"Życie to nie teatr…"

Rozdział 27

Jedna z gazet regionalnych kilka dni po zakończeniu obchodów święta Nysy opublikowała serię zdjęć i artykułów z uroczystości i turnieju siatkarskiego. Filip stał się przez to osobą publiczną i popularną przez kilka dni. Pokazywał artykuł z pochlebnymi recenzjami o swojej grze mamie i rodzeństwu, a następnie wyciął go nożyczkami i włożył do specjalnie przygotowanej aktówki.
-Zobaczcie- mówił uroczyście w niedzielny ranek- tutaj będę chował wycinki z gazet o sobie. I gdybyście wy zauważyli gdzieś coś, to do koszulki foliowej i tutaj. Tylko koniecznie z datą!
Cieszyli się wszyscy z sukcesu brata i syna. Do kompletu rodziny brakowało tylko ojca. Filip podejrzewał, że ojciec biegał do kolegów i przesiadywał w mordowni cały wolny czas po pracy. Kiedy go ostatnio widział, był jakiś żółty na twarzy, bardzo schudł i miał podkrążone oczy.
-To ilu będziesz miał gości?- Pytała matka.
-Może tam wejść bardzo dużo osób. Najważniejszymi gośćmi jesteście oczywiście wy. Będzie Luiza i koledzy z drużyny, kilka koleżanek i kolegów z klasy, zaprosiłem też obu trenerów. W sumie zaprosiłem z dwanaście osób, ale z osobami towarzyszącymi, więc zbierze się trochę.
– Klar też będzie?- Matka zainteresowała się.
-Ma do niego przyjechać syn, więc zaprosiłem go razem z nim. Może wpadną.
-Co robi jego syn?
-Nie wiem, nie znam go.

Nie umawiali się, że Luiza przyjedzie po niego.
-Jestem na dole- mówiła przez telefon- zabieram cię w jedno miejsce i wrócimy po południu.
-Nie mam…
-Schodź!- Poprosiła z naciskiem.
Kiedy wsiadł do jej samochodu, chciał dowiedzieć się celu wyjazdu.
-Niespodzianka.
Jechali w stronę Opola. Filip zasnął przy dźwiękach spokojnej muzyki.
-Nie pogniewasz się, jeśli…- Chciał się usprawiedliwić.
-Śpij, nie przejmuj się.

