"Życie to nie teatr…"

Rozdział 23

Komendant marzył o tym, aby kiedyś w polskich szkołach dzieci i młodzież trenowały jakiś sport walki. Dla chłopców najlepszy byłby boks lub zapasy. Wschodnie sztuki walki odpadały. Srożył się na myśl o karate. Był kiedyś na kilku treningach i stwierdził, że to bardzo sztuczne uczyć polskie dzieci sztuki japońskiej czy koreańskiej, w dodatku skrawków języków i filozofii, które zupełnie do niczego nie służą. Co innego boks czy zapasy. Narodowe, no, europejskie sztuki walki. Nie chodziło mu o wyczynowe trenowanie, a jedynie o przygotowanie ogólnorozwojowe.

Miał wiele papierkowej roboty, ale siedział przy biurku w swoim gabinecie i rozmyślał. Wspominał dawne lata i swoje życie. Czuł, że znalazło się na jakimś ważnym zakręcie. Jego szef delikatnie pytał, czy nie chce czasem odejść. Mógł iść na emeryturę, ponieważ odsłużył już swoje, ale to oznaczałoby także koniec trenowania młodzieży. Potrzebował jakiegoś sukcesu sportowego na zakończenie kariery trenerskiej. Filip był najlepszym zawodnikiem oprócz jego syna, na jakiego kiedykolwiek trafił.
Emerytura pociągałaby za sobą także samotność. Nie chciał być sam, lubił pracę z ludźmi i wśród ludzi. Klar nigdy nie narzekał na brak zainteresowania ze strony płci pięknej. Towarzystwa kobiet nie unikał, ale miał wyrobiony gust. Na przykład nie cierpiał otyłych kobiet i takich, które o siebie nie dbają. Jego ideałem kobiety była Justyna Dziubińska. W młodości wysoka i szczupła, ale bardzo kobieca z pięknie zarysowaną talią i biustem. Nie mógł od niej oderwać oczu. Takie też były wszystkie następne kobiety, jakie poznawał, ale z żadną nie ułożył sobie szczęśliwego życia.

Po maturze wybrał się na dwuletnie studium, gdzie poznał przeciętną dziewczynę i jakoś przez przypadek miał z nią syna. Bardzo go kochał. Żona okazała się bardzo leniwa i nie układało im się. Po urodzeniu Szymona bardzo się roztyła. Mawiał, iż z łabędzia zamieniła się w hipopotama. Wielokrotnie próbowała walczyć z nadwagą, lecz bez pozytywnych skutków. Po trzech latach stwierdziła, że to warunki genetyczne i całkiem się poddała. Nie potrafiła wrócić do wagi sprzed ciąży.
Rozstali się po pięciu latach, z których ostatnie dwa były koszmarne. Żona wciąż tyła i dla niego stała się nieestetyczna i obrzydliwa. Juliusz z tego powodu rozpił się i awanturował się. Wtedy też w mieście spotkał Andrzeja Dziubińskiego i zszedł na złą drogę, zapominając o całym świecie. Kilkakrotnie mocno ją poturbował, aż nie wytrzymała i wniosła pozew o rozwód.
Sąd przyznał prawa rodzicielskie matce a Klar miał odtąd płacić alimenty. Początkowo nie chciał się zgodzić na taki stan rzeczy, przed sądem oskarżył żonę o brak umiarkowania w jedzeniu i złe wychowanie syna w kulcie jedzenia, ale poza uśmiechami na sali, niczego nie wskórał. Bał się, że Szymon, wtedy jeszcze małe dziecko, zostanie przez matkę i babcię wychowany, a raczej wykarmiony na hipopotama. Przez to będzie nieszczęśliwym i zakompleksionym nastolatkiem.

