"Życie to nie teatr…"

Rozdział 39

Sala szpitala chirurgicznego w Kluczborku była czysta. Stało w niej pięć metalowych łóżek na kółkach, z czego cztery były puste. Jedno pod oknem zajmowała Luiza. Jej łóżko było zaopatrzone w wyciąg.
Po przywiezieniu do szpitala dziewczyna odzyskała przytomność. Wkrótce zjawili się jej rodzice wezwani przez Filipa. Lekarz pogotowia stwierdził na miejscu złamanie nogi w kostce i prawej ręki w nadgarstku, ponadto Luiza miała rozcięty od uderzenia łuk brwiowy, ale generalnie jej życiu nie zagrażało niebezpieczeństwo. Filip pojechał z nią do szpitala. Na pytanie o relacje między nim a ofiarą, odpowiedział, że jest narzeczonym, komendant potwierdził ten fakt.
Podczas gdy chirurg zaszywał Luizie łuk brwiowy, wywoływano zdjęcia rentgenowskie i przygotowywano gips, Filip dzwonił do rodziców Luizy. Uspokajał ich, ale to nie było łatwe. Przyjechali do niej szybko.
Razem z Luizą do szpitala trafili pasażerowie drugiego pojazdu z niewielkimi obrażeniami ciała i po obserwacji mieli wracać do domu. Drogówka ustalała fakty zdarzenia. Najprawdopodobniej Luiza była ofiarą nadmiernej prędkości i brawury kierowcy, który wpadł w poślizg na prostej ale oblodzonej drodze, zjechał na lewy pas i uderzył w lewy bok auta Luizy wyrzucając je na pobocze.

Filip siedział przy swojej dziewczynie na krześle i głowa opadała mu ze zmęczenia. Luiza spała. Była piękna w blasku promieni słonecznych wpadających z mroźnego dworu przez ogromne oszklone drzwi balkonowe.
Miała świeży gips na ręce i nodze. Nad lewym okiem widać kilka szwów, ale reszta twarzy była nietknięta wypadkiem. Całą noc wigilijną współpracowała z lekarzami nie śpiąc i gdy wreszcie przewieziono ją na salę, zasnęła jak kamień patrząc w oczy Filipa i dziękując mu za wszystko.
-Przecież jesteś moją kobietą- szeptał do niej.
-Kocham cię- zasypiała.
Filip wyciągnął z kieszeni telefon i zadzwonił najpierw do swojej matki, potem do rodziców Luizy. Miał dobre wiadomości i uspokajał je.
-A ty będziesz tam siedział Filip?- Pytała matka Luizy.
-Tak, muszę tu być cały czas, to moja…- Zastanowił się.- Przepraszam, pani pewnie nie wie, ale wczoraj poprosiłem Luizę o rękę i…
-Wiem, mówiła nam w szpitalu, gratulujemy wam.
Na korytarzu zaczynało się szpitalne życie, a Filip szedł w ślady Luizy i zasypiał.

-Halo, obiad- dwie siostry przyniosły talerze ze świątecznym posiłkiem.
-Cii….- Ocknął się i uciszał kobietę.
-Nie można tak spać cały dzień, a co się będzie robiło w nocy?
Bezosobowy styl wypowiedzi podrażnił go.
-Też będzie się spało, bo się nie spało dwie noce- rzucił, gdy siostra wychodziła z sali.
Luiza przebudziła się i rozglądnęła.
-Więc to nie sen?- Patrzyła na swoją nogę i ramię.
Usiadła na łóżku.
-Cześć, mój mężu- uśmiechnęła się do niego.
Zaczęła sprawdzać, czy ma na sobie pierścionek od Filipa, a także kolczyki. Upewniona, że ma na sobie swoją biżuterię, uspokoiła się. Zerknęła na szafkę przy łóżku, leżała tam jej torebka. Wyciągnęła z niej grzebień i gumkę do włosów.
