Tylko praca…

Rozdział 34

Umówił się z nią na niedzielny spacer. Przeszli przez rynek i skierowali się na cmentarz. Filip pomodlił się przy grobie ojca. Luiza także się modliła.
-Brakuje ci go?- Pytała w drodze powrotnej.
-Nie, nie brakuje mi go, ostatnio nie mieliśmy ze sobą kontaktu, ale dopiero teraz wiem, dlaczego.
Pogoda zepsuła się na tyle, że musieli przyspieszyć kroku.
-Idziemy do mnie, mama zaprasza cię na herbatę lub kawę i ciasto, nie możesz mi odmówić.
Przytuliła się do niego.

Weszli do niego do pokoju najedzeni.
-Ciasto było pyszne, jeszcze nigdy tyle nie zjadłam.- Zobaczyła kwiaty w wazonie.- O, jakie piękne kwiaty!
-To dla ciebie- podszedł do niej.
Odwróciła się do niego. Trzymał w ręku niewielką kolorową kopertę.
-Chciałbym- zaczerwienił się- dać ci jakiś prezent, ponieważ ty o mnie pamiętasz i dzięki tobie jestem, kim jestem.
Podał jej kopertę. Wyciągnęła długi gruby łańcuch srebrny z bordowym sercem z koralu. Oczka łańcuszka były niezwykłe, okrągłe i pięknie odbijały światło, serduszko było duże oprawione srebrem.
-Bardzo ci dziękuję- miała łzy w oczach i pocałowała go w policzek.
-Urodziny miałaś na początku roku, imieniny także. Chciałbym ci podziękować za to, jaka jesteś dla mnie. Bardzo cię kocham i chcę prosić, abyś o mnie zawsze pamiętała.

Nie spodziewała się tego, co przygotował dla niej Filip. Był bardzo miły, tak uroczo się tłumaczył i tak bardzo ją kochał. Płakała ze szczęścia. Potem mówił o ojcu, że nigdy nie miał dla niego czasu, nie rozmawiał z nim, przeżywał okres buntu i był zbyt krytyczny w stosunku do niego. Wreszcie przepraszał ją za fakt, że od początku ich znajomości nie miał dla niej czasu i nadal go niewiele ma, przepraszał, że był takim egoistą.
-Wariacie, dlaczego mnie tak przepraszasz, chcesz, żebym płakała cały wieczór?- Przytulała się do niego.
-Wiele rzeczy ostatnio zrozumiałem, dotarło do mnie i tyle. Pamiętam, jak spacerowaliśmy zawsze i rozmawialiśmy, zawsze moje tematy były najważniejsze, zawsze moje problemy. Ile razy przychodziłaś i odprowadzałaś mnie do autobusu, zawsze cierpliwie mnie słuchałaś. Wszystko pamiętam, za to cię kocham, nawet nie wiesz, jak bardzo.
Całowali się, ale z wrażenia dziewczyna płakała i nie mogła przestać. Nikt nie był dla niej jeszcze taki czuły.
-To miłe, że jestem pierwszy i chciałbym być ostatnim.
-Brzmi jak oświadczyny- wycierała nos.
-Już niedługo ci się oświadczę, zbieram na to pieniądze od jutra.
Roześmiali się oboje.
-Chciałbym, abyś opowiedziała mi o swojej pierwszej miłości, o rodzinie i o czym jeszcze będziesz chciała. Bardzo mnie to wszystko interesuje, ale jakoś zawsze ty mnie pytałaś, a ja opowiadałem.