Po rozwodzie była żona z dzieckiem zamieszkała u swojej matki w Namysłowie. Ilekroć później spotykał się z małym Szymonkiem, miał podstawy do awanturowania się, ponieważ dziecko powiększało nadwagę. W wieku siedmiu lat Szymon był pośmiewiskiem podwórka i szkoły. Kiedyś z wyznań chłopca dowiedział się, iż złośliwi koledzy z podwórka mówią na niego „tucznik”, a na matkę „wieprzowina”. Klar bardzo z tego powodu cierpiał, chciał chłopakowi jakoś pomóc.
Był dla Szymona największym autorytetem szczególnie po dniu, w którym stanął w jego obronie.
Jednego popołudnia zastał syna na podwórku bawiącego się w piaskownicy. Siedział w samochodzie i z daleka obserwował go. W pewnym momencie chciał podejść do niego i dać przywiezione prezenty, gdy z klatki bloku wyszli jacyś chłopcy. Wołali za Szymonem używając różnych obraźliwych epitetów i obelżywych słów. W oknach siedziały matki wyrostków i żadna nie zareagowała. Kiedy zaczęli bić i znęcać się nad dzieciakiem, nie wytrzymał.
Był prosto po służbie i chociaż pojechał swoim samochodem, to miał na sobie mundur. Zamiast prezentów chwycił pałkę i oszalał z wściekłości, gdy zobaczył krew lecącą z wargi Szymona. Czterech wyrostków dostało po pałce, a ten, który go uderzył, dwie. W chwilę później skowyczeli tarzając się z bólu po ziemi. Na tym się jednak nie skończyło. Największego bandytę prowadził do jego domu i do rodziców.
Wszedł do mieszkania z zapłakanym chłopakiem winowajcą.
–Panie Czapaj- zaczął łagodnie- pana syn znęca się nad moim siedmiolatkiem, a dzisiaj rozbił mu wargę do krwi. Co pan na to?
-No, wie pan- niewysoki Czapaj był dumny ze swego jedynaka- chłopak jest nauczony, żeby radzić sobie jakoś.
-To tyle, co miałby pan do powiedzenia?- Nadal spokojnie mówił Klar.- A pańska żona tak po prostu temu przygląda się z okna i bez reakcji?
-Każdy ma prawo siedzieć sobie w oknie, a właściwie, jakim prawem pan…- tłumaczyła żona.
Nie skończyła, bo oto policjant jednym ruchem niemal wyniósł wyrostka za drzwi, a drugim ruchem przekręcił za nim zamek u drzwi.
Rzucił pałkę na podłogę i przyjął postawę bokserską.
-Co pan?!- Przestraszył się dumny ojciec.
-Skoro twój syn, Czapaj, ma prawo bić mojego, to ja mam prawo bić ciebie.
Dwa ciosy i jeden kopniak wystarczyły, aby Czapaj zrozumiał swoje błędy wychowawcze.

Dwunastoletnie wyrostki dostały wtedy poważną lekcję wychowawczą. Żaden z nich nie złożył skargi na Klara. Zrobiła to jego była żona. Zastał ją objadającą się chipsami przed telewizorem w pokoju, z którego nie wychodziło okno na plac zabaw i nie mogła widzieć, słyszeć, co dzieje się z ich synem. Dostała dwie pałki po tłustych udach i na siedzenie.
Zawsze uważał, że to rodzice są niedojrzali i później złe wychowanie, brak zainteresowania własnym dzieckiem doprowadzają do nieszczęść i patologii społecznych.

Po tym wypadku mógł zabierać syna tylko na weekendy. Od tego roku poważnie zaczął trenować Szymona. Bardzo powoli pokazywał chłopcu różne ćwiczenia i dobrą ich stronę. Wychwalał boks i obiecywał, że nikt więcej nie uderzy go bezkarnie, jeśli chłopak będzie pilnie uczył się i angażował na treningach. Ale kłopoty z nadwagą bardzo zniechęcały małego do wysiłku fizycznego. Skakanka to była dla otyłego chłopca największa katorga.
Na szczęście już w trzeciej klasie szkoły podstawowej Szymon zaczął dość intensywnie rosnąć, a otyłość wolno znikała. Normalnie u chłopców w okresie szybkiego wzrostu wzmacnia się także apetyt i zapotrzebowanie na pokarm. U niego nie, z wyjątkiem ochoty na słodkie napoje. Ilekroć był u ojca i ciężko trenowali, jeździł na łyżwach, rolkach czy rowerze, niewiele jadł.

