim zainteresowana, przecież jest nikim szczególnym, a taka śliczna dziewczyna zasługuje na lepszego, no na pewno na mądrzejszego. I nie takiego leniwca jak on?
Autobus ruszył, Filip odruchowo otworzył jogurt i przechylił go do ust.
-Ona jest niebezpieczna!- Krzyczał jakiś głos w jego mózgu.- Osacza mnie z każdej strony i to w jednym celu! Tak, żeby mnie ośmieszyć, okręcić wokół palca! Po niedzielnych lodach mnie odrzuci. Niedoczekanie!

Siedział oszołomiony myślami i tępo patrzył w okno. Zdziwił się, że tak szybko przyjechał do Wołczyna. Wysiadł na przystanku w rynku i nie wiedział, co ze sobą zrobić.
-A jeśli to uczciwa dziewczyna i po prostu chce mnie poznać, nic więcej?- Myślał intensywnie.- Tylko poznać, może zaprzyjaźnić się, nie ma w tym nic złego. Ale przecież ja ją kocham!? Nie może się ze mną bawić. O, na to się nie zgadzam. Nie może się ze mną umawiać tylko na lody, musi być coś więcej. Spokojnie, znamy się dopiero kilka dni. Chyba sobie za dużo wyobrażam? Chyba na pewno.
Bał się, że zakocha się nieszczęśliwie niczym bohaterowie literatury romantycznej. Już był zakochany. Zakochany to niewolnik, to mięczak błagający o miłość. Tego nie chciał.

Dodaj komentarz