Zaczęła opowiadać o rodzicach, jak w dzieciństwie odkryli, że ich córeczka jeszcze niewiele rozumie, ale powtarza jak papuga mówione na głos wyrazy, zdania. Niektóre były trudne i w pewnym momencie rodzice zaryzykowali i zaczęli uczyć ją wyrazów z języka angielskiego. Łapała je w lot i już w wieku pięciu lat potrafiła mówić zdaniami w języku obcym. Na początku były to proste „Przynieś chleb”, „Gdzie jest moja piłka?”. Później prowadzili już coraz bardziej zaawansowane dialogi.
W roku szkolnym rodzice załatwiali jej korepetytora, którego zadaniem było rozmawianie z nią, a nie nauka pisania i czytania. Tak, dobrze wspomina ten okres. Jej pierwszym nauczycielem, z którym rozmawiała wyłącznie po angielsku, był Dec. Filip poznał go. Dopiero w szkole podstawowej poznawała zasady pisowni języka angielskiego.
Czytać i pisać nauczyła się mimochodem. W domu zawsze było pełno książek. Mama zaczytana w książkach, tata w książkach, a jej zaprenumerowali czasopisma, które nosiła ze sobą i pokazywała obrazki. Wreszcie pewnego dnia mama zaczęła uczyć ją liter. Pierwsze wyrazy składała jako trzylatek, a jako czterolatek miała swoją kartę w bibliotece dziecięcej.
Potem przyszedł czas na dwór i koleżanki z podwórka. Jak tylko błysło słońce, nie mogła usiedzieć w domu. Zabierała wiaderko i łopatkę i szła do drzwi, mama wyprowadzała ją na podwórko, a tam czekała piaskownica. O, w blokach było bardzo dużo dzieci i mimo nawet złej pogody wychodzili i było z kim się pobawić. Uwielbiała podwórko i zabawy z innymi dziećmi, w domu czuła się bardzo samotna. Rodzice byli zajęci pracą, ale na szczęście miała ukochane zabawki i książki.
W czwartej klasie tata zauważył, że nie robi już postępów w angielskim i postawił przed nią ważny cel, certyfikat pierwszego stopnia, który będzie mogła zdać za parę lat. Wyjaśnił jej, że z jej wiedzą będzie mogła uczyć inne dzieci i udzielać korepetycji, będzie miała dużo pieniędzy na własne potrzeby. Nie rozumiała tego wówczas i buntowała się przeciwko nauce szczególnie wtedy, gdy na podwórku wrzało.
Nauka języka szła jej bardzo dobrze, wygrywała olimpiady i kończyła na centralnych, najwyżej jako czwarta w kraju. Już ją ta nauka nudziła, gdy tata podrzuciła jej książkę do podstaw niemieckiego. Bardzo jej się ten język spodobał, bardzo też chciała się go nauczyć. Kiedy stwierdziła, że nie da sobie rady w szkole, jeśli tyle czasu będzie poświęcać językom. Ojciec pocieszył ją mówiąc, iż ma się uczyć tego, co sprawia jej satysfakcję. Języki obce były i są jej pasją.
Już w klasie siódmej dawała korepetycje. Najpierw tłumaczył i pomagała koleżankom w klasie, potem dzieciom z bloków, które przychodziły do niej z prośbą o pomoc. Zamiast odrabiać im zadanie lub dawać ściągać, proponowała korepetycje. Ojciec był bardzo z niej dumny. Teraz mogła prenumerować pisma, jakie chciała, także kupować książki, które jej się podobały.
Dzięki językom miała kieszonkowe zawsze, chociaż rodzice mimo biedy nie szczędzili jej grosza. Miała to, co chciała i to, co aktualnie dla większości dzieci było modne. Pamięta nawet, kiedy pewnego razu rodzice pokłócili się. Mama była wówczas w ciąży z Sandrą. Dziewczyny jeździły po podwórku na rolkach, a ona stała i przyglądała się im. Mama koniecznie chciała kupić jej rolki i to natychmiast, tato twierdził, że mają ważniejsze wydatki. Dostała rolki, nie prosiła o nie, dostała je.
Podobnie dostawała rowery, magnetofony, łyżwy i inny sprzęt, kiedy tylko istniała taka potrzeba. Nigdy nie prosiła, rodzice sami zauważali, że potrzebuje, więc dostawała. Nie mieli pieniędzy, zaciągali kredyty, spłacali długi, ale uważali, że jej jest to potrzebna do ogólnego rozwoju. Bardzo ją kochali i nigdy niczego jej nie żałowali. Nie szantażowali jej też w sposób „Dostaniesz coś, jeśli…”, nie kazali dziecku czekać na urodziny, łaskę ciotek czy chrzestnych. Bardzo ich za to kochała.
Kiedy na świat przyszła Sandra, niczego to w ich życiu nie zmieniło. Mama tylko od czasu do czasu ostrzegała „Ten rower ma być jeszcze dla Sandry, nie zniszcz go, nie rzucaj, szanuj wszystkie zabawki”. Dzięki temu nauczyli ją szanować rzeczy i pieniądze.
Na wszystko, co samodzielnie kupowała, musiała mieć paragon, a jeśli to było jakieś urządzenie, gwarancję. Za zarobione pieniądze kupiła sobie walkmana, po prostu poszła do sklepu, wybrała najlepszego i kupiła. To był jej wybór i to jej się podobał, a tata zawsze chwalił ją i mawiał, że „ma być zadowolona z siebie i swoich wyborów, bo inaczej człowiek wiecznie jest nieszczęśliwy”. Zostało jej to do dziś.
Wspominała, jak pierwszy raz spodobał się jej chłopak z parku. Był ślicznym blondynem o niebieskich oczach. Chodziła do tego parku często w nadziei, iż spotka go jeszcze kiedyś, ale niestety. Widziała go potem może raz lub dwa razy. Po kilku latach niewidzenia i tak go poznała, a potem pokochała i to jest miłość jej życia, Filip Dziubiński.
Od chwili, kiedy spotkała Filipa, świat przestał dla niej istnieć, a jest tylko on.

