Tylko praca…

Rozdział 9

Rynek kluczborski podobnie jak wołczyński okala jezdnia z rozjazdami na cztery strony świata. Ulica Krakowska od wschodu wpada na rynek i pędzi prosto zamieniając się za rynkiem w Piłsudskiego, a równolegle Zamkowa za rynkiem przechodzi w Ściegiennego. Krakowska i Piłsudskiego są zamknięte dla ruchu pojazdów i można nimi swobodnie spacerować mając po obu stronach różne sklepy.
Na środku rynku znajduje się zabytkowy ratusz z niewielkimi renesansowymi sukiennicami na wzór krakowskich. Ozdobą ratuszu jest zegar, który w wakacje co godzinę odgrywa melodyjkę słyszalną daleko poza centrum.
Pod ratuszem znajduje się kawiarnia z pizzerią. Na zewnątrz stoją parasole z ławkami i stolikami. Posiłki można jeść na zewnątrz lub w środku.

Filip szedł z bijącym sercem na rynek, a wystawy na Krakowskiej odbijały jego oblicze. Nie mógł się na siebie patrzeć.
Nie wiedział, czy czasem dziewczyna nie wystawi go do wiatru. Ale chyba nie, sama wyznaczyła miejsce i godzinę.
Mogła tego nie robić.
Nie, chyba nie przyjdzie.
Dochodził już do żółtych delikatesów na styku Krakowskiej i Rynku. Nie wiedział właściwie, gdzie ma na nią czekać. Wybrał za cel księgarnię naprzeciwko ratusza i tam podążał.
Oglądał książki przez wystawę sklepową i czekał, co jakiś czas spoglądając w stronę Piłsudskiego. Stamtąd na pewno ona przyjdzie.
Uzbrajał się w cierpliwość, miała jeszcze pięć minut.
-Cześć, Filip!- Rozpoznał jej głos.
Odwrócił się do niej, stała uśmiechnięta w skromnej czarnej spódniczce i czerwonej bluzeczce. Na plecach miała niewielki plecak.
-Podziwiasz nasz rynek?
-Tak- ruszyli spacerkiem w stronę Piłsudskiego.- W Wołczynie nie mamy ratusza i zamkniętych dla ruchu ulic, ale kształt jest ten sam.
-Podobnie jest w Byczynie i Praszce. Nigdzie jednak nie ma tak pięknych krzewów o różnej maści, jakie są na rynku w Wołczynie. Podziwiam gust tych ludzi, którzy opiekują się zielenią w twoim mieście.
-I twoim też, przecież stamtąd pochodzisz?
-Tak, nie wypieram się tego.- Uśmiechnęła się do niego a ich spojrzenia spotkały się na moment.-To, dokąd mnie zabierasz?
-Nie zastanawiałem się nad tym, bo nie wiem, jakie lody lubisz?
-Włoskie, włoskie, włoskie!
-To idziemy do „Bagietki”?
-Tam są bułki i chleb- zdziwiła się.
-O, musiałaś coś przegapić. W czasie wakacji otworzyli też lody, podkreślam twoje ulubione.
-Naprawdę?!
-Tak, a żeby było ci lepiej, w Wołczynie otworzyli równocześnie.
-Gdzie w Wołczynie?
-Na Namysłowskiej.
Szli razem i Filip nie widział nikogo poza nią, o ile na nią patrzył. Raczej wstydził się na nią patrzeć, żeby nie wyszło, że podoba mu się bardzo albo coś gorszego. Ona przeciwnie, wyglądało na to, że nie ma żadnych kompleksów i kiedy tylko miała okazję, patrzyła na niego.
Cieszył się, że przyszła i nie nabrała go.
Był bardzo szczęśliwy tak idąc z nią. Kupił lody na Piłsudskiego i wracali w stronę rynku mijając szereg ławek ustawionych dla turystów.
-Posiedzimy nad stawem Kościuszki?- Zapytała, kiedy mijali zabytkowy kościół ewangelicki.
Kiwnął głową i uśmiechnął się do niej. Skręcili nad staw.
Doszli do ławek.
-Usiądziemy?
-Pięknie tutaj, prawda?
Potwierdziła kiwnięciem głowy.
-O czym porozmawiamy?
-A, co cię interesuje?- W Filipie obudziła się podejrzliwość.
-Wszystko to, co ciebie, łącznie z siatkówką.
Zdziwienie odebrało mu głos. Zauważyła to.
-No, zapytałam kilku koleżanek w Wołczynie o ciebie. Pamiętasz, w sobotę tak szybko poszedłeś? Wołałam za tobą, ale nie słyszałeś. Potem spotkałam wołczyńskie koleżanki i powiedziały mi o tobie kilka rzeczy.
-Co na przykład?- Uśmiechnął się do niej.
-Że jesteś maturzystą, tak jak ja tylko w pięcioletniej szkole ekonomicznej, trenujesz siatkówkę, grasz w drużynie Sokoła, zresztą w kluczborskim klubie.
-Zaskakujesz mnie.
-Gdybym dowiedziała się, że jesteś jakimś brutalem i bandytą, nie zaproponowałabym ci spotkania, dlatego wolałam wiedzieć prędzej, kim jesteś.
-To wiesz więcej o mnie niż ja o tobie. Do jakiej klasy chodzisz?
-Matematyczno-fizycznej, moje hobby to języki obce i podróże.
-Byłaś już gdzieś?
-W kilku krajach, ale Polska jest najpiękniejsza.
Wydawało mu się, że żartuje z tymi podróżami, kogo dzisiaj na nie stać, więc zmienił temat.
-Jaką maturę wolisz, nową czy starą?
Zapatrzyła się na wodę, na której pojawiły się dzikie kaczki.
-Będę mogła wybierać, nie wiem, jeszcze zobaczę.
-Ja zdaję starą maturę.
-Boisz się matury?
-Nie, raczej nie, a ty?
-Też nie.
Patrzyli na kaczki.
-Co jeszcze musimy o sobie wiedzieć?- Nabierał odwagi z każdym zdaniem.
-Przed czym?
-Zanim zapytam, czy nie zechcesz umówić się ze mną do kina?
Bardzo jej się spodobało.
-A jesteś pewien, że ze mną chcesz iść?- Z wyraźnym naciskiem na drugą część pytania.
-Tak, chociaż…- Specjalnie przedłużał.
-Tak?
-Chociaż nie wiem, czy zechciałabyś?
-To zależy…- Teraz ona specjalnie przedłużała.
-Od czego?
-Od filmu, na jaki chcesz mnie zabrać.
Oboje roześmiali się.
Spacerowali po mieście i rozmawiali ze sobą. Luiza zapytała o siatkówkę i sport, a Filip całkowicie rozluźniony opowiadał o treningach, które zaczynał już następnego dnia. Luiza pilnie go słuchała i czasami tylko przerywała. Oboje wydawali się bardzo szczęśliwi.
Po drodze mijali wielu znajomych, kłaniali się, ale cały świat mógł dla nich nie istnieć.
Zatrzymali się przed sklepem.
-Lubisz komputery?- Spytała.
-Liczydła, nic więcej, służą mi dobrze do nauki, ale nie jestem ich fanatykiem. Liczydła.
Zmarszczyła brwi.
-Wielu chłopakom nie spodobałaby się twoja opinia.
Spojrzał na nią poważnie.
–Wielu chłopaków nic nie robi i do niczego nie używa kompów, jak tylko do gier. To bardzo dziecinne, zamiast życia wybierają grę telewizyjną. Żadnej też nie kończą.
-Masz rację…
-Poza tym miliony chłopaków rzuciłoby swoje ukochane pecety, aby tylko spędzić kilka chwil na spacerze z taką dziewczyną, jak ty.
Spuścił oczy i poczerwieniał, podobnie ona.

