"Życie to nie teatr…"

Rozdział 37

Po wizycie u lekarza wrócił zabandażowany do domu. Miał nie nadwerężać się i leżeć.
Wziął aparat telefoniczny do pokoju, w którym siedziała matka i czytała prasę. Dzwonił do trenera, aby podzielić się z nim nowinami.
-Mam połamane dwa żebra i przechodzę teraz rekonwalescencję. Jestem zwolniony ze szkoły i treningów. Nie wiem, lekarz mówił, że co najmniej na dwa tygodnie, nieważne i tak przecież są święta. Momencik, proszę zaczekać chwilę.- Zasłonił słuchawkę i spojrzał na matkę.- Mamo, czy mogę trenera zaprosić na Wigilię do nas, on jest dla mnie prawie jak członek rodziny?
Matka poczerwieniała, na chwilę zamarła, ale kiwnęła potakująco głową.
-Halo, trenerze, nie może mi pan tego odmówić. No, chciałem pana zaprosić na Wigilię do nas. Jak to, nie może pan? Szkoda, mama będzie niepocieszona, ja też. No oczywiście, że pytałem się jej i wyraziła zgodę. Tak, zaprasza pana. Dobrze, już daję. Mamo, poproś go do nas, proszę.
Dziubińska wzięła słuchawkę.
-Halo, to ty? Tak, Filip uzgadniał to ze mną, zapraszam. Niczego nie musisz brać ze sobą. Dobrze, to do zobaczenia, do widzenia.
Odłożyła słuchawkę.
-Zawsze ustalaj ze mną takie sprawy, nie stawiaj mnie w sytuacji podbramkowej- prosiła go, ale bez żalu w głosie.
-Mamo, a jeśli bym zaprosił jeszcze Luizę z rodzicami i siostrą, to zgodziłabyś się?
Roześmiała się.
-No pewnie, przecież to twoja dziewczyna.- Zastanowiła się chwilę.- Ale Filip, ty wiesz, co robisz?
-Co masz na myśli?
-No, chodzić z dziewczyną to jedna sprawa, a zapraszać ją z rodzicami na Wigilię, rodzinne święto, to już rzecz poważna.
-To znaczy?- Drażnił się z nią.
-Zaproszenie dziewczyny na święta może dla niej oznaczać, dla jej rodziców także, że masz wobec niej poważne zamiary.
-A jeśli mam, to co?- Śmiał się.
-A nie jesteś za młody na takie myślenie?
-Mamo, ja się żenię. Kochamy się i koniec, kropka.
Myślał chwilę i patrzył na matkę.
-To mogę ich zaprosić?
-Na pewno nie zechcą przyjechać, ale spróbować możesz.
-Dzięki, a teraz pomówmy o sprawach, które wczoraj chciałaś ze mną omówić.
Wstał z kanapy i poszedł szybko do przedpokoju. Wyciągnął ze swojego plecaka portfel i wrócił z nim do pokoju.
-Mamo- wyciągnął z portfela pieniądze- wiem, że jest ciężko teraz z naszymi domowymi finansami, dlatego przekazuję ci moją pierwszą wygraną, powiedzmy, że to moja pierwsza pensja, na dom, na świąteczne wydatki i wiesz najlepiej na co jeszcze.
Matka wzięła pieniądze i przeliczyła je.
-To moje trzy pensje, gratulacje- cieszyła się.
-No, przepraszam cię, część musiałem zabrać na prezenty, wybacz.
Podeszła do niego i ucałowała go w czoło. Usiadła przy nim, wzięła portfel i wsadziła jego pieniądze z powrotem.
-Nie chcesz moich pieniędzy, jak to, dlaczego?- Zdziwił się.
Podała mu kartkę ze stosu gazet.
-To jest wyciąg z naszego z ojcem rachunku bankowego, zobacz.
Filip zerknął na cyfry i zamarł.
-Tata był ubezpieczony na takie kwoty?- Patrzył na dodatnie znaki wpływów na konto.
-Nie wiedziałam o tym, od pięciu lat nie oddawał do domu połowy pieniędzy, myślałam, że przepija je i hula z kolegami, jak za młodu. Tymczasem ubezpieczył się na życie w dwóch towarzystwach na bardzo wysokie sumy. Na polisy wpłacał regularnie wszystkie składki. Poza ubezpieczeniem z miejsca pracy na nasze konto wpłynęły pieniądze z tamtych polis.
-Na taką sumę musiałabyś pracować piętnaście lat?!- Był zaskoczony.
Siedział zbity z tropu i nie wiedział, co ma mówić. Życie rodziny, o które tak się martwił, było zabezpieczone materialnie. Za pieniądze z polis można było wykupić na własność mieszkanie i kupić jeszcze luksusowy samochód.
-Wiesz, mamo, ten nasz ojciec naprawdę o nas myślał.
-Bardzo was kochał- dodała.
-Myślisz, że kupując polisy…
-Nie- wpadła mu w słowo- na pewno nie, zresztą to byłoby niemożliwe, wtedy jeszcze nie wiedział, że jest chory, przeszedł zresztą gruntowne badania lekarskie, pamiętam, pytałam o nie. Powiedział, że miał ochotę się przebadać.