Spróbowała usiąść na brzegu łóżka.
-Kochanie, pomożesz mi dojść do łazienki?
-Jasne.
Stanęła na podłodze. Filip wziął ją pod ramię i wolno prowadził do łazienki.
Weszła do środka i długo nie wychodziła, aż się zmartwił. Zaglądnął więc do środka. Stała przed lustrem i spinała włosy. Wolno wracali z powrotem.
-Jak myślisz, długo będę musiał tutaj leżeć?
-Nie wydaje mi się, w końcu z gipsem możesz siedzieć również w domu.
Doszli do sali, w której czekali na nich rodzice dziewczyny. Serdecznie witali się z nią. Jej matka po chwili rozpakowywała jedzenie.
-To dla ciebie Filip, Luiza przecież dostała tu obiad, a ty od wczoraj nic nie jadłeś- podsuwała mu talerz ze świeżym obiadem.
-Bardzo dziękuję- nie dawał się prosić.
Razem usiedli i zaczęli jeść.
-Całe szczęście, że miałaś telefon komórkowy i że masz Filipa, oczywiście- dodał, kiedy na niego spojrzała znad talerza.
Skończyli jeść obiad i ojciec podszedł do nich, usiadł na łóżku przy córce.
-Kochani, chciałem was zapytać, czy aby wszystko przemyśleliście z waszym ślubem?
-Tak tato, ślub odbędzie się za półtorej roku.
Roześmiał się i spojrzał na żonę.
-A, to świetnie, bo my z mamą myśleliśmy, że chcecie to zrobić już, natychmiast.
Teraz i młodzi się roześmiali.
-Wiesz, tato, wpadnij tu wieczorem z księdzem- śmiała się Luiza.
Matka podała im placek, wyciągnęła jednorazowe kubeczki i termos, poczęstowała wszystkich kawą i siedzieli szczęśliwi, że wypadek skończył się tylko złamaniami i kilkoma szwami.
Ojciec Luizy chciał oczywiście znać przebieg całego wydarzenia. Córka zaczęła opowiadać, że jechała najwyżej trzydziestką, na drodze były koleiny śnieżne, zakręt śmierci i padała gęsty śnieg. Właściwie to myślała wówczas, czy nie lepiej byłoby wysiąść i przejść pieszo ten trudny odcinek, a samochód jakoś sam mógłby jechać.
Z naprzeciwka nadjechał samochód, po światłach poznała, że zbliża się dość szybko. Wydało się jej nawet, że to ona jedzie za szybko. Odruchowo puściła pedał gazu i zerknęła na prędkościomierz. Wskazówka spadła poniżej trzydziestu kilometrów na godzinę. Wtedy poczuła uderzenie, usłyszała łomot blach.
Ocknęła się i szybko zorientowała, że leży w samochodzie jakoś nienaturalnie. Głowę miała wciśniętą, niemal wbitą w dach. Chciała prawą ręką odszukać telefon, ale nie czuła palców. Lewa ręka dłużej szukała komórki, aż wreszcie odnalazła ją i jakoś samoczynnie wcisnęła guzik. Położyła sobie telefon na uchu, tak jej się wydawało właśnie, że ręka położyła telefon i opadła, a w słuchawce nagle usłyszała Filipa.
Mówił do niej, że ją kocha, żeby nie umierała, bo on do niej pędzi. Uśmiechała się w myślach do siebie i tłumaczyła sobie, że przecież nie może umrzeć w najpiękniejszym dniu swojego życia. W końcu jej chłopak poprosił ją o rękę, nareszcie wszystko zaczęło się układać, była taka szczęśliwa. Co rusz słyszała jego głos, który prosił, aby czekała.