Filip nie wiedział, jak to się stało, ale byli właśnie na dworcu autobusowym.
-Ty mnie odprowadziłaś?- Zdziwił się.- Ale nie wiem, czy mam teraz autobus?
-Masz, następny dopiero za trzy godziny, ale niepewny.
-Faktycznie, skąd wiedziałaś?
-Jeżdżę przecież do babci, a poza tym przygotowałam się do tej randki.
Uśmiechnął się do niej.
-Czy to znaczy, że masz mnie już dość?
-Nie, to znaczy, że będę się martwić o ciebie, jeśli teraz nie pojedziesz.
-Dzięki- nie wiedział, co ma mówić.- W takim razie do jutra?
-Nie- zmieniła ton na poważny- nie wiem, jak jutro kończę, a popołudnie mam zajęte. Najlepiej wyślę ci sms, ale daj mi swój numer.
Filip przestraszył się.
-Przepraszam, ale zepsuł mi się telefon- kłamał, wstydził się przyznać, że nie ma telefonu.- To znaczy wpadł do basenu i nie wiem, czy da się naprawić.
Uśmiechnęła się, zrozumiała kłamstwo i wybaczyła.
-Nie szkodzi, w takim razie zadzwonisz do mnie wieczorem jutro i jakoś się umówimy. Tutaj masz mój adres i numery telefonów.
Otworzyła torebkę i wyrwała kartkę z notesu z gotowym już adresem. Filip zauważył to.
-Dobrze się przygotowałaś- stwierdził uśmiechając się.
Milczała i patrzyła mu w oczy.
-Wiesz, jeśli coś traktuję serio, to lubię się wcześniej przygotować, żeby potem nie panikować.
-Rozumiem, jesteś bardzo dokładna.
-Po prostu zależało mi na spotkaniu z tobą, bo…- Poczerwieniała i nie dokończyła.
Filip stał z przyklejonym głupim uśmiechem nieporadności i nie wiedział, co ma robić.
-Mi też bardzo zależało i chciałbym umówić się z tobą do kina, ale na kiedy?
-Nie wiem, jak ułożą mi się zajęcia w tygodniu, to jakoś dam znać, od tego mamy telefon.
Na stanowisko numer dwa wjechał autobus do Wołczyna.
-A wstępnie?- Nalegał.
-Wstępnie- zastanawiała się chwilę- może niedziela, ale może wcześniej, nie wiem tego dzisiaj?
-Dobrze, zadzwonię jutro wieczorem, może już coś się wyjaśni?
Podali sobie dłonie na pożegnanie i Filip wszedł do autobusu.

Dodaj komentarz