Filip zadzwonił wieczorem do Luizy i poprosił, aby przyjechała do niego następnego dnia. Rozpoczynały się już ferie świąteczne i nie musiała chodzić do szkoły. Chciał opowiedzieć jej historię swojego ojca i obejrzeć zawarte w kartonie, schowane przez niego pamiątki bokserskie.
Gdy ją zobaczył, zerwał się z łóżka i przywitali się. Poszli razem do piwnicy i pomogła przynieść mu pudło.
Kiedy je otworzył, zmiękło mu serce. Zobaczył stary niewielki worek treningowy i rękawice. Złapał je i mocno przytulił do siebie. Potem rozwiązał i spróbował założyć na rękę. Były za małe. Powąchał je. Odłożył na bok.
Wśród różnych rzeczy w pudełku zauważył puchary z wygrawerowanymi napisami. Wziął jeden z nich. Na kielichu był napis „Za zajęcie pierwszego miejsca”. Wyciągał puchary, jeden po drugim, w sumie sześć sztuk i stawiał obok siebie.
Podniósł stary niewielki worek treningowy i powąchał go tak, jak wcześniej rękawice. Odrzucił go koło rękawic właśnie, bo zauważył pas skórzany. Wziął go szybko do rąk i podniósł do góry. Był to pas zrobiony na wzór mistrzowskiego pasa, jaki dostają zawodowcy. Ojciec najwidoczniej zrobił go sam. Nakleił też zdjęcie wielkiego Pietrzykowskiego, jednego z największych polskich pięściarzy.
Pod zdjęciem widniał napis, motto. Filip przeczytał je głośno.
-„Bądź jak wulkan gorący, co zmienia Ziemię od milionów lat”- zaniemówił. Patrzył na motto i na Luizę.
-Bardzo mądre- oceniła- pokaż.
Wzięła do ręki pas.
-Jak je rozumiesz, kochanie?- Spytał, bo sam nie mógł się skoncentrować na interpretacji.
-Żeby działać, nie przespać młodości, życia, ale walczyć, próbować coś zmienić i osiągnąć sukces?
Kiwał głową. Teraz rozumiał wszystko.
-Wiesz, może to dziwne, ale kiedy pierwszy raz upadłem na sali treningowej, straciłem na chwilę przytomność, usłyszałem głos ojca, który cytował właśnie to motto.
-Nie mówiłeś mi o tym wcześniej?
-Nie rozumiałem tego i zapomniałem, nie wiedziałem, jak je zinterpretować, dopiero teraz ty mi podpowiedziałaś.
Pocałował ją.
W pudle leżały jeszcze dyplomy, wycinki z gazet i jakiś album. Filip pamiętał okładkę tę okładkę, był na niej wycięty otwór w kształcie rękawicy i można było zobaczyć pierwsze zdjęcie.
Wziął do ręki album. Otworzył go. Na kolorowych zdjęciach, trochę za ciemnych, stał jego ojciec, jeszcze młody, piękny, a obok niego stał Filip, mały szkrab z pieluchą między nogami, a na ramionach miał za duże rękawice bokserskie.
Oglądał zdjęcia i z każdym jednym robiło mu się rzewniej. To były wycinki z jego pamięci, którą ojciec kazał nazywać snem. Po tragedii z nieznanym mężczyzną nie mógł patrzyć i tym bardziej uprawiać boksu. Chciał także syna trzymać z dala od tego. Dziwne, przecież to nie boks był winny, ale pijaństwo i bezmyślność. W każdym razie wypadek był dowodem na to, że można zabić nie kupując broni. Niektórzy ludzie potrafią to zrobić gołymi rękami.