Koncentracja na szukaniu telefonu i dzwonienie wytworzyło w niej tak dużą ilość nerwów, strachu i ciepła, że wkrótce po rozmowie zaczęła bardzo marznąć. Modliła się w duchu, aby Filip przyjechał po nią jak najszybciej, bo dłużej nie wytrzyma. W końcu otworzyły się drzwi, komórka spadła jej z ucha, Filip ją wziął na ręce i od razu poczuła się bezpiecznie.
-Tak, kiedy mnie wziąłeś na ręce, mogłam bezpiecznie zemdleć.
Śmiali się.
Matka Luizy po chwili wyszła na konsultacje z ordynatorem.

Był pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia. Filip wyszedł rano ze szpitala, aby uczestniczyć we mszy świętej, a kiedy wrócił, Luiza już wstała i mama pomagała jej ubrać się. Lekarze zgodzili się, że może leżeć w domu, a za kilka dni zgłosi się na konsultacje. Nie było ważnego powodu, aby zatrzymywać ją w szpitalu, zresztą niemal pustym z powodu świąt.
W domu Luizy czekała na nich babcia z dziadkiem i Sandra. Ojciec Luizy przedstawił im Filipa jako narzeczonego Luizy, który uratował jej życie. Zaproponował, aby chłopak został na cały dzień, a jeśli zechce przenocować, będzie spał w pokoju Sandry, ponieważ pokój gościnny zajęli dziadkowie. Filip podziękował bardzo, nie chciał sprawiać kłopotu. Miał zamiar wrócić do Luizy, nie wiedział jednak, czym dojedzie. Pierwszy dzień świąt to komunikacyjny zastój.
Luiza nie wyobrażała sobie, aby chłopak wracał do domu. Prosiła, aby został chociaż do obiadu, a potem ojciec go odwiezie.
Dzwoniła matka Filipa. Pytała o zdrowie Luizy i o Filipa, życzyła wszystkim miłych świąt.
Rozdzwoniła się komórka Luizy, co chwilę słyszeli sygnały o nadejściu sms-ów. Filip czytał jej pozdrowienia od koleżanek z klasy i kolegów, którzy właśnie dowiedzieli się o jej wypadku.
Rodzice Luizy nie puścili Filipa do domu. Twierdzili, że są święta i nie może jej zostawić. Miał spać w pokoju Sandry, dziewczynka również bardzo prosiła go o to. Zadzwonił do matki i poinformował, że zostaje na noc w Kluczborku.
Po obiedzie zasiedli wspólnie wszyscy w salonie do kawy i ciasta. Grali w karty, śmiali się i dużo ze sobą rozmawiali. Filip był zaskoczony tym, u niego w domu każdy szedł do swoich zajęć i niby razem, ale święta także spędzali osobno.
Po kolacji, kiedy kobiety zebrały się w pokoju Luizy, aby poplotkować i wypytać Luizę o szczegóły oświadczyn Filipa, ojciec Luizy rozmawiał z narzeczonym w salonie. Chwalił zainteresowania sportowe chłopaka i jego sukcesy. Pytał o naukę i plany na przyszłość. Dowiedział się wszystkiego, o co pytał i najwyraźniej odpowiedzi podobały mu się.
-Widzę, że wiele rzeczy masz przemyślanych, a sam jesteś człowiekiem bardzo dojrzałym.
-Staram się dorównać pana córce- komplementował przyszłego teścia.
Dowiedział się, jaka była w dzieciństwie, czym lubiła się zajmować.
Wreszcie zaczęli rozmawiać o interesach i giełdzie. Okazało się, iż ojciec Luizy jest poważnym biznesmenem, który czasem inwestuje w akcje wybranych firm. Zna się co nieco na rynku papierów wartościowych, jest współwłaścicielem spółek komputerowych składających komputery i sprzedających różne akcesoria z tym związane.
-Jak pan doszedł do tego wszystkiego i kiedy ma pan na to czas, przecież jest pan nauczycielem akademickim?- Podziwiał Filip.