Wzrost ojca i matki przełożyły się na geny syna. W ósmej klasie przerastał wszystkich o głowę i momentami wyglądał jak anorektyk. Miał też problemy ze stawami kolanowymi. Dopiero w wieku siedemnastu lat zaczął jeść tak, jak tego oczekiwał ojciec i lekarze, z którymi Klar wielokrotnie kontaktował się. Podczas gdy wcześniej, w okresie wzrostu, jadł dwie kanapki na śniadanie, teraz pochłaniał siedem, a czasami do dziesięciu złożonych kromek i bywał głodny.
Treningi boksu zapadły mu w serce. Sprawdziło się, co kiedyś powiedział ojciec. Nikt nigdy nie uderzył go bezkarnie. Gdy kilka razy miał do czynienia z bandziorami i nieźle im pogruchotał kości, to później już sama opinia powstrzymywała przeciwników. Wiedzieli, że może być ciężko, bo ma przewagę wzrostu i potrafi walczyć.

Szymon nie wierzył w książki, a matka nie zmuszała go do nauki. Sama edukację skończywszy na szkole policealnej, nie widziała potrzeby kształcenia syna. Miał mieć poważny zawód i starać się później o pracę. Reszta miała sama się ułożyć. Dbał o to też ojciec. Prosił i zabiegał, aby chłopak jednak wykazał wolę i choćby maturę zdał, ale nie dał rady. Nie było go przy nim cały czas i nie mógł tego dopilnować.
Kształcił się na zawodowego mechanika i kierowcę w Namysłowie. W jednym z wielu warsztatów miał praktyki. Od starszych praktykantów nauczył się palić, potem pić a na koniec rozrabiać. Szedł śladami ojca w tych ostatnich wybrykach. W weekendy z kolegami i wesołą paczką tułali się po różnych zabawach wiejskich i dobrze było, jak nikomu nie połamali rąk, nie zdemolowali jakiegoś pojazdu czy lokalu. Już wtedy jako syn komendanta, chociaż pod nazwiskiem panieńskim matki młody Szymon czuł się bezkarny i w istocie wszystkie przewinienia dzięki wpływom ojca jakoś mu uchodziły na sucho.
Prośby i groźby nic nie pomogły. Jako ostateczny argument w rozmowach z ojcem za obronę wolnego życia i pijaństwa syna służyło mu powiedzenie „Jestem taki jak ty, tato”.
Klar tłumaczył synowi wówczas, że pijaństwo skończyło się dla niego wypadkiem i niedowładem lewej ręki, że nawet nie chcieli go widzieć w pracy, ale zaparł się. W okresie rekonwalescencji wykazał się takim zaangażowaniem, że zadziwił wszystkich lekarzy. Pół roku później podpisali komisyjnie świadectwo zezwalające mu na powrót do służby. Potem zaparł się, pracował i kończył studia. Jednak Szymon nie chciał tego słuchać, dorastał i wolał buntować się jak koledzy niż myśleć samodzielnie. Założył czarną koszulkę, zapuścił włosy, kupił sobie skórzaną kurtkę z cekinami i wojskowe buty, zmienił się w metalowca. Na jego uszach pojawiły się szeregi kółek, na palcach nalot od papierosów, przestał się chyba nawet myć, bo roztaczał wokół siebie nieprzyjemną woń.