Przez całe popołudnie Filip opowiadał o przeszłości ojca, o wszystkim, o czym dowiedział się ostatnio. Mówił także o polisach i zabezpieczeniu rodziny przez niego. Dziękował Luizie za otwarcie mu oczu na ojca. Chciał z nim porozmawiać, ale nie zdążył. Nie każdy pijący to pijak, nie każdy pijak zaczął pić z powodu lenistwa czy głupoty.
Wszystkie wyciągnięte rzeczy chował do pudła z powrotem, aż wszystko posprzątali. Wreszcie wziął do ręki swoje dwa pucharki.
-Wkładasz je do pudła?
-Nie wiem, nie chcę, aby stały tutaj i przypominały mi, że jestem dobry. Jeśli w to uwierzę, przestanę się rozwijać i doskonalić. Jedynie ten pas chcę mieć na oku, to od ojca. Będzie mi przypominał o przeszłości i dopingował do pracy.
-„Bądź jak wulkan…”- Luiza ponownie oglądała pas.- Tak, można przespać życie i nic z niego nie mieć.
Popatrzył na nią.
-Wiesz, kiedy cię poznałem, byłaś dla mnie wzorem. Dla ciebie chciałem osiągnąć sukces, właściwie dla siebie, lecz z twojego powodu. Jeszcze do mistrza bardzo mi daleko, ale teraz mam poczucie, że nie stałem, nie czekałem, aż życie zrobi coś ze mną lub dla mnie. To ja wziąłem się za nie.
-Gratuluję ci- pocałowała go.- Naprawdę tak cię zdopingowałam?
-Boże, przecież ja byłem takim ospalcem, takim zawiedzionym w marzeniach romantykiem. Potrafiłem tylko chodzić od dzwonka do dzwonka, od przystanku do domu i odwrotnie. Tak, ja nie żyłem, dawałem ponosić się tylko fali. Za to ty, oj, miałem i jeszcze mam wiele kompleksów z twojego powodu.
-Doprawdy, przecież nie chcesz być chyba mną?
-Nie, ale chcę być taki jak ty.
-Co, to znaczy, jaki?
Roztropny, zorganizowany, zaradny, przewidujący, inteligentny?- Ostatni wyraz zaintonował jako pytanie.
-O, ja ci zaraz dam!- Przekomarzała się z nim i rzuciła go na łóżko.
Gdy syknął z bólu, przestała go okładać, a zaczęła przepraszać.
-Przepraszam, przepraszam- całowała go.- Daj, pocałuję cię w te twoje połamane żebra.
Rozpięła mu koszulę. Zaczęła całować po bandażu, a potem po brzuchu i do góry, aż doszła do ust. Całowała go intensywnie i w pewnym momencie zwykłe pocałunki zamieniły się w bardzo czułe. Tracili już oboje zmysły, Filip głaskał jej plecy i pośladki, gdy zadzwonił dzwonek u drzwi. Wrócili do domu z podwórka Kamil i Ania, a krótko po nich mama.
Będąc sam na sam Filip chciał wiedzieć, co zaszło. Siedział przy niej bardzo blisko.
-Uważasz, że jesteśmy gotowi na seks?- Spytał czule.
-Wiesz, nie wiem, wszystkie mądre książki mówią tylko o niechcianej ciąży, aby się zabezpieczyć. Więc jeśli o to idzie, nie jesteśmy bezpieczni.
-Chciałabyś to ze mną zrobić?
-Bardzo, już niedługo, teraz nie, musimy zaczekać, bo ja chcę od razu być mamą.
-Żartujesz?
-Nie, chcę być młodą mamą i później młodą babcią.
-A studia?
-Mówiłam ci, jedno drugiemu nie przeszkadza. A ty, chciałbyś mieć teraz dzieci?
-Jeszcze nie teraz, ale tylko z tobą i tylko wtedy, kiedy uznamy razem, że to już. Jak to się ma do seksu?
-A skąd mogę mieć pewność, że mnie nie wyzyskasz i nie zostawisz?
-No wiesz, jak możesz tak mówić?
-Teraz tak mówisz, a jak będę w ciąży, zbrzydnę, a ty na dyskotece poznasz jakaś ładną panienkę?
-Nie chodzę na dyskoteki, to po pierwsze, po drugie nie będziesz nigdy brzydka, po trzecie żadne inne dziewczyny nie wchodzą w grę.
-No, nie wiem- pocałowała go.- Jeszcze do tego wrócimy, zgoda?
-Lepiej to zostawmy na razie, bo jak nam się spodoba, to o niczym innym nie będziemy myśleć, a matura za pasem.
-Mamy jakieś plany jeszcze na dzisiaj?
-Tak, chciałbym, abyś mnie zawiozła do Kluczborka i zostawiła na godzinę na mieście, potem zabrała do siebie.
-O, chcesz do mnie wpaść?
-Tak, chciałbym wpaść do twoich rodziców zaprosić ich do nas na Wigilię, jeśli nie mieliby nic przeciwko temu.
-Mnie także?
-Tak. Twój tata zapraszał mnie do was, ale wiesz, to nasza pierwsza Wigilia bez ojca.
-Dobrze, więc jedziemy?
-Tak.
-Zaraz, a co będziesz robił w mieście?
-Tajemnica. Chciałbym też kupić jakieś prezenty dla Kamila i Ani, ale to już jutro w Opolu, gdybyśmy pojechali, oczywiście ja płacę kierowcy za paliwo i stawiam obiad. Możemy zabrać z nami dzieciaki i oczywiście Sandrę.
-O, mam takiego bogatego chłopaka, chyba się w nim zakocham?

Dodaj komentarz