Tylko praca…

Rozdział 42

-Ja ciebie znam- mówiła pielęgniarka- masz na imię Filip, prawda?
Kiwał głową porozumiewawczo, ale wcale jej nie słuchał.
-Coś się stało z Luizą?
Kiwał przecząco. Nie chciał z nią rozmawiać, nie chciał nikogo widzieć. Zrozumiała to i odeszła.
Na korytarzu szpitalnym chirurgii czekał na wyrok, który z pewnością zaważy na dalszym jego życiu.
Z zatamowanym i zaklejonym nosem z gabinetu zabiegowego wyszedł na korytarz Klar. Niósł ze sobą kurtkę policyjną.
Usiadł koło niego na krzesełku.
Milczeli długą chwilę.
-To była najlepsza walka, jaką widziałem w życiu- komendant mówił poważnym tonem.
Filip kiwał głową i nie wiedział, dlaczego to robi. Był blady i modlił się.
-To nie była twoja wina, on nas napadł, on zaczął…
Przestał mówić, bo zobaczył w oczach Filipa łzy. Przypomniał sobie sytuację, kiedy przed wieloma laty w podobnych okolicznościach mówił to samo zdanie jego ojcu. Tamten człowiek jednak nie miał szans na przeżycie, nikt go nie ratował. Kto mógł przypuszczać, że jeden cios może zabić?
Wreszcie z sali operacyjnej przyszedł ordynator i weszli za nim do pokoju lekarzy dyżurnych.
-Panowie znają tego młodego mężczyznę?
-Tak- powiedział komendant- to mój syn, Szymon.
-Jak to się stało?- Pytał lekarz.
Klar kłamał, że zostali napadnięci i pobici.
-Czy on będzie żył, czy będzie zdrowy?!- Filip pytał przez łzy.
-Tak, doznał szoku, złożyliśmy mu szczękę, prześwietlenie wykazało, że kręgi szyjne są nienaruszone, ale pochodzi w kołnierzu.
Filip osunął się nagle na podłogę.
Ocknął się na łóżku z nogami na podwyższeniu.
-Poleż tak trochę- zalecił ordynator.- Ciebie też napadnięto, widzę, że masz wielkiego siniaka.
-Drobiazg- Filip machnął ręką.
-Masz jeszcze połamane żebra.
-E tam, drobnostka.
-Właśnie, pana syn- zwrócił się do policjanta- ma połamany nos, żebra nadbite ucho i zerwane ścięgna udowe. Nieźle oberwał.
-Długo będzie musiał się leczyć?
-Kilka miesięcy, przez pewien okres będzie się musiał żywić napojami i kroplówką, będzie pił przez słomkę.

Filip miał dosyć, słaniał się na nogach i dziękował Bogu, że wszystko skończyło się szczęśliwie.
Komendant prowadził samochód.
-Trenerze, dlaczego on napadł na własnego ojca?
Klar zastanawiał się dłużej. Odpowiedź nie była prosta. Zdawał sobie sprawę, że przez lata wiele razy skrzywdził matkę Szymona, jego zresztą też. Jako ojciec był odpowiedzialny za syna, bardzo przeżywał wszystkie jego wyskoki w bok i cieszył się z sukcesów. Nie był jednak przy nim całe życie, nie mógł więc o wszystko zadbać. To go jednak nie tłumaczyło.
-Nie jestem jedynym ojcem, który oberwał od własnego syna.
Filip spojrzał na niego i wspomniał swoje relacje z własnym ojcem. Były momenty między nimi bliskie konfrontacji. Cieszył się teraz, że do niej nie doszło. Zranić drugiego człowieka można jednak nie tylko fizycznie.
-Takie przypadki zdarzają się często?
Komendant nie odpowiedział, tylko nabrał wymownie powietrza w usta.
Jechali do domu ośnieżoną i oświetloną gwiazdami drogą. Filip zamyślił się i przypomniał sobie, że miał wysłać sms do Luizy. Wolał zadzwonić.
-Dziękuję za sms, kocham cię i bardzo tęsknię. Co, wracam właśnie z Kluczborka, byłem w szpitalu. Nie, nic mi nie jest, nie martw się. Będę u ciebie jutro lub pojutrze, jestem bardzo zmęczony całym półroczem i zaraz idę spać. Tak, jak się położę, to nie wiem, kiedy wstanę. Dobrze, zadzwonię. Ja ciebie też. Do zobaczenia kochanie, miłych snów.

Dodaj komentarz