Z pomocą przyszła armia. Klar nie mógł dłużej znieść zachowania syna, który dochodził do dwudziestego roku życia i nie był nikim określonym. Skorzystał ze znajomości i udało mu się załatwić Szymonowi miejsce w policyjnym klubie bokserskim o świetnej renomie. Syn musiał jednak odsłużyć kilka miesięcy w jednostce do zaprzysiężenia.
W wojsku dopiero Szymon dojrzał i przejrzał na oczy. Był wychowywany bez męskiej ręki i wydawało mu się, że wszystko może. Fala starszych służbą przywołała go do porządku i nie pomógł szybki lewy prosty i dwa metry wzrostu. Pewnej nocy zarozumiałego byłego metalowca dopadła grupa byłych skinów kierowanych przez faszyzującego kaprala. Dostał łomot ostrzegawczy. Miał przy tym powiedziane, że jak nie zmieni nastawienia do życia, to dostanie więcej.
Nie posłuchał. Złamali go za czwartym razem. Dostał łomot wychowawczy z zachowaniem procedury pytań i odpowiedzi typu, „Kto w wojsku jest najważniejszy?” lub „Kogo żołnierz ma słuchać?”. Oczywiście, że kaprala i każdy o tym wie. Szymon nie wiedział, dlatego dostał.
Zgaszony i skruszony dzwonił kilka razy do ojca z przemyconej przez kogoś komórki, prosił, aby coś zrobił. Komendant poradził mu, żeby się nie załamywał, bo to tylko chłopięce zabawy i że prawdziwy łomot dostanie dopiero na ringu. Wreszcie fala dała mu spokój a chłopak zobaczył, że do tej pory był zadufany w sobie i nie słuchał nikogo, nie uznawał żadnych autorytetów i gardził każdym, kto chciał mu pomóc. Znienawidził ojca.
Kiedy spotkali się podczas przysięgi i miał zostać oddelegowany do klubu, Szymon podszedł i podziękował ojcu. W duchu jednak to jego obwiniał za całe zło wojska i swoje życiowe porażki. Obiecywał też, że jeszcze kiedyś przyjdzie czas na wyrównanie rachunków pomiędzy nim i ojcem. Na razie jednak kazał Klarowi uważnie przyglądać się jego karierze, bo zamierzał być najlepszy i z ringu „wykosić” wszystkich, którzy staną na jego drodze do sławy.
Dwa miesiące później, po ciężkich treningach pod okiem fachowców, Szymon miał stoczyć pierwszą walkę. Komendant dostał zaproszenie od jego trenera, którego poznał osobiście. Nikt nie nagłaśniał imprezy, miała charakter zamknięty. Napuszeni generałowie z resortów mundurowych zorganizowali mecz pomiędzy reprezentantami policji i armii. Szymon miał wystąpić w kategorii do osiemdziesięciu pięciu kilogramów.
Kiedy wszedł na ring, ojcu serce stanęło w gardle. Mimo kasku rozpoznawał syna. To była ta sylwetka i ta postawa, ułożenie ramion i pięści, jakich go wyuczył. Stwarzał tego zawodnika od podstaw, od dzieciństwa i znał jego mocne strony. Niesamowity lewy prosty. Szymon był mańkutem i walczył z odwrotnej pozycji niż większość bokserów. Prawej ręki, co zrozumiałe, nie miał tak dobrej jak lewej, jednak przeciwnicy o tym nie mogli wiedzieć.
Zwykle jest tak podczas walki w ringu, że bokser jedną ręką rozbija i przygotowuje sobie atak dla drugiej, mocniejszej ręki. Jego syn potrafił lewą ręką rozbić atak i nią zaatakować kilkakrotnie, seriami.
Kiedy weszli na ring, Szymon pokłonił się ojcu i jakoś groźnie na niego spojrzał. Po gongu wyszedł na środek ringu. Jego przeciwnik był niższy i jakiś przysadzisty. Pierwszy kontakt pokazał jego mocny prawy sierp, ale zbyt zamaszysty i sygnalizowany, aby dochodzić do celu. Szymon namierzył go lewym prostym, a kiedy tamten czekał na atak prawej i myślał o kontrze, wówczas według przewidywań Klara, dostał lewym prostym w czoło. Mimo kasku ochronnego cios był znaczny, bo chłopak zastygł w bezruchu. Dostał lewego prostego na ochraniacz na zęby i lewego podbródkowego. Taki był pierwszy sukces syna.