Wysiadła z pojazdu i przeszła od strony pasażera. Otworzyła drzwi i nachyliła się do kabiny.
-Filip- dotknęła szyi chłopaka.
Obudził się, odpiął pas i wyskoczył na chodnik.
-Gdzie jesteśmy?- Przeciągał się.
-Zobaczysz, chodź.
Szli trzymając się za ręce w stronę pięknego pawilonu. Nad wejściem widniała tablica informacyjna, że jest to prywatna spółka lekarska. Weszli na piętro i zatrzymali się przy jednym gabinecie.
Filip czytał nazwisko lekarza, potem specjalność.
-Lekarz sportowy?- Spojrzał na nią wymownie.
Otworzyły się drzwi, widocznie czekano tu na nich.
-Twoja kolejka- Luiza wskazała mu drzwi.
W drzwiach stał mężczyzna.
-Filip Dziubiński?
-Tak- zdziwił się.
Lekarz kazał mu się rozebrać do slipek i zadawał szczegółowe pytania o dane osobowe. Następnie wskazał wagę, zmierzył go i zważył.
-Teraz trochę pobiegasz- wskazał na przyrząd.
Dwie godziny później Filip wyszedł z gabinetu. Miał zadowoloną minę, ale gdy zobaczył Luizę, zmienił ją na obrażoną.
-Wiesz, ile musiałem zapłacić?
Nie odzywała się, tylko poprawiła chłopakowi kołnierzyk koszulki.
-Stawiam ci hamburgera.
Podjechała pod okienko McDonalda i złożyła zamówienie. Chwilę później wracali do domu.
-Mów, co ci powiedział lekarz?- Piła colę i pytała z ciekawości.
Filip połykał kęsy i opowiadał.
-Dobrze, generalnie dobrze. Wydolność dobra, serce wspaniałe, pojemność płuc dobra.
Milczał jakąś chwilę i wahał się.
-Niestety, organizm wycieńczony i potrzebna jest kuracja nawadniająca, witaminizująca, jednym słowem jestem za chudy i jeśli nadal będę uprawiał sport jedząc same kartofle i w niedzielę schabowego, to skończę po trzydziestce w szpitalu kardiologicznym lub gorzej.
Luiza zastanawiała się nad jego słowami.
-Mówiłeś, że masz deficyt w spaniu i za ciężko pracujesz?
-Tak. Jak mu powiedziałem, że trenuję dwie dyscypliny, to o mało mnie nie wyrzucił przez okno- „Jak to, dwie dyscypliny i nigdy nie byłeś u lekarza sportowego, nikt cię nie badał i nie ustalił ci diety? Średniowiecze, no, gdzie my żyjemy!?”- Krzyczał na mnie.
-No widzisz, ja też się martwię i z chęcią bym na ciebie pokrzyczała?
Jechali tak chwilę, Luiza jadła hamburgera, a Filip słuchał radia.
-Jak to zrobiłaś, że przyjął mnie w niedzielę, przecież nie pracuje?
-O, naświetliłam mu sprawę, że cały czas trenujesz, w dni robocze chodzisz do szkoły i bardzo prosiłam, urok osobisty.
Myślał intensywnie.
-A, dlaczego w ogóle zawiozłaś mnie tam bez mojej wiedzy?
-Pomyśl- uśmiechnęła się.
-Ja ciebie też bardzo kocham.- Pocałował ją w łokieć, nie chciał przeszkadzać w prowadzeniu samochodu.- Ale dlaczego akurat teraz mnie tam zabrałaś?
-Przestań prowadzić dochodzenie, masz teraz więcej wiedzy o sobie i swoim organizmie. Nie jesteś już amatorem, trenujesz całymi dniami, biegasz po dziesięć kilometrów dziennie, chodzisz do szkoły, jeden Bóg wie, jak ty do tej pory wytrzymywałeś? Powinieneś być wdzięczny.
-Jestem bardzo wdzięczny, mam całą listę witamin i odżywek do kupienia w aptekach i sklepach spożywczych. Ale dlaczego…
-Boże, jaki ty jesteś, musisz wszystko wiedzieć?
-Tak, wszystko.
-Medyk mi powiedział, że leciała ci krew z nosa, dla mnie to oznaka przemęczenia organizmu.
-A, więc nadal przeprowadzasz wywiady o mnie?
-Tak, muszę się opiekować ojcem moich przyszłych dzieci.
Zamilkł. Słuchał radia i rozmyślał o tym, jak byłoby pięknie, gdyby faktycznie ożenił się z nią.
-Mówiłaś poważnie?
-O czym?
-No, wiesz, o tych dzieciach?
Spojrzała na niego i uśmiechnęła się.
-Głuptas, no pewnie, jeśli mnie zechcesz?
-Zatrzymaj natychmiast samochód, muszę cię pocałować!
-Nie mogę, śpieszymy się, ty musisz jeszcze popracować i pobiegać, poczytać bajki Ani, rzucić okiem na giełdę, ja mam jutro test z fizyki, pojutrze z chemii i lekturę do dokończenia.
-Czy my musimy tak ciężko pracować?
-Wolisz teraz głową i później głową, czy teraz niczym, potem łopatą, jeśli się jakaś znajdzie dla ciebie?
Mówiła o przyszłości, o możliwościach, jakie daje nauka i wykształcenie. Filip nic nie odpowiedział, uznał to pytanie za retoryczne. Oczywiste było, że wolał mieć w przyszłości interesującą i dobrze płatną pracę. Luiza natomiast wierzyła bardzo w to, iż włożony teraz czas zaprocentuje kiedyś. Już nawet nie wiedzą, która jest ulotna, ale ogólną zdolnością do widzenia szerzej niektórych zjawisk, lotnością wyćwiczonego umysłu, zdolnością do radzenia sobie w trudnych sytuacjach i stresie.
Poza ćwiczeniem umysłu szkoła to fajne miejsce do uczenia się na błędach. Jedyną karą za pomyłki, błędy, lenistwo i inne grzechy wobec siebie i ludzkości w szkole jest ocena. W pracy za błędy można dostać po głowie, pracodawca może wyrzucić pracownika na bruk za spóźnianie się i lenistwo. W szkole po prostu „pała”, którą można poprawić i chyba nie chodzi tu o ocenę, ale sam fakt „O, Dziubiński przejął się oceną, nauczył się, przyszedł i zdał”. W pracy może nie być szansy na poprawianie.
Szkoła ma jeszcze i inne zalety- myślał podczas jazdy. Można poznać różnych ludzi, a każdy jest inny, ma inną pojemność intelektualną, wrażliwość, inaczej dojrzewa, wychodzi z innego domu i kultury. Dotyczy to nauczycieli i uczniów. Bardziej analizuje się zachowanie nauczyciela i jego stosunek do uczniów, niż wzajemne relacje. Jeden krzyczy, inny stawia „pały” za nic, jeden jest pracowity, drugi leniwy- cała gama ludzi i ich zachowań, charakterów. Właśnie, szkoła daje możliwość porównywania się z innymi, to ważne, bo później często może już nie być takich okazji.
W dorosłym życiu nikt nikogo nie ocenia za wiedzę i umiejętności, nikt tego nie porównuje. Sąsiad na sąsiada patrzy przez pryzmat samochodu, jakim ten drugi jeździ, a tak naprawdę w ogóle się nie znają. W tych kategoriach rodzina Filipa należy do najbiedniejszych w bloku, nie mają żadnego auta. Kamil z Anią mają rowery, ale wiadomo, prezenty komunijne, natomiast rodziców stać było jedynie na piłki. Tak, piłek w ich domu nigdy nie brakowało. Mama kupowała je Filipowi, ile chciał i jakie chciał, potem młodszemu rodzeństwu.

Dodaj komentarz