Pocałował ją, kiedy skończyła opowiadać.
-A powiedz, żartujesz o naszym małżeństwie i dzieciach, czy mówisz poważnie?- Dopytywał się.
-Nie żartuję- patrzyła mu w oczy.- Ja skończę szkołę i właściwie będę gotowa. Niestety, aby uniknąć sądowych korowodów musimy czekać na ciebie.
-I rezygnujesz z kariery, przeprowadzki do wielkiego miasta, wielkiego świata?- Pocałował ją w rękę.- Z twoją urodą i talentem?
-Ty znowu pełen obaw i niewiary. Wszędzie można być szczęśliwym. Chciałbyś zarabiać krocie i być niewolnikiem pieniędzy? Potrzebujemy pieniędzy na mieszkanie czy dom, samochód, wychowanie i edukację dzieci. Możemy je zarobić wszędzie, nie trzeba ich szukać po całym świecie.
-Nie chciałabyś zarabiać więcej?
-Filip, czy chcesz mieć dwa domy, czy będziesz jednocześnie jeździł dwoma samochodami. Jest wiele zachłanności wśród ludzi. Chcesz być taki sam i nigdy nie mieć dosyć? Ja nie chcę poświęcać życia karierze i zarabianiu pieniędzy, ja chcę poświęcić je tobie i naszym dzieciom, to jest mój cel. Reszta to tylko sposób zarabiania na życie, na chleb.
-Zwierzęta jedzą tyle, ile muszą, aby przeżyć, a drapieżniki polują także tylko wówczas, gdy czują głód.
-No, pięknie nas podsumowałeś, nie ma co.
-Wszystko mi się mąci. Kiedy dostałem się do wymarzonej szkoły średniej, wydawało mi się, że osiągnąłem życiowy cel. Nie kojarzyłem go z przyszłością i pracą, rodziną, dziećmi.
-To błąd, ale kto z nas myślał o przyszłości? Dla większości przyszłość to sobota wieczór, ważny sprawdzian lub koniec szkoły, nie dalej.
-Ale ty myślałaś?
-Tak. Zawsze chciałam być dorosła, pracować, zarabiać i z rodziną poznawać świat. Podejrzewam, że wszystkie dziewczyny tak myślą.
-Chyba masz rację. Kiedy chłopcy bawią się w strzelanego, dziewczynki noszą na rękach lalki.
-Ja też miałam lalki, ale odkąd pojawiła się Sandra, rzuciłam je w kąt. Zrozumiałam, że najważniejsze są żywe lalki, ludzie, a nie kukiełki. Ucząc się języków zrozumiałam, że nie one są ważne, lecz ludzie, których będę mogła dzięki nim poznać, tutaj i za granicą. W szkole natomiast nauczyłam się, że nie szkoła jest ważna, lecz przyszły zawód i moja praca dla rodziny.
-Dlaczego zawsze mówisz o rodzinie?
-Bo ona jest najważniejsza. Będziemy żyli dla naszych dzieci, a one będą takie, jakie my. Tyle będą wiedziały o życiu, ile my im powiemy.
-Moi rodzice niewiele ze mną o tym rozmawiali- zasmucił się.
-Może nie mieli czasu, ale ty masz oczy i sam widzisz, myślisz i wyciągasz wnioski. Większość dzieci tylko krytykuje, nie myśli konstruktywnie, a jedynie neguje.
-Jak mają myśleć?
-Nie wiem. Ja nie krytykuję rodziców, widzę, ile wysiłku wkładają w pracę i ile nam dali z siebie. Współczesna młodzież jest nastawiona tylko na branie, więc jeśli nie dostają, buntują się i krytykują. Sami niczego nie potrafią zdobyć i stworzyć.
-Ja też nie- przyznał się Filip.
-A siatkówka, a szkoła? Przecież tyle lat treningów musiało kosztować wiele wyrzeczeń i pracy nad własnym charakterem.
Filip nie myślał tak o siatkówce. Wydawało mu się, że zaczął trenować całkiem przypadkowo, potem chodził na treningi, bo nie było nic do roboty. Fakt, siatkówka wypełniała jego życie, które byłoby bez niej bardzo nudne i nijakie. A może chował się do tej pory za nią? Możliwe, ale teraz dziękował Bogu, że akurat tak pokierował jego losem.

Luiza wstała.
-Czas na mnie, już późno, a ty masz jeszcze papiery.
Odprowadził ją pod sam blok babci i pocałował na pożegnanie.
-Dziękuję za prezent i kwiaty, jesteś bardzo kochany.
-Ty jesteś kochana.
Pocałował ją.
-Jaką miałeś w piątek pozycję w konkursie?
-Dwunastą i nie chciałbym jej stracić.
-A wiadomo, którego wyjeżdżasz na turniej?
-Za dwa tygodnie. To jest mój ostatni tydzień w szkole, potem zawieszam się w obowiązkach ucznia.
-To jak się będziemy widywali?
-Będę dzwonił.
-Widywali, a nie słuchali.
-Nie wiem, chyba nie będziemy.
Zrobiła obrażoną minę.
-Ale jadę z tobą na turniej?
-Ma trwać dwa dni, nie wiem, jakie będą warunki hotelowe?
Uśmiechnęła się do niego porozumiewawczo.
-O to się nie martw, mogę sobie wynająć pokój, gdzie zechcę.
-Byłoby świetnie, gdybyś była ze mną, opatrywałabyś mi rany i pocieszała, kiedy oberwę.
-Kto walczy, ten obrywa, kto nie walczy, umiera rozżalony.

Dodaj komentarz