Po zakończeniu służby wojskowej Szymon został w klubie pierwszym zawodnikiem. Od siedemnastu pojedynków był niepokonany na ringu. Nikt nie wytrzymał z nim w ringu więcej niż dwie rundy. W spotkaniach ligowych przynosił drużynie punkty i czekała go wielka kariera. Tak było jeszcze pół roku wcześniej. Niedawno jednak prasa doniosła, że pokłócił się z działaczami i trenerem. Na domiar złego chodziły plotki o powiązaniach ze światem przestępczym i braniu pieniędzy od mafii. Na zdjęciach czasopism Szymon wyglądał o kilkanaście kilogramów ciężej niż wtedy, gdy ostatni raz widział się z ojcem.
Nieoczekiwanie zadzwonił do ojca i oznajmił, że przechodzi na zawodowstwo. Ma prawie dwadzieścia cztery lata i nie może czekać na jakieś dary losu i ochłapy od sponsorów, musi działać i zająć zasłużone miejsce wśród mistrzów. Przecież ćwiczy boks niemal od dziecka, nic mu się więc nie może złego stać.
Ton i sposób wypowiedzi sugerował, że chłopak jest bardzo pewny siebie, ale też prawdopodobnie pijany. Bełkotał coś od rzeczy o pieniądzach, które stracił przez ojca na amatorskim ringu. Jawnie odgrażał się, że jeszcze z ojcem wyrówna rachunki za wojsko i za matkę. Klar niewiele z tego rozumiał, ale zapraszał go do siebie do domu, jeśli wytrzeźwieje i dojdzie kiedyś do siebie. Domyślał się też, iż za postawą syna i jego groźbami stoi była żona, żądna rewanżu na mężu i pieniędzy, jakie mógł zdobyć Szymon na zawodowym ringu.

Klar był pełen obaw o losy syna i jego zawodową walkę. Co prawda Szymon miał za sobą dużą liczbę zwycięstw, ale poziom ligi to nie poziom boksu zawodowego. Przejście na zawodowstwo oznacza całkowite podporządkowanie życia wymaganiom sportu. Szymon był za bardzo rozpuszczony, aby samemu potrafić narzucać sobie jakieś zasady. Pieniądze natomiast całkiem przewrócą mu w głowie. Już to zrobiły.
W sprawie Szymona dzwonił do jego trenera.
-Jakie ma szanse na zwycięstwo podczas gali?- Pytał między innymi.
-Trudno powiedzieć, nie znam jego rywala.- Tłumaczył były już trener Szymona.
-Czy w klubie pozostawił po sobie porządek?
-Tak, nie ma problemów, wszystko jest tutaj ok.
-Nie chciałeś go dalej trenować, ale powiedz szczerze?
-Wiesz, przychodzi taki czas, że zawodnikowi się zdaje, iż jest doskonały. Szymon właśnie wszedł w taką fazę i nie wiem, jak to się zakończy, ale życzymy mu wszyscy sukcesów.
-Ja dowiedziałem się dzisiaj o tym, więc mój autorytet już całkiem u niego zmalał. Nigdy ze mną na ten temat nie rozmawiał.
-Będę już kończył, chyba, że jeszcze coś chcesz wiedzieć?
-Właściwie to tak. Mam jeszcze jedną sprawę. Chciałem przywieźć mojego nowego podopiecznego na turniej młodych talentów.
-Z tym nie będzie kłopotu, a dobry jest?
-Inaczej nie mówiłbym.
-A znam go?
-Nie, ale nazywa się Filip Dziubiński.
-Syn Andrzeja?!
-Tak, syn Andrzeja.
-To prawą ma po ojcu zapewne?
-To ty pamiętasz go z ringu?
-Człowieku, leżałem na deskach przez niego!
Klar dobrze pamiętał ich walkę, ale ciekaw był, czy kolega przyzna się do porażki. Uczciwy był jednak z niego gość.
Szkoda, że Szymon przechodził na zawodowstwo. Podczas jednego z treningów Filipa Klar myślał, że oto ten chłopak mógłby kiedyś powalczyć z jego synem. Niestety, chyba los ich ze sobą nie zetknie.

Dodaj komentarz