Wszystko zaczęło się w latach dziewięćdziesiątych. Jako nauczyciele mieszkali w ciasnym mieszkaniu w blokowisku w Kluczborku. Miał dosyć tej sytuacji, na nic nie starczało pieniędzy, zawsze trzeba było oszczędzać i jeszcze mieli długi.
Podczas wakacji z kolegami wyjechał do Norwegii. Zbierali jagody i byli szczęśliwi, że mogą dorobić do pensji. On jednak chciał czegoś więcej. W wolnych chwilach szukał ofert prasowych, aż przed samym wyjazdem znalazł. Pewien przedsiębiorca poszukiwał tłumacza, który znałby język czeski. W te pędy pojechał ponad sto kilometrów do jego firmy, aby się z nim spotkać. Miał dużo szczęścia, ponieważ okazało się, iż potrzebują tłumacza do języka czeskiego i polskiego.
Miał podpisać kontrakt na dwa lata, złożył też podanie o pozwolenie na pracę. Bał się jednak, że w Polsce straci posadę nauczyciela i nie będzie miał do czego wracać. Uczelnia poszła mu jednak na rękę i zezwoliła na kilkuletni urlop bezpłatny. W kraju zostawił żonę i dorastającą córkę, bardzo się martwił o ich środki do życia, ale podjął ryzyko.
Część pieniędzy wysyłał do domu, część odkładał. Miał bardzo dobrego szefa, który wprowadzał go w tajniki działalności firmy zajmującej się sprowadzaniem części komputerowych i składaniem komputerów. Wówczas to był temat dla niego zupełnie nieznany. Tam wszystkiego się uczył. Firma eksportowała swoje produkty do Czech i wiele dokumentów musiał tłumaczyć z angielskiego na czeski, potem także na język polski. W Norwegii posługiwał się wyłącznie nim. Tylko podczas wakacji i odwiedzin rodziny miał kontakt z językiem ojczystym.
Po dwóch latach pracy i rozłąki, którą najbardziej przeżywał, po naradzie rodzinnej podpisał kontrakt na następne dwa lata. W porównaniu z zarobkami w kraju na uniwersytecie tam miesięcznie zarabiał prawie półroczną pensję. Stać go było na podróże lotnicze do domu, kiedy tylko się stęsknił, albo też mógł zapraszać do siebie rodzinę na kilkutygodniowe ferie czy nawet na weekendy.
Przed kolejnym związaniem się z firmą na dwa lata zastanawiał się już dłużej. Nie mógł żyć bez codziennego patrzenia na własne dzieci i bez rozmów z żoną. Wtedy stała się rzecz wspaniała. Pracodawca zaproponował mu umowę zlecenie i reprezentowanie firmy w Polsce oraz Czechach i Rosji. Miał być przedstawicielem i nadal tłumaczem, mógł wracać do kraju i za pośrednictwem Internetu współdziałać z zarządem.
Po powrocie mógł zainwestować w dom. Chciał go wybudować w Opolu lub innym większym mieście, ale żona i córki chciały mieszkać nadal w Kluczborku. Zgodził się na to. Wrócił także na pół etatu na uczelnię, bez której nie może żyć. Praca dla Norwegów jest ciekawa, inwestycje w giełdę także, ciekawe są wyjazdy i tłumaczenia, zawieranie umów w różnych miejscach świata, jednak praca ze studentami, nauczanie to jego powietrze, bez którego nie mógłby żyć.
-Jest pan milionerem, jak sądzę?- Filip nie wiedział, co ma powiedzieć.
-Powiedzmy, ale pieniądze to nie jest cel mojego życia, nigdy nimi nie był. Chciałem, aby moja rodzina miała dostatnie życie i udało się, to wszystko. Teraz jestem zadowolony z tego, że pracowałem, pracuję i moje życie nie skupia się na oglądaniu telewizji i jedzeniu, słowem na fizjologii.

Dodaj komentarz